Deszcz leje, o "Siedlisku" mowa, Baron napisał o haftowaniu serwetek, więc
tak się jakoś ciepło i domowo zrobiło, że sięgnęłam po "Najstarszą
prawnuczkę", by znów napaść oczy diariuszem panny Dominiki. Te jej problemy z
prowadzeniem małego dworu w jednakowej mierze śmieszą mnie i rozczulają.
"(...) Gęś jedna jeść nie chce tyle, ile potrzeba (...) Kaczkę tłustą na
kolację kazałam upiec i bluzkę jedwabną liliową włożyłam (...) Okropność
istna. Kotka jedna okociła się na środku łóżka w gościnnym pokoju trzema
kociętami... "

Wiem, że dla niektórych jest to całkiem niezjadliwe, nudne i tchnące
wykopaliskiem, ale ja kocham takie klimaty. Oczywiście, nie zamieniłabym się
na życie z panną Dominiką za żadne skarby, bo być ubogą krewną, to żaden
cymes, ale lektura jej diariusza, jakoś dziwnie mnie uspokaja. Te dni kręcące
się wokół kuchni, kłopotów ze służbą, skąpych wieści przynoszonych ze
świata... Przy tej wiejskiej sielance, pamiętnik Matyldy Wierzchowskiej, z
domu Kręglickiej, to światowe życie, a ona sama - szczyt samodzielności,
przebiegłości i zaradności kobiecej, jak na tamte czasy, rzecz jasna. Ale też
inny status społeczny, niż biedna panna Dominika, co tu dużo gadać. Która,
uważam, została napisana przez Guruę świetnie, jak cała książka zresztą.
Jeśli mnie pamięć nie myli, rzadko o niej mówiliśmy, a może nawet wcale?
Ciekawe dlaczego? Więc przy okazji zapytam: lubimy "Najstarszą prawnuczkę",
czy nie bardzo? A skoro nie bardzo, to co nam w tym przeszkadza, żeby
bardziej?