IP: 212.160.117.* 03.04.03, 11:29
Miesiace, dni, GODZINY ... przemykają nam bezszelestnie ale
odciskając piętno wrażeń. Szczególnie trzem bohaterkom na
ekranie. Niby nic wielce oryginalnego - obyczajowy nurt głównie
o zmaganiu się z życiem a nie czerpaniu z niego przyjemności.
Reżyser przeplata trzy historie z różnych momentów czasowych XX
wieku interesująco budując tak naprawdę trzy warianty tej samej
opowieści. Przyjemnie zaskoczony zostałem poziomem powagi i
inteligencji dialogów jak na hollywoodzką twórczość - ale to
przede wszystkim dzięki oparciu się o pewnie całkiem mądrą
książkę. Z jednej strony tak spokojnie poprowadzony scenariusz
wymaga wypoczętego widza :-) ale z drugiej strony otwierając się
na uczucia postaci można dotrzeć do niemałej ilości pokładów
emocji - powtarzam: jak na amerykańske, dość komercyjne dzieło.
Bohaterki stają często przed dylematem "Uciec czy walczyć
dalej". Żadne z rozwiązań nie jest idealne - zawsze w ich
przypadku wiąże się z kolejnymi problemami - to opowieść o
kobietach spotykających dużo nieszczęścia. O mężczyznach też nie
taką malutką dawkę się dowiadujemy - kilka drugoplanowych ról
męskich gra niesamowicie wyraziście jak na założenie
pozostawania w cieniu pierwszoplanowej trójki. Lecz rządzą tym
filmem trzy kobiety, a właściwie miotają się w swych słabościach
i podstawowych pytaniach o sens ciągnięcia swojego losu.
Aktorstwo jest smakowite, nie będę się doszukiwał potknięć bo po
prostu bardzo trudno je znaleźć. Zapomnijcie o Nicole z
pierwszej sceny "Oczu" - godna szacunku przemiana. Julianne
świetnie wnika w lata 50te a i Meryl nie można nic zarzucić.
Otrzymujemy od nich dużo bólu i tęsknoty za szczęściem. No cóż,
warto pamiętać, że mogą pojawić się takiej wagi problemy, w
momencie gdy zaczynamy się niepotrzebnie przejmować właściwie
totalnymi drobiazgami.
Obserwuj wątek
    • Gość: Robert Re: Godziny IP: *.freeway.pl / 172.16.121.* 07.04.03, 09:22
      Powiedzmy sobie wprost: film jest absolutnie śreni i przeciętny.
      Zupełnie nie wiem za co dostała oskara Kidmanowa ale chyba tylko
      za charakteryzację. Poprawnie zrealizowany,mądry ale absolutnie
      przeciętny !!
      • Gość: iga Re: Godziny IP: 149.156.56.* 07.04.03, 13:50
        Gość portalu: Robert napisał(a):

        > Powiedzmy sobie wprost: film jest absolutnie śreni i
        przeciętny.
        > Zupełnie nie wiem za co dostała oskara Kidmanowa ale chyba
        tylko
        > za charakteryzację. Poprawnie zrealizowany,mądry ale
        absolutnie
        > przeciętny !!
    • Gość: iga Re: Godziny IP: 149.156.56.* 07.04.03, 13:48
      Film znakomity, zagrany koncertowo (Ed Harris, J. Moore)i choć
      bardzo smutny i przygnębiający, naprawdę wzbogaca. Cała prawda o
      egzystencji i kondycji człowieka. Gorąco polecam.
      • Gość: Przemek Re: Godziny IP: *.tele.pw.edu.pl 07.04.03, 14:38
        Gość portalu: iga napisał(a):

        > Film znakomity, zagrany koncertowo (Ed Harris, J. Moore)

        Kidman najlepsza, zwlaszcza w scenie na stacji kolejowej (gdy, poruszona
        uczuciem meza, pokonuje wypelniajacy ja chaos), potem Meryl Streep (miotajaca
        sie w kuchni nad stosem krabow).

        > Cała prawda o
        > egzystencji i kondycji człowieka. Gorąco polecam.

        "Cala" to, nie ujmujac rezyserowi ani samej Virginii Woolf, troche za duzo
        powiedziane. Inni autorzy mieliby tez cos oryginalnego do dodania w kwestii
        egzystencji i kondycji czlowieka...

        P.S. Tytul moglby byc lepszy, np. "Kobiety na skraju ataku nerwowego", ale ten
        tytul zostal juz wykorzystany przez Almadovara :-) (Mujeres al borde de un
        attac de nervios - nie znam hiszpanskiego, ale podobno im mniej ktos zna dany
        jezyk, tym chetniej cytuje :-))
    • Gość: ami Re: Godziny IP: 62.29.248.* 07.04.03, 16:16
      Właściwie to zastanawiam sie nad tym filmem jakby z przekory, gdyz szłam do
      kina w przeświadczeniu, że będę miała do czynienia z dziełem absolutnym a jeśli
      nie absolutnym to z czymś odkrywczym przynajmniej takie nadziej zrodziły się w
      e mnie pod wpływem recenzji jak również relacji znajomych... I klops... Film
      mnie roczarował... Nie to żeby był zły... Absolutnie ale nie wywarł na mnie
      wrażenia, nie odciznął piętna... A im dłużej sie nad nim zastanawiam tym więcej
      mam mu do zarzucenia... trzy historie hm chciałoby się żeby coś je łączyło...
      zstanawiam się co by tu mogło być, tak na pierwszy rzut oka coby się mocno nie
      silić i nic nie znajduję poza tym, że każda czytała książkę M Dallowey oraz
      miała jakiś problem, aha i każda w mniejszym lub większym stopniu zorientowana
      była homoseksualnie (co blado sygnalizowane może sugerować, że nie to było
      powodem problemów naszych bohaterek)... Każda historia jest inna i to że
      zabrakło jakiegoś wyraźnego pomiędzy tymi historiami pomostu uważam za słabą
      stronę filmu ... Resumując każdy ma jakis problem i na swoj sposób dąży do jego
      rozwiązania, czasem kosztem siebie, czasem też i innych ale co tu odkrywczego??
      Przeczytałam na tym forum opinię, z którą po części się zgadzam, że film
      pozwala na egoizm jeśli chodzi o własne szczęście (tutaj laura brown tylko czy
      mamy pewność, że ta decyzja ją uszczęśliwiła, dla mnie w jej sytuacji nie było
      dobrego wyjścia, "szczęśliwej" decyzji... wirginia parę razy mówi coś mądrego,
      że prawem każdej jednostki ludzkiej jest zrobić ze swoimżyciem to, co chce
      choćby był to akt samozagłady czy, że ktoś traci życie by cenił je ktoś inny...
      jasne wychwyciłam parę uniwersalizmów, które jednak pogrążyły się jak na mój
      gust w jakimś chaosie, co oczywiście nie ujęło nic filmowi, bo ogląda się go
      fajnie ale te wszystkie przeintelektualizowane recenzje krytyków o
      transcendencji itpitd nie wiem doprawdy na jakiej podstawie... Jednakowoz
      uważam, że film pokazuje dobre kino i polecam:-)
      • Gość: majorette Re: Godziny IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 07.04.03, 17:08
        niestety czasem analiza może zabić najwspanialsze dzieło
        rola moore dla mnie wspaniała (zresztą jak zwykle)
        nicole też inna niż poprzednie jej kreacje,stonowana,zgaszona...moim zdaniem ze
        względu na dorobek tej aktorki to kolejny krok ku samodoskonaleniu warsztatu
        jeśli chodzi o wkład w film, rola zbyt mało rozbudowana, a przecież kluczowa...

      • Gość: Gdynianka Re: Godziny IP: *.teldom.pl 07.04.03, 23:18
        Film mi się podobał...
        Jak to nie ma pomostu między bohaterkami... Poza czytaniem książki M Dallowey
        i homoseksualnymi upodobaniami bohaterek przecież mały Richard - syn
        bohaterki granej przez Julianne Moore okazał się być Richardem poetą
        wizjonerem który umiera na Aids. Jest to jakby pomost bo w powieści Wirginii
        Woolf również zamiast głównej bohaterki umarł w końcu poeta wizjoner a w
        powieści Richarda zamiast jego przyjaciółki umarła matka. Mnóstwo powiązań,
        film poruszający uczucia, muzyka i aktorstwo świetne. Płakałam. Znalazłam w tym
        filmie dużo podobnych do swoich odczuć. Śmierć albo egoizm jako sposób na
        osiągnięcie wolności, wyrwanie się z klatki ograniczeń. Polecam osobom
        wrażliwym.
        • Gość: ami Re: Godziny IP: 62.29.248.* 08.04.03, 09:53
          Gość portalu: Gdynianka napisał(a):

          > Film mi się podobał...
          > Jak to nie ma pomostu między bohaterkami... Poza czytaniem książki M
          Dallowey
          > i homoseksualnymi upodobaniami bohaterek przecież mały Richard - syn
          > bohaterki granej przez Julianne Moore okazał się być Richardem poetą
          > wizjonerem który umiera na Aids. Jest to jakby pomost bo w powieści Wirginii
          > Woolf również zamiast głównej bohaterki umarł w końcu poeta wizjoner a w
          > powieści Richarda zamiast jego przyjaciółki umarła matka. Mnóstwo powiązań,
          > film poruszający uczucia, muzyka i aktorstwo świetne. Płakałam. Znalazłam w
          tym
          >
          > filmie dużo podobnych do swoich odczuć. Śmierć albo egoizm jako sposób na
          > osiągnięcie wolności, wyrwanie się z klatki ograniczeń. Polecam osobom
          > wrażliwym.

          O jej ja też płakałam chociaż nie wiem czy jest to miernik wrażliwości (często
          płaczemy nad sobą a wrażliwość głownie na siebie jakoś;-) się nazywa:-) ale do
          rzeczy co z tego, że richard, poeta, wizjoner był pomostem dwóch historii...
          mnie chodziło o pomost prblematyczny, o tak każda z nich miała problem ale na
          tej samej zasadzie możemy powiedzieć, że problem ma każdy... według mnie każda
          miała inny problem i jakoś trudno doszukać mi się tutaj analogii (chyba, że na
          siłę)... każda była uwikłana ale też każde uwikłanie mierzy a jakość życia,
          samo życie (żyć czy zniszczyć się oto jest pytanie)... najbardziej czytelna
          była dla mnie historia laury brown, historia wirginii pozostawiła pewien
          niedosyt a już historia klarysy (acz kreacja meryl doskonała) taka nie wiem dla
          mnie trochę nierzeczywista (ale może się nie znam)...
          ktoś powiedział, że analiza zabije każde dzieło...bardzo ciekawe...
          ja uważam, że to świetny film, zdecydowanie warty obejrzenia ale szłam nań
          przeświadoczona, że zobaczę dzieło "bergmanowskie" a nie zobaczyłam...:-)
        • Gość: Przemek Re: Godziny IP: *.tele.pw.edu.pl 08.04.03, 17:41
          Gość portalu: Gdynianka napisał(a):

          > Śmierć albo egoizm jako sposób na
          > osiągnięcie wolności, wyrwanie się z klatki ograniczeń. Polecam osobom
          > wrażliwym.

          Egoizm to chyba nie dla tych wrazliwych :-)
          Jest trzecia droga - zdac sobie sprawe, ze ograniczenia nie sa tak dotkliwe i
          zauwazyc, ze inni godza sie na jeszcze wieksze ograniczenia dla nas. Filmowa
          Virginia Woolf zdaje sobie z tego sprawe, czego dowodem sa chociazby listy
          pisane do meza. Jedynie Laura nie zdaje sobie z tego sprawy - jest w tak
          glebokiej depresji, ze trudno jej przypisac pelna poczytalnosc, a co dopiero
          wrazliwosc...
          • Gość: sgt Re: Godziny IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 09.04.03, 12:05
            Ten film nie daje tego, co obiecuje. Wystarczy porównać go z jakimkolwiek
            filmem Bergmana, żeby pozbyć się iluzji, że mamy tu do czynienia z Dziełem. W
            rzeczywistości jest to tylko Produkcja. Narzuca się porównanie z "American
            beauty" - pozory głębi i powagi, ale tylko w tej mierze, w jakiej mogłoby to
            być strawne dla Akademii Filmowej, która od czasu do czasu lubi mieć poczucie,
            że nominuje do Oskara coś "ambitnego". Równocześnie chodzi o to, aby jurorzy
            się nie znudzili, aby rzecz apelowała do ich przeciętnych gustów i nie narażała
            ich na ryzoko przesadnego wysiłku umysłowego.
            Dlatego całość podlana została nieznośnym sosem sentymentalizmu. Głównym
            składnikiem tego sosu jest muzyka Philippa Glassa. Kompozytor ten, zawsze
            raczej wtórny, wyprodukował tym razem jakieś romantyczne wprawki doprowadzone
            do poziomu telenowelowego. Muzyka podpowiada nam bardzo nachalnie, w jakich
            momentach powinniśmy być wzruszeni.
            Meryl Streep gra dobrze, ale nie za bardzo ma co zagrać. Kidman jest
            powszechnie chwalona, ale nie wiadomo za co. Odgrywając Virginię Woolf wygłasza
            kilka patetycznych uwag wyczytanych na hybił trafił w książkach tej znakomitej
            (i obdarzonej wielkim poczuciem humoru) autorki, po czym idzie nad rzeke i się
            topi. Nie wiadomo dlaczego. Po jej grymasach rozpoznajemy, że się męczy, a z
            rozmów - że ma przywidzenia i depresję. Są to jednak deklaracje - nie ma w tej
            postaci nic, co mogłoby nas dotnąć. Jak zresztą w żadnej z postaci filmowych.
            Wszystkie mają bardzo burzliwe życie emocjonalne - ale film nie pozwala w
            najmniejszym stopniu zbliżyć się do źródła tych emocji (każe nam jednak
            wzruszać się scenami ich cierpienia okraszonymi ckliwą muzyczką Glassa).
            Wszystko zostaje zadeklarowane, zademonstrowane - patrzcie, oto bohaterki są
            wrażliwe, czytają książkę Woolf i coś przeżywają. Ale co? Dlaczego? Mniejsza z
            tym! Tak, jest jeszcze równie wrażliwy bohater - homoseksualny pisarz
            umierający na AIDS. Samo w sobie jest to już tak wzruszające, że nic więcej nie
            trzeba - wystarczy pokazać go na ekranie i już łzy jurorów zagwarantowane.
            Mamy więc na ekranie dwa udane samobójstwa (zabija się Woolf i homoseksualny
            pisarz) i jedną niedokończoną próbę samobójczą: zabić usiłuje się matka
            przyszłego pisarza, ale w końcu postanawia tego nie robić. Sugeruje się nam, że
            życie ocaliła jej ofiara samej Woolf, która postanawia ocalić bohaterkę swojej
            ksiązki i sama zabija się zamiast niej. Dlaczego? Bo, jak patetycznie oznajmia,
            Kidman - ktoś musi umrzeć, aby pozostali mogli cieszyć się życiem.
            Owszem, jest to pdstawowa cecha pewnego rodzaju melodramatu - pozwalamy widzowi
            wzruszyć się nieszczęściem i śmiercią innych, aby mógł potem z nową energią
            ciągnąć swój filisterski żywot, przekonany, że podobnie jak w boharach filmu,
            jest w niem/niej coś więcej - a mianowicie wrażliwość uczucie. Wyprodukowane
            przez Miramax-films i nagrodzone odpowiednią liczbą Oskarów.
            • ka2 Re: Godziny 09.04.03, 13:12
              Gość portalu: sgt napisał(a):

              - nie ma w tej
              > postaci nic, co mogłoby nas dotnąć.
              Jak zresztą w żadnej z postaci filmowych.

              nie wiem dlaczego piszesz o sobie w liczbie mnogiej , taka maniera " my król "


              > ot bohaterki są wrażliwe, czytają książkę Woolf i coś przeżywają. Ale co?
              Dlaczego? Mniejsza z tym !

              nie wiesz co przeżywały ? mniejsza z tym !

              nigdy tego nie robię i mogę się nawet w pierś huknąć, ale nie powstrzymam się

              ten tekst to istny kwiatek, jeden z najwspanialszych przykadów grafomanii
              ( zaprawionej megalomanią ) , jaki ostatnio czytałam na forum

              aż mi się udzieliło ;)





            • Gość: Przemek Re: Godziny IP: *.tele.pw.edu.pl 09.04.03, 13:26
              Gość portalu: sgt napisał(a):

              > Meryl Streep gra dobrze, ale nie za bardzo ma co zagrać.

              Mnie sie bardzo podobala scena w kuchni, gdy Streep usiluje skupic sie na
              przyrzadzaniu krabow i rozmowie, narasta jej irytacja, traci rownowage
              emocjonalna...

              >Kidman jest powszechnie chwalona, ale nie wiadomo za co.... Po jej grymasach
              >rozpoznajemy, że się męczy, a z rozmów - że ma przywidzenia i depresję. Są to
              >jednak deklaracje - nie ma w tej postaci nic, co mogłoby nas dotnąć.

              "Nas" to pluralis majestatis, rozumiem? Mnie wzruszyla np. scena na stacji.
              Pointa tej sceny zawarta jest nie w "grymasach", nawet nie w slowach, ale w
              spojrzeniu Kidman. Widac w nim zaskoczenie uczuciem meza (godzi sie na
              przeprowadzke do Londynu dla niej, lecz wbrew wszelkiej logice) i jakies
              zapanowanie nad chaosem, ktory ja dreczyl.

              >Jak zresztą w żadnej z postaci filmowych.

              Dla mnie - we wszystkich, moze najmniej w postaci Laury (choc i ona ma swoje 5
              minut, w scenie z sasiadka idaca na operacje).

              > Owszem, jest to pdstawowa cecha pewnego rodzaju melodramatu

              Totalna krytyka zawsze sie udaje, gdyz zawsze znajdzie sie lepszy utwor (np.
              Bergmana), z ktorym porownanie wypada niekorzystnie.
            • Gość: arriga Re: Godziny IP: 62.29.248.* 09.04.03, 16:45
              Gość portalu: sgt napisał(a):

              > Ten film nie daje tego, co obiecuje. Wystarczy porównać go z jakimkolwiek
              > filmem Bergmana, żeby pozbyć się iluzji, że mamy tu do czynienia z Dziełem. W
              > rzeczywistości jest to tylko Produkcja. Narzuca się porównanie z "American
              > beauty" - pozory głębi i powagi, ale tylko w tej mierze, w jakiej mogłoby to
              > być strawne dla Akademii Filmowej, która od czasu do czasu lubi mieć
              poczucie,
              > że nominuje do Oskara coś "ambitnego". Równocześnie chodzi o to, aby jurorzy
              > się nie znudzili, aby rzecz apelowała do ich przeciętnych gustów i nie
              narażała
              >
              > ich na ryzoko przesadnego wysiłku umysłowego.
              > Dlatego całość podlana została nieznośnym sosem sentymentalizmu. Głównym
              > składnikiem tego sosu jest muzyka Philippa Glassa. Kompozytor ten, zawsze
              > raczej wtórny, wyprodukował tym razem jakieś romantyczne wprawki doprowadzone
              > do poziomu telenowelowego. Muzyka podpowiada nam bardzo nachalnie, w jakich
              > momentach powinniśmy być wzruszeni.
              > Meryl Streep gra dobrze, ale nie za bardzo ma co zagrać. Kidman jest
              > powszechnie chwalona, ale nie wiadomo za co. Odgrywając Virginię Woolf
              wygłasza
              >
              > kilka patetycznych uwag wyczytanych na hybił trafił w książkach tej
              znakomitej
              > (i obdarzonej wielkim poczuciem humoru) autorki, po czym idzie nad rzeke i
              się
              > topi. Nie wiadomo dlaczego. Po jej grymasach rozpoznajemy, że się męczy, a z
              > rozmów - że ma przywidzenia i depresję. Są to jednak deklaracje - nie ma w
              tej
              > postaci nic, co mogłoby nas dotnąć. Jak zresztą w żadnej z postaci filmowych.
              > Wszystkie mają bardzo burzliwe życie emocjonalne - ale film nie pozwala w
              > najmniejszym stopniu zbliżyć się do źródła tych emocji (każe nam jednak
              > wzruszać się scenami ich cierpienia okraszonymi ckliwą muzyczką Glassa).
              > Wszystko zostaje zadeklarowane, zademonstrowane - patrzcie, oto bohaterki są
              > wrażliwe, czytają książkę Woolf i coś przeżywają. Ale co? Dlaczego? Mniejsza
              z
              > tym! Tak, jest jeszcze równie wrażliwy bohater - homoseksualny pisarz
              > umierający na AIDS. Samo w sobie jest to już tak wzruszające, że nic więcej
              nie
              >
              > trzeba - wystarczy pokazać go na ekranie i już łzy jurorów zagwarantowane.
              > Mamy więc na ekranie dwa udane samobójstwa (zabija się Woolf i homoseksualny
              > pisarz) i jedną niedokończoną próbę samobójczą: zabić usiłuje się matka
              > przyszłego pisarza, ale w końcu postanawia tego nie robić. Sugeruje się nam,
              że
              >
              > życie ocaliła jej ofiara samej Woolf, która postanawia ocalić bohaterkę
              swojej
              > ksiązki i sama zabija się zamiast niej. Dlaczego? Bo, jak patetycznie
              oznajmia,
              >
              > Kidman - ktoś musi umrzeć, aby pozostali mogli cieszyć się życiem.
              > Owszem, jest to pdstawowa cecha pewnego rodzaju melodramatu - pozwalamy
              widzowi
              >
              > wzruszyć się nieszczęściem i śmiercią innych, aby mógł potem z nową energią
              > ciągnąć swój filisterski żywot, przekonany, że podobnie jak w boharach filmu,
              > jest w niem/niej coś więcej - a mianowicie wrażliwość uczucie. Wyprodukowane
              > przez Miramax-films i nagrodzone odpowiednią liczbą Oskarów.


              No cóż mój głos tez był dość krytyczny mimo, że jako "wrażliwej" kobietce
              uleciała łezka ale zabrakło oj zabrakło i mnie...
              Zgadzam się bardzo z kilkoma zwłaszcza Twoimi uwagami, że meryl gra świetnie
              ale nie za bardzo ma co zagrać...hihi dokładnie tak to ona zrobiła coś z
              niczego...następnie postać wirginii papierowa i patetyczna i poza opętaniem,
              szaleńczym spojrzeniem niewiele się o niej dowiadujemy a szkoda...
              A przede wszystkim zgadzam się z teza, że nie poznajemy naszych bohaterek...
              Widzimy jak się miotają, są nieszczęsliwe (aktorki sa świetne więc dramatyzm
              jest niezwykle wymowny w ich wykonaniu tylko co z tego...). Po prostu analiza
              psychologiczna postaci jest żadna. Nacisk został położony na melodramatyzm i
              tyle i ok. fajnie mi sie to oglądało ale logiki, konseksencji, przyczyn,
              prawdziwej istoty rzeczy tam nie znalazłam.... Jednak film niezły, dobrze się
              go ogląda i tyle:-) pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka