Dodaj do ulubionych

Jak Soderbergh postanowił nakręcić "Solaris"

IP: *.acn.waw.pl 13.02.03, 21:28
Biorac pod uwage fragment:

Niestety, ze względów prawnych (genialny tłumacz Michael Kandel)
nie mógł się podjąć przekładu "Solaris" - wyłączność na język
angielski miał bowiem przekład Steve'a Coksa i Joanny Kilmartin.
Cox i Kilmartin uprościli sobie zadanie, eliminując wszystkie
fragmenty, w których Lema poniosła wyobraźnia czy inwencja
słowotwórcza."

mozna powiedziec: "Wiwat ochrona wlasnosci intelektualnej, nawet
jesli wlascicielami praw do przekladu sa dwie miernoty idace na
latwizne".

U mnie w pracy byl tlumacz, ktory ulatwial sobie prace nie
tlumaczac trudniejszych kawalkow. Wylecial na zbity pysk.
Obserwuj wątek
    • Gość: lammanski Re: Jak Soderbergh postanowił nakręcić IP: *.wesola.sdi.tpnet.pl 14.02.03, 04:22
      polecam "listy" lema - rozmowy lema z kandlem niepokojaco
      przyspieszaja prace polkul ;-)

    • Gość: Kagan Re: Jak Soderbergh postanowił nakręcić 'Solaris' IP: *.vic.bigpond.net.au 14.02.03, 12:10
      Gość portalu: 74848 napisał(a):
      Biorac pod uwage fragment:
      > Niestety, ze względów prawnych (genialny tłumacz Michael Kandel)
      > nie mógł się podjąć przekładu "Solaris" - wyłączność na język
      > angielski miał bowiem przekład Steve'a Coksa i Joanny Kilmartin.
      > Cox i Kilmartin uprościli sobie zadanie, eliminując wszystkie
      > fragmenty, w których Lema poniosła wyobraźnia czy inwencja
      słowotwórcza."
      No coz, tak dziala kapitalizm...
      • Gość: Kagan Re: Jak Soderbergh postanowił nakręcić 'Solaris' IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 07:53
        Nudny romans w kosmosie - Recenzja filmu “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i
        James’a Cameron’a
        Idąc 27 lutego roku 2003 na australijską premierę hollywoodzkiej wersji
        “Solaris” starałem się jak mogłem, aby nie przynieść ze sobą na salę kinową
        żadnych uprzedzeń. Wynikało to z faktu, iż nie tylko znałem wcześniejsze
        recenzje tego fimu, ale też znam dość dobrze twórczość tych obu filmowców.
        Reżyser Steven Soderbergh jest znany głównie z “Sex, Lies, and Videotape”,
        filmu, powiedzmy sobie to szczerze, nudnawego i pretensjonalnego. Jednakże
        największy zawód sprawił mi producent “Solaris”, James Cameron (trzeba
        pamiętać, że w USA to producent, a nie reżyser, jest prawnie autorem filmu).
        Cameron jest znany z takich produkcji jak “The Terminator”, “Terminator 2”,
        “Aliens” (“Obcy”), “The Abyss” (“Głębia”) czy wreszcie “Titanic”.
        Sądząc po
        tym ostanim filmie, można było się spodziewać, iż “Solaris” zostanie
        sprowadzone de facto do wątku miłosnego (dość ważnego w powieści Lema, choć
        zdecydowanie w niej drugoplanowego). Niestety, “Solaris” Steven’a
        Soderbergh’a i James’a Cameron’a to coś znacznie gorszego niż “love story in
        space” (“romans w przestrzeni kosmicznej”), to jest po prostu nudne,
        rozwlekłe i pretensjonalne pseudo-romansidło, grane w sztucznym, teatralnym
        stylu przez marnych aktorów: George’a Clooney’a (Krisa Kelvina) i Nataszę
        McElhone (Rhey’ę, właściwie Harey, o czym będzie mowa później),i na dodatek
        źle wyreżyserowany i nienajlepiej zmontowany (liczne dłużyzny, nic nie
        wnoszące nawet do nastroju filmu).

        Według Soderbergh’a “Solaris” to `a combination of “2001” and “Last Tango In
        Paris"’ (`kombinacja “2001” i “Ostatniego tanga w Paryżu”’). Dla mnie to zaś
        raczej marne naśladownictwo arcydzieła Kubrick’a, w stylu owego, jakże
        przereklamowanego, a tak naprawdę, to równie nudnego jak “Solaris”,
        “Ostaniego tanga”. W filmie “Solaris” właściwie nic się nie dzieje. George
        Clooney pokazuje w nim conajmniej dwa razy swoją pupę, co bynajmniej nie
        ratuje filmu. Sceny miłosne są zbyt odważne, aby film był bez ograniczeń
        wiekowych, ale zbyt mało odważne, aby zaciekawić właściwie kogokolwiek. Z
        filozoficznego przesłania powieści Lema właściwie nic nie ocalało: kiedy
        zaczyna się ciekawa dyskusja na temat Boga, i nawet wspomniana jest opinia
        papieża, fonia zostaje natychmiast wyciszona, aby - broń Boże - nie zmusić
        widzów do myślenia… Jednym z powodów, iż filozoficzna głębia powieści została
        zgubiona przez Soderbergh’a i Cameron’a jest fakt, iż scenariusz został
        napisany przez Soderbergh’a na podstawie marnego tłumaczenia tej powieści na
        angielski (Joanna Kilmartin i Steve Cox przetłumaczyli “Solaris”, na dodatek
        dość niechlujnie, nie z polskiego, a z francuskiego tłumaczenia, stąd owe,
        jedyne dotąd, angielskie tłumaczenie powieści Lema, zawiera mnóstwo błędów i
        przeinaczeń, w tym nawet nazwisk bohaterów).

        Jak już wspomniałem, dwójka głownych bohaterów gra w sztucznym, teatralnym
        stylu. Zamiast dialogów mamy deklamacje, zamiast gry aktorskiej jeno jej
        nędzne namiastki (przykładowo. scena “rezurekcji” Rhei-Harey, jest
        niezamierzonie komiczna z powodu fatalnego aktorstwa Nataszy McElhone). Voila
        Davis jest niezła w roli czarnoskórej uczonej, doktora Gordona – sęk w tym,
        iż jest to postać nieistniejąca w powieści Lema. Została ona wyraźnie
        wprowadzona “na siłę” przez Soderbergh’a , aby film był politycznie poprawny
        (o ile dobrze pamiętam, to w powieści Lema występuje murzynka, ale jest ona
        tworem planety “Solaris”, i nie jest naukowcem, a prześladowcą jednego z
        wyraźnie bialych uczonych z załogi stacji). Ulrich Tukur jest również dośc
        dobry w roli Gibariana, a własciwie jego “ducha” (Gibarian popełnia
        samobójstwo tuż przed przylotem Kelvina), ale jest to rola wyraźnie drugo-,
        jak nie trzecio-planowa. Jeremy Davis jako Snow (Snaut) jest nieco lepszy niż
        Clooney czy McElhone, ale to przenież nie jest żaden powód do dumy…

        Od aktorstwa Clooney’a i McElhone chyba jeszcze gorsza jest reżyseria
        Soderbergh’a. Film po prostu się rozłazi, brak mu tempa, napięcia a przede
        wszystkim owego nastroju tajemniczej grozy, która uderza praktycznie z każdej
        strony powieści Lema czy też jest wyraźnie obecna w pamiętnej ekranizacji
        Tarkowskiego z roku 1972. Soderbergh starał sie naśladować Kubrick’a, stąd
        początek i zakończenie “Solaris” jest marną kopią “2001”. Brak funduszy na
        efekty specjalne rozłożył zaś ten film do końca. Wnętrze stacji i urządzenia
        znajdujące się w niej są na poziomie końca XX wieku i początku XXI, zaś
        techologia podróży kosmicznych o jakieś conajmniej 100 lat w przyszłość.
        Nieszczęściem Soderberg’a jest to, iż jego film ukazał sie po takich filmach
        jak “Minority Report” (“Raport mniejszości) Spielberg’a (według opowiadania
        Philip’a K. Dick’a), czy też niedawnych adaptacjach dzieł H.G. Wells’a (jego
        “Niewidzialnegp człowieka” i “Maszyny czasu”). Stąd oczekiwania publiczności
        są obecnie wysokie, i nikogo już nie sa w stanie zadowolić efekty specjalne
        na pozoomie “Milczącej gwiazdy” (“Astronauci’) Maetzig’a (1960) czy też
        “Testu pilota Pirxa” Piestraka (1979), a znacznie gorsze (szczególnie, jeśli
        wziąć pod uwagę upływ ponad 30 lat), niż w radzieckiej ekranizacji “Solaris’
        z roku 1972.

        Miłośnikom science fiction czy też historii miłosnych zdecydowanie odradzam
        “Solaris” Soderbergh’a, chyba, iż chcą się zanudzić na śmierć - na senasie w
        kinie “Southland Village Cinema” na przedmieściu Melbourne, który zaczął się
        27 lutego 2003 roku 2003 o godzinie 10:35 rano, tylko ja i osoba mi
        towarzysząca (ta ostania przez grzeczność) wytwaliśmy do końca… Polecam
        natomiast ten film studentom sztuki filmowej (aby zobaczyli, jak się się nie
        powinno kręcić filmów), oraz miłośnikom zdecydowanie złych, szmirowatych
        filmów, szczególnie z gatunku “science fiction i fantasy”, do którego to,
        niewiadomo czemu, zakwalifikowano ten zdecydowanie nieudany romans
        Soderbergh’a i Cameron’a, marny romans, który nie tylko nie dorasta do pięt
        klasie powieści Lema, ale jest o kilka klas gorszy niż klasyczna ekranizacja
        Tarkowskiego z roku 1972. Jako iż Lem był wyraźnie niezadowolony z wersji
        Tarkowskiego, jestem niezmiernie ciekawy, co sądzi on o “dziele” Soderbergh’a
        i Cameron’a. Obawiam się tylko, iż milionowe honorarium, które dostał on za
        prawa do sfilmowania “Solaris” zostało wypłacone nie tylko pod warunkiem, iż
        nie bedzie się on wtrącał do filmowania tej powieści, ale tez, iż nie będzie
        on publicznie wyrażać negatywnych opinii o fiasku “dzieła” Soderbergh’a i
        Cameron’a…

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka