balamuk 20.05.14, 19:04 www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130809/chmielewska Nie wiem, może już było, ale ja teraz przez przypadek trafiłam. I jestem mocno zdumiona. Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 20.05.14, 22:29 Nie nerwujsia, Balamuku Gdzieś, chyba u miłego pana Antoniego, było takie cudko o jednym takim, co to we wszystkim się symboliki cycano-matczynej dopatrywał, pasowałoby do tych ana lizóf Odpowiedz Link
papuga_ara Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 00:57 Oj, ale się ta pani rozanalizowała, łojojoj! Z zapałem godnym lepszej sprawy, tak mniemam. A w ogóle na jej miejscu-gdyby mnie tak gniótł ten temat-spróbowałabym do Autorki dotrzeć i osobiście Ją o argumenty na "obronę" Tereski i Okrętki poprosić, a nie odezwy do narodu czynić. Jak chciałam wiedzieć, dlaczego Stanisław Lem nie chce już pisać o Ijonie Tichym, to poszłam z Nim wywiad do gazety studenckiej zrobić i dzięki temu wszystko wiedziałam Odpowiedz Link
minerwamcg Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 17:06 Łomatko. Kobitka ma pretensje, że książka napisana w latach 70. dwudziestego wieku nie odpowiada standardom feministycznej krytyki z XXI wieku. I że na wakacjach, które dziewczyny spędzają programowo bez rodziców, nie ma rodziców. No nie ma, one tam pojechały bez nich, takie to trudne do zrozumienia? A że o nich nie rozmawiają? Ja na wakajach też nie rozmawiałam o rodzicach, miałam z koleżankami milion innych tematów. Odpowiedz Link
se_nka0 Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 17:22 Nie lubię analizy. Żadnej, no tak mam. Tu czytam i nie wiem - śmiać się czy płakać. Widzę jak Gurua patrzy, słucha i kiwa głową. Z politowaniem. Odpowiedz Link
gat45 Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 18:27 Przeczytałam, czy raczej przebrnęłam. Analiza tekstu to ulubiony sposób torturowania ucznia, jaki francuska szkoła wymyśliła i nadal praktykuje, a w moich czasach lekcje p.t. "literatura" egzegezami stały. W tym krytyką porównawczą. Ja tam nie wiem, ale ten tekst jest po prostu ZŁY. W moim liceum autorka nie dostałaby średniej. To tak o formie, bo o treści mi się nawet nie chce wspominać. Wnioski, które dama wyciąga, świadczą o całkowitej nieznajomości realiów z czasów, o których pisze. Dyskwalifikacja. Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 21:03 No właśnie tak. Zarówno treść, jak i forma. I - jak za dawnych czasów - dopasowywanie ideologii do hasła. Mnie akurat analizy tekstu nie przeszkadzają, w liceum miałam rewelacyjną polonistkę. Ale to nie jest żadna analiza, to jest bełkot. "Podryw (...) kojarzy się abiektalnie", no po prostu cudo, zamierzam to zapamiętać i wykorzystać. I ja się nerwujus', bo doskonale wiem, że nie powinnam włazić na niesprawdzone blogi! Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 21:23 balamuk napisała: > Mnie akurat analizy tekstu nie przeszkadzają, w liceum miałam rewelacyjną polon > istkę. Ale to nie jest żadna analiza, to jest bełkot. Otóż to, Balamuku, otóż to! Bełkot to jest najwłaściwsze określenie zalinkowanych wypocin. Też miałam świetne polonistki i analiza tekstu nie jawi mi się jako zmora i koszmar. Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 22:02 No to jeszcze gorzej: www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130729/cialo-w-cialo-z-przyjaciolka "Niech nas nie zmyli komizm tych scen. Rozgrywa się w nich dramat nieudanej genderowej maskarady". Ja pierdziuuuuu. Posypuję się popiołem i obiecuję odczepić od grafomańkich wytłoków, naprawdę. Odpowiedz Link
felis2 Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 22:28 Balamuku, czy ty takie rzeczy musisz czytać? To służbowo czy za karę? Odpowiedz Link
mika_p Re: Jak słowo daję... 21.05.14, 22:38 A, widziałam, jak blog owej pani startował. Mnie też zdumiewa. Najbardziej chyba zaślepienie w obronie postawionej tezy, skutkujące starannym pomijaniem tego, co śmiałoby tezą zachwiać. I to wszystko ze śmiertelną powagą. Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 00:26 mika_p napisała: . I to wszystko ze > śmiertelną powagą. > A powaga jest tarczą głupców jak to ponoć Monteskiusz powiedział. Koleżanka Balamuk jest uprzejmie proszona o podsyłanie sznurków do przyjemniejszych zakątków internetu! Odpowiedz Link
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 08:27 O matuś Ale z drugiej strony: teraz wszyscy piszą książki. Rozumiem, że mają ambit napisać (nie wnikam, do jakiego stopnia samodzielnie), trochę mniej, ale jeszcze jakoś tam rozumiem, że ktoś te np. celebryckie duperele wydaje, bo może liczy na jakąś kasę, ale kto, na bogi, te książki kupuje i CZYTA????? Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 11:09 ewa9717 napisała: > ... ale kto, na bogi, te książki kupuje i CZYTA????? A myślisz, że ktoś to czyta? Może to trynd taki, żeby celebrytow mieć na półkach, choleha wie, nie jestem na bieżąco. Choć pewnie są osoby, które życie celebrytów fascynuje, każdą wzmiankę w gazecie wyłapują, to i książkę kupią dla przyjemności obcowania. A co do reszty - pokajałam się, obiecałam poprawę, musi jaki atak masochizmu mnie dopadł. )) Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 12:51 W ramach ekspiacji wklejam materiał archiwalny: forum.gazeta.pl/forum/w,14722,78840658,,Zlamany_paznogiec_czyli_awantura_o_ortografie.html?v=2 Odpowiedz Link
slotna Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 18:22 Mnie sie ten artykul podoba, nie przeszkadza mi co prawda opieka Robina, i uwielbiam te ksiazki, ale z tezami sie zgadzam i nie widze czepialstwa. Odpowiedz Link
jottka Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 20:09 o, cześć, słotna no właśnie postanowiłam się też wtrącić z boku, bo mnie zaskoczyła trochę zmasowana obraza na blogerkę z tezą kluczową, że się wymądrza, bo głupia, a nie że np. ten argument jest niesłuszny - bo. zasadniczo przecież ona pisze szaloną pochwałę pod adresem chmielewskiej jako pisarki, która stworzyła postacie tak fantastycznych, niezależnych i fajnych dziewczyn. i tylko - ona, blogerka - zrozumieć nie może, dlaczego te same dziewczyny nagle tracą osobowość i zamieniają się nie metaforycznie, ale dosłownie w bezradne kurczątka i głupie siksy, gdy na horyzoncie pojawi się facet. i ten facet, mimo że niewiele od nich starszy (acz zawsze starszy) jest zawsze mentorem - mądrzejszy, korygujący, pouczający, tj. relacja jest zawsze niesymetryczna. i też się zgadzam, że to na dłuższą metę denerwujące. nie wiem, czy to jest przypadek wyłącznie epoki (minerwa coś takiego sugeruje), bo lata 60. niekoniecznie oznaczają konserwatyzm obyczajowy, w porywach wręcz przeciwnie. mam wrażenie, że pęknięcie jest w samej autorce, tworzącej nie tylko w tej powieści postacie bardzo niezależnych i samodzielnych kobiet, którym nagle pojawia się zbawca-mentor i które popadają w ekstazę, że wreszcie ktoś mądrzejszy się nimi zaopiekuje. tak przecież jest konstruowany marek czy diabeł z innych cyklów powieściowych, a na dobrą sprawę jedyną kobietą, która jest doskonale samodzielna, nie potrzebuje męskiego nadzoru, a co więcej sama facetem kieruje, jest janeczka Odpowiedz Link
slotna Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 22:56 Sie podpisuje. I jak mowilam - nie przeszkadza mi to w odbiorze ksiazek (a juz wzgardliwe wzmianki o homoseksualistach i transwestytach owszem) Odpowiedz Link
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 23:27 Nie było zmasowanej obrazy. Podśmiechujki były, bo paniena cokolwiek bełkoce. Odpowiedz Link
papuga_ara Re: Jak słowo daję... 22.05.14, 23:48 O matuniu, paniena bełkocze jak nie przymierzając Blekot z "Księżniczki Arabelli".... Jak rany kota, chyba za dużo czasu wolnego czy jak.... Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 00:17 Oto moje argumenty na bełkotliwość omawianego tekstu. Najpierw cytat: "Monika Talarczyk-Gubała za Petrą Hánakovą przywołała „efekt feministyczny” przydarzający się czasem twórczości kobiet. Polega on na tym, że niezależnie od intencji autorki tekst pozytywnie działa na odbiorczynie. Ja też oczywiście jestem zwolenniczką i praktyczką kreatywnego odbioru. Nie interesuje mnie, jaki tekst „jest naprawdę”. Znaczenie powstaje w oku czytelniczki. Chwile, kiedy konwencjonalna literatura rozsadzana jest przez kobiecą energię, należą do bardzo satysfakcjonujących." Zastanówmy się nad tym jednym akapitem. Monika Talarczyk-Gubała - kto to jest i czemu to nazwisko pojawia się w notce? Nie wiadomo. Druga pani, Petra Hanakova - też nie wiem, któż zacz i czemu trzeba ją traktować jak autorytet. I w jakiej dziedzinie? No dobrze, zapytałam wujka Gógla i już wiem trochę o obu paniach, ale nie wiem, dlaczego akurat te nazwiska się pojawiają. Równie dużo do tekstu wniosłoby napisanie "Iksińska powiedziała, że mąż Igrekowskiej jest łysy". "Efekt feministyczny" przydarza się CZASEM w twórczości kobiet. Czyli czasem się nie przydarza. I co z tego? Polega on na tym, że niezależnie od intencji autorki tekst pozytywnie działa na odbiorczynie. Muszę blogerkę zmartwić. Teksty pisane męską ręką również mogą pozytywnie działać na odbiorczynie, niezależnie od intencji autora! Czy wtedy też jest "efekt feministyczny"? "Feministyczność" efektu determinowana jest przez osobę autora czy odbiorcy? - bo się, kurczę, pogubiłam... Ja też oczywiście jestem zwolenniczką i praktyczką kreatywnego odbioru. Gratuluję, ale nie bardzo wiem, co oznacza "kreatywny odbiór" i dlaczego jego praktykowanie jest takie oczywiste. Co gorsza, wujek Gógiel i ciocia Wiki nie służą tu pomocą, a nie mam pod ręką żadnej specjalistycznej literatury na ten temat ! Pani TEŻ jest zwolenniczką - skoro TEŻ, to kto jeszcze? I co z tego wynika, że jest tych zwolenników/zwolenniczek co najmniej dwie/dwoje? Ilość przejdzie skokiem w jakość, czy jak? No i podstawowa wątpliwość: jak się ma "efekt feministyczny" do "kreatywnego odbioru", skoro występują w zdaniach po sobie następujących? Idźmy dalej: Nie interesuje mnie, jaki tekst „jest naprawdę”. O! To bardzo szkoda, bo przy analizowaniu tekstów warto by było zacząć od tego, jakie "są naprawdę". Skoro tekst pani nie interesuje, to proponuję pójść jeszcze bardziej awangardowo: w ogóle pominąć tekst przy okazji jego analizowania! Stąd już naprawdę blisko do "Nie wiem, nie znam, nie czytałam, ale się wypowiem". Znaczenie powstaje w oku czytelniczki. Jaaaasne! I można sobie dowolnie dopowiedzieć, "co poeta miał na myśli", a poecie w tym czasie "czołg się samoistnie z garażu wytacza" - jak to pięknie ujęła Dzidka w wątku o paznoGciu. Chwile, kiedy konwencjonalna literatura rozsadzana jest przez kobiecą energię, należą do bardzo satysfakcjonujących. Hm.. Konwencjonalna literatura - czyli literatura standardowa, typowa, szablonowa. Konkretnie która to jest ta konwencjonalna? Nie bardzo wiem, jak co mam rozumieć przez "rozsadzanie przez kobiecą energię" Znaczy, że co? Przychodzi energiczna kobieta i demoluje półki biblioteczne? Czy raczej chodzi o to, że kobiety czasami - jest mowa o "chwilach" - piszą nowatorsko, oryginalnie, jak nikt nigdy przed nimi nie pisał? Założę się, że znakomita większość piszących, niezależnie od płci, tworzy z przekonaniem o swej niepowtarzalności i oryginalności. Wyznał ktoś kiedyś szczerze: "Piszę tak, bym się zmieścił w konwencji, zależy mi na typowości, wzbraniam się przed oryginalnością, z radością powielam schematy"? Kto? Gdzie? Proszę o wskazanie, bo nie jestem aż tak zainteresowana literaturą oraz literatami/literatkami, by tak dokładnie śledzić. No i wreszcie: dla kogo i z jakiego powodu satysfakcjonujące są te chwile rozsadzania (cokolwiek miałoby to oznaczać)? Po tym jednym akapicie pcha mi się na usta/klawiaturę tylko jedno pytanie: ale o co chodzi? Proszę zatem o pomoc w rozszyfrowaniu tych pereł blogosfery, bo może ja tu zwyczajnie jestem miś o stanowczo za małym rozumku. Dziękuję za uwagę! Odpowiedz Link
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 00:33 Embepo, dżęderowo ciumkam cię po brzuszku Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 01:02 ewa9717 napisała: > Embepo, dżęderowo ciumkam cię po brzuszku Ludzie, czy Wy widzicie, jakie tu na mnie zaszczyty się sypią??? Odpowiedz Link
jottka Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 10:44 embepe, ale twoja krytyka jest w rodzaju "no rany, co to za pan tadeusz? ja go nie znam, co ten bałwan mi tu z jakimś typkiem wyskakuje? i co to w ogóle za kretyn, niby polak, a ojczyzna o litwie pisze??? nie no, dziękuję, niech się najpierw pacan poduczy geografii i dobrych manier, zanim za pisanie choćby listu do cioci weźmie!" nie chodzi mi przy tym o dowartościowanie pani szybowicz (czyli blogerki) przez porównanie do mickiewicza, ale tak mi się najprościej skojarzyło. nie można krytykować tekstu na zasadzie "ja nie wiem, o co chodzi, wienc jezd gupie" - uczciwość nakazuje sprawdzić, do czego się odnosi i w ramach czego ukazuje. szybowicz pisze tego bloga w ramach projektu badawczego dotyczącego powieści dla dziewcząt z okresu prl, ma pewne założenia badawcze, które sprawdza w ramach określonych teorii krytyczno--literackich, odwołuje się do innych badaczek i badaczy, tyle. nie musi na każdej stronie wyjaśniać czytelnikowi, na czym polega, dajmy na to, strukturalizm czy dekonstrukcjonizm, bądź też kim jest autorka bardzo ciekawej pracy filmoznawczej o polskim kinie kobiet, onaż monika talarczyk-gubała to nie jest blog typu "a tu sobie piszę, co ostatnio przeczytałam", tylko blog - element projektu naukowego, on się innymi prawami rządzi niż ten poprzedni. poza tym nie ustosunkowałaś się do głównego pytania szybowicz - dlaczego autorka-twórczyni postaci niezależnych i samodzielnych kobiet uważa za niezbędne przydawanie im męskich mentorów (w roli partnerów seksualnych i bogów-ojców w jednym być może tak nie jest i szybowicz ma złe wrażenie, ale to do tego trzeba się ustosunkować, a nie do jej rzekomych popisów, bo jak się nie znam przesadnie na jej dziedzinie, to jednak na pierwszy rzut oka porządnie prowadzi temat. Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 12:13 Jottka, tak bardzo wiele bzdur i bełkotów okrywa się zasłoną "praca naukowa", że naprawdę szkoda gadać. To, że użyje się "trudnego" słowa ("abiektalny"!) i przytoczy jakieś nazwiska naprawdę nie jest dowodem na to, że to praca naukowa. Papier/dysk jest cierpliwy i przyjmuje wszystko. Idź do pierwszej lepszej biblioteki uczelnianej i przekonaj się. Nie bez przyczyny polskie uczelnie są w ogonie światowych rankingów - bo nie umiemy powiedzieć "król jest nagi" i nie firmować powagą uczelni działalności nadających się do antynobli. W humanistyce liczy się nie tylko siła argumentów, ale i (a może przede wszystkim) umiejętność klarownego przedstawienia i rzeczowego uzasadnienia swoich poglądów. W omawianej notce jakoś tego nie dostrzegłam. Być może w innych wypowiedziach autorka błysnęła geniuszem - jestem jak najdalsza od negowania jej zasług dla ludzkości - ale ja raczej chyba nie sięgnę po jej dzieła. Na szczęście nie mam takiego obowiązku. Mój poprzedni post miał na celu wyłącznie uzasadnienie tego, że omawiany tekst uważam za bełkotliwy (nadal tak twierdzę - to moje zdanie, jest najlepsze bo najmojsze! ), nie zapowiadałam, że odniosę się do Tereski i Okrętki. W ostatniej części mojej wypowiedzi zaznaczyłam, że ja nie jestem specjalistą, być może za głupia jestem, inaczej/źle mnie uczono... Swoją wypowiedzią niestety nie przekonałaś mnie, Jottka, że się mylę w swojej ocenie dyskutowanego tekstu. Pozostańmy zatem każda przy swoim zdaniu i niech życie toczy się dalej. A znajomość geografii oraz dobrych manier jest w życiu bardzo przydatna. Naprawdę. Odpowiedz Link
gat45 Re: Jak słowo daję... 23.05.14, 12:18 Wszystko zależy od tego, do kogo autorka swój blog adresuje - jeżeli wyłącznie do osób, które w małym palcu mają twórczość przywołanych w tekście pań, to wszystko w porządku. Nie do mnie, więc w ogóle nie powinnam była czytać. Przyzwyczajona jestem do zasady, że bez odsyłacza (czy skrótowego objaśnienia) pozostawiamy tylko te odwołania, co do których jesteśmy pewni, że są znane adresatowi. Ale mogę się mylić - tyle zasad, ktore ja uważam za obowiązujące, legło w gruzach, leży i chwastami zarasta, że nie zdziwiłoby mnie, gdybym się dowiedziała, że i ta też już straciła ważność. Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 19:52 Analizę stylistyczą sobie daruję, bo Embepe odwaliła kawał solidnej itd. Embepe, do stópek padam, coby się gendrowo nie powtarzać. Pokomentuję treściowo, dla jasności kursywą. Boguś reprezentuje – w latach 60. i na początku 70. ciągle jeszcze egzotyczną (patrz Wojna domowa) – subkulturę młodzieżową, do której główne bohaterki nie należą. Pretensjonalny młodzieniec o drwiącym sposobie bycia nadąża za modą (zapewne, bo autorka nie wnika w szczegóły), pali papierosy (dopiero po maturze, co można uznać za plus) i posiada magnetofon („posiadanie” magnetofonu nie było w tych czasach wyznacznikiem bogactwa, aliści), a „dobrze zrobione” dziewczyny z „dopracowaną twarzą” zaprasza na prywatki lub do kina (do kina zaprasza Tereskę, o prywatkach słowa nie ma, natomast za „dobrze zrobioną z dopracowaną twarzą” jeździ po całej Polsce, bo się zakochał, i już ). Po prostu dysponuje pieniędzmi (otrzymywanymi od rodziców), chociaż ani myśli ich zarabiać. No i fajnie, w końcu Boguś nikogo nie zachwyca i nie został stworzony po to, żeby zachwycać. Teresce wszystko to jest obce i zanim nie spotkała Bogusia, nie przyszło jej do głowy, że powinna mieć magnetofon czy adapter albo chociaż radio tranzystorowe i urządzać prywatki. Dopiero impuls ze strony złotego młodzieńca sprawił, że „poczuła się nagle jakaś gorsza, uboga, byle jaka”. Zapragnęła czymś mu zaimponować, a przede wszystkim ukryć fakt, że nie ma pieniędzy, chociaż zarabia korepetycjami. Bo była w nim zadurzona, a on był starszy, „szalenie dumny, szalenie męski, szalenie dorosły” – pardon, której szesnastolatce nie zaimponuje zainteresowanie starszego chłopaka? I zapragnęła mu zaimponować czymś mniej banalnym (i niekoniecznie materialnym) niż korepetycje i czyny społeczne. Co w tym nagannego z gendrowego punktu widzenia? To jednak chwilowy kryzys pragnień. (nie rozumiem) Przy Bogusiu Tereska idiocieje i zaczyna się mizdrzyć (nie, Tereska się nie mizdrzy. Właśnie się NIE mizdrzy, bo jest to przeciwne jej zasadom.) W humorystycznych powieściach Chmielewskiej nie ma takich niuansów, ale motyw pieniędzy, które bohaterki same zarabiają (zarabia Tereska, o zarabianiu Okrętki nie ma żadnej wzmianki), jest bardzo wyeksponowany. To ważne i dobrze o nich świadczy. Zastanawiam się dlaczego – jaki system przekonań za tym stoi. (System przekonań za tym stoi? A nie normalna chęć posiadania własnej kasy? Gdzie tu, pardon, system przekonań?) Mogłoby się wydawać, że socjalistyczny, skoro Tereska i Okrętka zarobkują nie po to, by konsumować dobra luksusowe i błyszczeć konsumpcją w towarzystwie. Podkreślam,”‘zarobkuje” Tereska. No i jasne, konsumować dobra luksusowe i błyszczeć konsumpcją w towarzystwie, whatever, a fuj. Tylko Ţereska na początku zarzyna się korepetycjami w celu jasno określonym: „Skąd wziąć także pieniądze na kosmetyki, na modną odzież, na fyzjera i manikiurzystkę”. To faktycznie żadna konsumpcja. Dopiero wtedy, kiedy Boguś spada w przestrzeń wirtualną, dochodzi do wniosku, że tę kasę może zużyć na coś bardziej konkretnego, na przykład kajak. Praca daje im godność oraz możliwość podboju większego kawałka świata i wybicia się na większą niezależność. Once more, zarabia Tereska, a na brak godności w ogóle raczej nie narzekają. Chcą wziąć za siebie pełną odpowiedzialność, od poziomu biologicznego przetrwania poczynając. Jeśli przypomnimy sobie, że mają po 16-17 lat, ich indywidualizm i silny imperatyw survivalowego podejścia do życia wydadzą nam się bardzo neoliberalne, choć w ascetycznym wydaniu. Dziewczyny po prostu dają sobie radę, by dawać sobie radę. Ich samodzielność jest przyczyną, środkiem i celem. To już mnie przerosło. Biologiczne przetrwanie zapewniają im rodzice, a dalej nie rozumiem... Na czytelniczkę działa to upajająco. Tym większą zdradą wydaje się finał Większego kawałka świata, w którym okazuje się, że bohaterki nie były i nie radziły sobie same, bo czuwał nad nimi z daleka i interweniował w razie potrzeby właśnie antypatyczny Robin. CO działa upajająco? Że dawały sobie radę, i to znakomicie? A cóż to za nowina, i w życiu, i w książkach? A że ktoś tam nad nimi czuwał z powodów detektywistyczno-kryminalnych – no sorry, bez tego elementu nie byłoby książki. Zdrady nie widzę. Tereska jest od Robina o kilka ważnych lat młodsza – on jest dorosły, podczas gdy ona jest nastolatką. Tereska jest też w pewnym sensie sierotą. To znaczy w jej życiu, którego najważniejsze epizody rozgrywają się poza domem, rodzice niewiele znaczą. Matka jeszcze od czasu do czasu się pojawia, ojciec jest niemal nieobecny. „O kilka ważnych lat” – ok, odpuszczam skrót myślowy. Ale reszty nie. Sugeruję powrót do przeczytanej po łebkach książki i przeanalizowanie układów rodzinnych bohaterek. Spokojna jestem, ale tu się chyba nieco wkurzyłam... Inaczej niż dzisiejsza popkultura, która eksponuje relacje rodzinne, peerelowska powieść dla młodzieży uderzająco często pokazywała dzieci i młodzież w czasoprzestrzeni pozarodzinnej i nie robiła z tego problemu. Patrz wyżej. Robin przerywa tę sielankową swobodę, Jaką sielankową swobodę, przepraszam, przerywa? ujawnia „sieroctwo” przyjaciółek, które dotąd było niezależnością Sieroctwo, które było niezależnością? Na Mazurach? Ktoś tę książkę o Mazurach czytał? I co to w ogóle jest? Rolę ojca-boga i ciąg dalszy na razie sobie daruję, bo z sił opadłam. Na koniec pytanie – co znaczy: 1) Proszę, pojawił się i z miejsca wyprodukował całkiem nowy dziewczyński podmiot. Pojawił się i z miejsca wyprodukował, zaiste? 2) Przyjaciółki już się godzą na smutną konieczność poślubienia obcego (bo mężczyzna to zagadka) człowieka i nazywają to nową odpowiedzialnością. No tak, ale to już lata 80. Co lata 80.? Kiedy? 3) Jazda konna to nie fanaberia. Jw., kiedy jazda konna była fanaberią, ewentualnie kiedy przestała, w latach 80.? No i co ma piernik... We mnie też duch upadł. Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 21:35 Balamuku, jeżeli zajrzy tu kiedyś autorka dyskutowanej notki, to chyba nie polubi ani Ciebie, ani mnie... Przejdźmy do tematów przyjemnych: wątek o paznoGciu bardzo poprawił mi humor - dzięki za wykopanie go z otchłani! Odpowiedz Link
asia.sthm Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 21:44 Za to ja was lubie, bo owy tekst przeczytalam az dwa razy i zupelnie nie zrozumialam o co wlasciwie chodzi. Teraz jakos mi lzej. Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 23:02 Lżej ci, że dalej nie rozumiesz? Embepe, Asia nas lubi, co w zestawieniu z paznogciem wyraźnie uprzyjemnia życie, nie sądzisz? Odpowiedz Link
embepe Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 23:18 balamuk napisała: > Embepe, Asia nas lubi, co w zestawieniu z paznogciem wyraźnie uprzyjemnia życie > , nie sądzisz? No masz! Poziom uprzyjemnienia życia od razu podniósł mi się o kilka metrów! Odpowiedz Link
minerwamcg Re: Jak słowo daję... 24.05.14, 23:47 Też Was lubię! I też nie lubię bełkotu. I nie, wyznacznikiem bełkotu nie jest dla mnie fakt, że go nie rozumiem. Heideggera też nie rozumiem, a jego tekstów bynajmniej za bełkot nie uważam Bełkotem jest nieumiejętność logicznego formułowania myśli. Odpowiedz Link
jottka Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 10:52 minerwamcg napisała: > Też Was lubię! I też nie lubię bełkotu. I nie, wyznacznikiem bełkotu nie jest dla mnie fakt, że go nie rozumiem. Heideggera też nie rozumiem, a jego tekstów bynajmniej za bełkot nie uważam Bełkotem jest nieumiejętność logicznego formułowania myśli. minerwa, ale twój post jest - jakem nie logik - wewnętrznie sprzeczny. - czytam, że nie rozumiesz heideggera, ok. - dalej czytam, że wprawdzie go nie rozumiesz, ale wiesz, że to nie jest bełkot. tu mnie ciekawi, po czym to poznajesz, skoro, jak mówisz, jego tekstów nie rozumiesz, czyli nie jesteś w stanie ocenić, czego właściwie dotyczą i w jaki sposób ich przesłanie jest konstruowane. - i czytam kolejną informację, że bełkot to nieumiejętność logicznego formułowania myśli, z czego wnioskuję, że w takim razie potrafisz ocenić, że heidegger swoje wywody prowadzi logicznie i zrozumiale. ale piszesz, że jego tekstów nie rozumiesz... to teraz ja nie rozumiem blogerka nie heidegger zapewne, ale myśl główna jest dość jasna i zrozumiała, w uzasadnieniu pada kilka słów i nazwisk, które nie dla wszystkich są zrozumiałe, ale ani ich zrozumienie nie jest konieczne dla zrozumienia tezy, ani też nie jest to heideggerowskie dasein, żeby trzeba się było na nim doktoryzować, by cokolwiek zrozumieć. a jednak poza postami słotnej i moimi cały wątek poświęcony jest zasadniczo temu, jaka blogerka jest nieudaczna, a nie temu, że np. jej teza się kupy nie trzyma, gdyż ... (tu wpisz stosowny argument, z którym można polemizować). Odpowiedz Link
slotna Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 11:10 No wlasnie kurcze nadal nie widze polemiki z trescia. Zeby nie bylo - mnie sie ten styl tez nie podoba, nowomowa feministyczna w ogole mnie irytuje, ale akurat w tym wypadku przeczytalam artykul plynnie i zrozumialam przeslanie. Pojde dalej - w CZN bohaterka robi rzeczy niesamowite, tylko po to, zeby wrocic do mezczyzny. Ukochanego juz nie ma? A tam jest inny, mozna sie na nim oprzec i wreszcie, wreszcie wyplakac w kamizelke. Przyjaciolek miala tony... Odpowiedz Link
eulalija Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 12:39 Mylisz się. W CZN nie chodzi o mężczyznę. Chodzi o kraj, konkretnie o Warszawę, w której, ma nadzieję, odnajdzie bezpieczny azyl (wiem, masło maślane). Diabeł już nie był na głównym pudle. Może odrobina nadziei była ale bardzo, bardzo wątlutka. A co do meritum dyskusji: podkładanie nowych filozofii do treści, która została pierwszy raz wydana w 1976, więc biorąc pod uwagę cykl wydawniczy, napisana była jeszcze wcześniej (wspomniałam o zdania Tereski - ćwierć wieku po wojnie?) - jest śmieszne, żeby nie określić tego innymi słowy. Embepe i Balamuk mają jeszcze jedną oddaną wielbicielkę - to ja. Odpowiedz Link
slotna Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 13:10 To po CZN pokochalam Warszawe, swietnie jest przedstawiona, ale spojrz na zakonczenie. Ojejku, pan naprawde (otwiera szeroko oczy i trzepocze rzesami) POTRAFI? Nie chodzi o to, zeby robic autorce wyrzuty, ze zle napisala. Chodzi o to, zeby zrozumiec, _dlaczego_ tak napisala. Takie byly czasy, ok, ale kobiety w jej ksiazkach (nawet mlode, jak Tereska i Okretka) sa ponadczasowo niezalezne, tyle ze do pewnego momentu. Odpowiedz Link
eulalija Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 14:04 Nie mogę tych trzepotów rzęs i szeroko otwartych ócz dostrzec w zakończeniu: "... usłyszałam własny głos, pytający z ożywioną, radosną nadzieją" - I naprawdę potrafi pan tam znaleźć i włączyć autopilota?!" Nie ma tam również ojejka. Różne rzeczy Autorce (jednak z szacunku dla Niej będę używała dużych liter) wychodziły lepiej lub jeszcze lepiej. Niektóre ... no cóż ... Co nie zmienia postaci rzeczy. Dyskusja z takim betonem jak ja jest bezprzedmiotowa. Uważam co napisałam na temat meritum, jest to moje zdanie i nie powodów ani potrzeby przekonywać mnie, że czyjeś jest lepsze, bardziej odkrywcze. Odpowiedz Link
the_dzidka Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 12:45 slotna napisała: > To po CZN pokochalam Warszawe, swietnie jest przedstawiona, ale spojrz na zakon > czenie. Ojejku, pan naprawde (otwiera szeroko oczy i trzepocze rzesami) POTRAFI > ? Pominąwszy fakt, że to wcale tak nie było - to sorry, ale ten pan od autopilota jest zupełna nowością w życiu bohaterki i pojawia się na samym końcu. Upada więc sugestia, że do niego wracała (*facepalm*). Ogólnie bohaterka zwiewa od przestępców, i jakoś się temu nie dziwię, po czym decyduje się na Warszawę, bo tam nie ma mafii, "tylko co najwyżej gang niciany lub koperkowy", tam jest rodzina, dom, owszem, tam jest i Diabeł, tyle tylko, że zaraz następują długie rozmyślania oo tym, że do Diabła to już chyba nie ma po co wracać, co się zresztą potem potwierdza. Odpowiedz Link
slotna Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 18:20 > Pominąwszy fakt, że to wcale tak nie było - to sorry, ale ten pan od aut > opilota jest zupełna nowością w życiu bohaterki i pojawia się na samym końcu. U > pada więc sugestia, że do niego wracała (*facepalm*). Wcale nie napisalam, ze do niego wracala, tylko do Diabla. O rodzinie oidp nic tam nie ma, znajomych tez niewiele, tyle co z informacjami o peruce. A na koniec pojawia sie wlasnie ten silny, wspanialy mezczyzna z rekomendacjami, który umie nawet jacht pilotowac, wow - tak jakby sama wlasnie nie przeplynela Atlantyku. Odpowiedz Link
jottka Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 13:15 eulalija napisała: > A co do meritum dyskusji: podkładanie nowych filozofii do treści, która została pierwszy raz wydana w 1976 ale jakich nowych treści??? szybowicz napisała wyraźnie - chce sprawdzić, jaki model kobiety (jaką wizję kobiecości) propagowały popularne powieści dla dziewcząt w latach peerelu. wtedy, czyli w latach 40., 50., 60. i późniejszych. ewentualny komentarz prowadzony w języku współczesnych teorii naukowych nie zmieni tego, co autorki w swoich powieściach zapisały. a u chmielewskiej właśnie widać zdumiewający rozdźwięk - bardzo niezależne, samodzielne i w ogóle podziwu godne młode kobiety nagle okazują się w finale głupawymi idiotkami, które tak naprawdę żadnych Prawdziwych i Niebezpiecznych Przygód nie przeżywały, gdyż cały czas pilnował ich tajemniczy opiekun, krynica mądrości i komentator ich poczynań, któremu do pięt nie dorastają. i ten model się powtarza także u "dorosłej" chmielewskiej, dlatego można sobie porozważać, co też takiego mogło skłonić autorkę do ustawiania (niemal) nieodmiennie męskiej mary sue (pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Sue) na piedestale. niewątpliwym wyjątkiem jest janeczka, twarda baba bez wad i bez potrzeb kurczątka ale zastanawiałam się, czy przypadkiem bohaterka "klina" też nie jest nietypowa na tle późniejszych postaci kobiecych. ona jest traktowana od początku przez głównego bohatera jako kretynka, po czym ku swemu zdumieniu przekonuje się on, że to jednak nie ten przypadek i popadają w romans na równych prawach, że to tak ujmę. innym wyjątkiem jest barbara, ale ona z kolei ustawiana jest jako coś w rodzaju bogini wszyscy ją wielbią i posłusznie wykonują rozkazy, ale nikt się do niej nie może zbliżyć, jej mąż to jakiś fantom w tle. Odpowiedz Link
eulalija Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 14:34 eulalija napisała: > A co do meritum dyskusji: podkładanie nowych filozofii do treści, która została pierwszy raz wydana w 1976 ale jakich nowych treści??? Nowych filozofii do treści, czyta się uważnie z szacunku dla przedpiszącego i nie zmienia sensu jego wypowiedzi. I szanuje innych czytających używając dużych liter na początku zdań i właściwych dla imion własnych (Janeczka oraz, o zgrozo Chmielewska). Sama siebie zacytowałam, pięknie, chyba upał mi zaszkodził. Na tym forum w ciągu wielu lat rozebraliśmy książki Joanny Chmielewskiej na pojedyncze literki, facetów i baby, charaktery i uczynki pokroiliśmy w cieniutkie plastereczki i obejrzeliśmy pod mikroskopem. Nie chwaliliśmy do zatchnięcia. Nazwanie pracy "komentarz prowadzony w języku współczesnych teorii naukowych" to moim zdaniem nadużycie. Rozwinięta w temacie dyskusja już mnie zniesmacza. Żegnam ozięble. Odpowiedz Link
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 14:44 To ja jeszcze tylko dodam, ze jestem z czasów okołotereskowych i choć była ze mnie dziopa aż nadto samodzielna i wyzwolona, jakże przyjemnie było pobyć czasem i kurczatkiem, i lianą, i czym tam jeszcze, szczególnie jak się miało 16 lat i amanta deko, a nawet dwa starszego I wtedy się w ogóle nie myślało o modelu kobiecosci, wolnościach takich czy owakicu i czym tam jeszcze, ach... Odpowiedz Link
asia.sthm Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 16:00 jottka napisała: > niewątpliwym wyjątkiem jest janeczka, twarda baba bez wad i bez potrzeb kurczątka Ra tun ku ! Jottko, jak do cholery nie zauwazylas, ze Janeczka jest dzieckiem? Na temat ktorego chlopa miala zglupiec chocby na chwile? Juz wiem co Eulalije zaczelo zniesmaczac. Kazda kobieta, osmielam sie stwierdzic pod toporem, - kazda kiedys zglupiala. I nie ma powodow aby o tym nie pisac w powiesciach. Ja uwazam, ze akurat nasza Gurua swietnie sie spisala z produkowaniem wzorcowych bohaterek.... no, pomijajac wszystkie poboczne wariatki nie do przyjecia. Odpowiedz Link
minerwamcg Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 14:52 Nie widzę sprzeczności. Można czegoś nie rozumieć, a mimo to nie uważać tego za bełkot. I przeciwnie, można coś doskonale rozumieć, mimo, że logiki w tym za grosz. Argumentów za bełkotliwością autorki bloga podano wyżej tyle, że nie chce mi się wynajdywać następnych. Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 25.05.14, 18:06 Słusznie prawisz. To teraz do Jottki - "u chmielewskiej właśnie widać zdumiewający rozdźwięk - bardzo niezależne, samodzielne i w ogóle podziwu godne młode kobiety nagle okazują się w finale głupawymi idiotkami" - naprawdę nie czuję żadngo rozdźwięku, zwłaszcza zdumiewającego. Według mnie szesnastolatki nie są młodymi kobietami, tylko dziewczynami, to po pierwsze. Po durgie - owszem, są samodzielne, ale dlaczego podziwu godne? One są przede wszystkim normalne. Inteligentne i normalne. I w którym finale okazuja się głupawymi idiotkami? A, przepraszam, "tak naprawdę żadnych Prawdziwych i Niebezpiecznych Przygód nie przeżywały, gdyż cały czas pilnował ich tajemniczy opiekun, krynica mądrości i komentator ich poczynań, któremu do pięt nie dorastają". No bez przesady. Przeżywały przygody, bo o książce przygodowej mówimy, a nie o manifeście diabliwiedzączego. Same, własnych zwojów mózgowych używając, doprowadziły do rozwiązania zagadki (że po drodze namieszały, to inna sprawa, ale bez tego nie byłoby opowieści), Robin pomógł, kiedy było trzeba, bo ma poczucie odpowiedzialności i do Tereski go ciągnie (nienormalne?), Tereskę też do Robina ciągnie, ale przecież do stóp mu się nie ściele, za krynicę czegokolwiek go nie uważa i jest o wiele bardziej zrównoważona, niż w przypadku Bogusia. Myśli. A Okrętka Robina odbiera pozytywnie - ale bez emocji, bo jej akurat nie kręci. I wszytsko jest wiarygodne psychologicznie. No i jeszce "Niewątpliwym wyjątkiem jest janeczka, twarda baba bez wad" - to już Asia napisała, Janeczka jest dzieckiem. I akurat ją można by było uznać za psychichologicznie niewiarygodną, bo w wieku 12 lat dziewczynki interesują się także płcią przeciwną, nie tylko własnym psem i zagadkami detektewistycznymi. Odpowiedz Link
the_dzidka Re: Jak słowo daję... 26.05.14, 14:58 Jeszcze przed lekturą czułam, no CZUŁAM, że to chodzi o któryś tekst Szybowicz (ustawienia netu w pracy blokują mi wejścia na niektóre strony). No cóż, jedna z pań, przez które niestety zaczęłam mówić "w zasadzie czuję się feministką, ALE..." Odpowiedz Link
tutul Re: Jak słowo daję... 26.05.14, 21:08 Nie znam dokonań tej pani,bloga nie czytałam,ale jak zaczęłam czytać tekst oTeresce i Okrętce bardzo szybko dałam sobie spokój.Pierwsze i ostatnie wrazenie( ostatnie,bo starałam się o tym nie myśleć) : autorka stara się chyba w niedługim tekście zamieścić tyle dziwnych określeń,że nie dałam rady.Jakiś na siłę -zeby nie powiedzieć pseudonaukowy - tekst. Po przeczytaniu wszystkich wypowiedzi w tym wątku dochodzę do wniosku,że chyba miałam rację.( a doła miałam,żem taka niedouczona) Odpowiedz Link
the_dzidka Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 12:26 To ja wam się przyznam, z czym mi się te jej artykuliki kojarzą - pamiętacie, była w Autobiografii niejaka "Hanka, zetempówa zakamieniała"? Tu odnoszę podobne wrażenie. Oczywiście kontekst jest inny, ale tak samo mamy do czynienia z węszeniem, tropieniem, naginaniem do własnych tez i triumfalnym ogłaszaniem, że król jest nagi! Klapki na oczach i do przodu! A że wychodzą z tego bzdury o "osieroconej" Teresce, bo nie ma tam jej rodziców (ciekawe, jak mieli być na wakacjach BEZ rodziców) plus cała reszta, to już pani Elizy nie obchodzi, ona swoje wie. I zadowolona. Ja kiedyś nawet obserwowałam jej bloga, bo zaczęła nieźle, ale szybko dałam sobie spokój, bo jakkolwiek dla mnie feminizm jest oczywistością, to bełkot feminazistyczny już nie. Odpowiedz Link
groha Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 17:29 No więc właśnie, tylko spokój może nas uratować. Oraz jakże krzepiące poczucie, że jeśli jakieś zjawisko istnieje, to zawsze mamy dwa wyjścia: cieszyć się, że jest, albo je olać, prawda? Za przeproszeniem, ma się rozumieć. Jasne, że zjawisko może nas zwyczajnie i po ludzku zadziwić, ale chyba nie ma sensu się na nie obrażać i nabzdyczać, bo ono raczej od tego nie minie, więc może lepiej tak, jak z deszczem - leje? Aha. Widać musi. A my spokoluzmaroko: parasol w łapę, kalosze na nogi i już. Przyznam się bez bicia, że dzięki zjawisku, o którym tutaj dyskutujecie, mam taką kupę śmiechu, że klękajcie narody. Bowiem oczami wyobraźni z mety zobaczyłam kilka scen, bezapelacyjnie świadczących o samodzielności Tereski i Okrętki, na przykład: Robin rzuca się na kopczyk z ekrazytem i w ostatniej sekundzie przed katastrofą wyrywa zapałki z rąk Tereski, na co ona spluwa ze wstrętem i nazywa go seksistowską świnią, a Okrętka natychmiast wciska mu w opadłe ręce rybę wraz z mąką i tnie powietrze głosem ostrym, jak brzytwa: - Wie pan, co to jest? No, to do roboty. Chrupiąca skórka ma być! Pardon, mam jeszcze kilka bardziej drastycznych, ale chwilowo muszę iść się wysmarkać i otrzeć z łez ócz swych błękity Odpowiedz Link
gat45 Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 17:47 A ja bym tylko (skromnie) chciała się dowiedzieć, dlaczego dla autorki Boguś-goguś i ta cud-dziewica ze starannie zrobioną twarzą stanowią "nowoczesność" ? Odpowiedz Link
balamuk Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 19:04 Tu bym się nie czepiała, i Bogusia, i część koleżanek/kolegów Tereski i Okrętki JCh przedstawia jako zwolenników modnego w danym momencie stylu życia. W jakimś innym wątku zadumałam się, kiedy właściwie rozgrywa się akcja ZŻ i dalej nie wiem - tak czy inaczej, dziewczyny same określają się jako "staroświeckie i zacofane jak przed wojną". Nie chcą być nowoczesne, ale siłą rzeczy gdzieś wokół nich kłębi się ta nowoczesność, przeciwko której protestują. Odpowiedz Link
ewa9717 Re: Jak słowo daję... 27.05.14, 20:49 Mnie się wydaję, że Gat słowem "autorka" grzecznie obdarzył tę blogerkę, ale mogę się mylić. Odpowiedz Link
gat45 Re: Jak słowo daję... 28.05.14, 05:49 Nie mylisz się, Ewuniu, ale chyba i Bałamuk poprawnie mnie zrozumiał Zamieszało się dlatego, że ja od zawsze mam trudności z nazwaniem "nowoczesnością" po prostu mody. I dla mnie nowocześniejsze są panienki T. i O. jadące samotnie na biwakowe wakacje niż wytworni bywalcy wielkoświatowych salonów, jakimi były wówczas Orbisy (ze szczególnym uwzglednieniem tego na Brackiej, nec plus ultra, "indywidualne samolotowe i międzynarodowe kolejowe" tam się nabywało). Odpowiedz Link
april02 Re: Jak słowo daję... 01.07.14, 00:39 Przeczytałam obydwa teksty i zwątpiłam w swoje zdrowe zmysły. Fakt, do szkoły chodziłam dawno dawno ale do tej pory miałam wrażenie, że potrafię czytać ze zrozumieniem, chociażby tylko w języku ojczystym... A tu zonk. Potem przeczytałam Wasze komentarze i odetchnęłam z ulgą. Nie jest ze mną tak źle Odpowiedz Link
eulalija Re: Jak słowo daję... 01.07.14, 08:25 No i sama widzisz Aprilko, tu trzeba bywać. Forum uczy, bawi, wychowuje i ma właściwości kształcące Odpowiedz Link
april02 Re: Jak słowo daję... 02.07.14, 09:07 Cześć Będę teraz odrabiać zaległości w czytaniu . Odpowiedz Link