Gość: Piotr Grosman
IP: *.dami.pl / 192.168.0.*
01.05.03, 18:16
D.J. Caruso, reżyser telewizyjny(„Ostry
dyżur”, „Dark Angel”,”Smallville”), podjął się pracy nad swoim
debiutanckim projektem kinowym "Jezioro Salton", do którego
scenariusz napisał Tony Gayton, znany zaledwie jako twórca akcji
filmu „Śmiertelna wyliczanka” z Sandrą Bullock i Ryan’em
Goslingiem. Nieco gangsterski klimat to bardzo płodne źródło z
tytułów: „Mechaniczna pomarańcza” Stanleya Kubricka, „Przekręt”
i „Porachunki” Guy’a Ritchie’a czy odjechanego kina
tarantinowskiego, z którego skwapliwie czerpał Caruso oraz
scenarzysta przy tworzeniu filmu, ale podobieństwo do tych dzieł
nie jest aż tak rażące. Rytm tej opowieści ze scenami nad słonym
jeziorem w południowo-zachodnich USA, w stanie Kalifornia jest
pozornie spokojny.
Po śmierci ukochanej żony zabitej przez handlarzy
narkotyków, trębacz Danny Parker pozwala, aby porwał go świat, w
którym wszystko jest pozorne a nic nie jest takie na jakie
wygląda. Został wplątany w wir wydarzeń, nad którymi nie jest w
stanie zapanować. Znalazł się w krainie nieustającej imprezy.
Dzień pochłania noc, noc pochłania dzień. Ćpuny, odkurzacze,
grzejniki; ślubowali sobie wierność i wieczną miłość, a
następnego dnia nie byliby w stanie przejść na drugą stronę
ulicy. Dla tych, co nie biorą albo biorą rzadko dmuchanie staje
się życiem. Wreszcie spadają w dół na dno i wiedzą kim są, bo
nie mogą upaść niżej.
Policja jest bezradna, a więc Parker postanawia
sam wymierzyć sprawiedliwość mordercom. Przybierając nazwisko
Toma Van Allena wstępuje on w szeregi handlarzy i stara się od
środka zniszczyć przestępczą organizację. Staje pomiędzy
agentami z wydziału anty-narkotykowego( Anthony Lapaglia i Doug
Hutchison) a sadystycznym dealerem Pooh-Bear’em(Vincent
D'Onfronio).
Parker/Allen wraz ze swoim przyjacielem Jimmy’m the
Fin (Peter Sarsgaard) udaje się do czarnoskórego handlarza
Bobby’ego „Hobby’ego” -„Lobby’ego” Oceana (dobry Glenn Plummer).
Ten ma parę kilo narkotyków, strzelbę na podłodze, naładowany
tandetny i odbezpieczony M-12, lubi sobie postrzelać. Na łóżku
pod materacem leży dziewczyna. W drugim pomieszczeniu siedzi
skulona dziewczynka, której bardzo żal Parkerowi/Allenowi. Ale
nasz ćpun-wdowiec wystawia sprzedawcę śmierci agentom, a potem
widzimy tego gościa zakrwawionego i martwego na chodniku.
Nie ma co się spodziewać szalonych zwrotów
akcji, ale poczucie mrocznego humoru rodem z dramatu
sensacyjnego "Rzeczy, które robisz w Denver będąc
martwym"Gary’ego Fledera, momenty refleksyjne, zdjęcia i montaż
to uczta dla oka, bo film ocieka barwnymi i ciemnymi zdjęciami,
rytmicznym montażem oraz zabiegami typu szybkie retrospekcje.
Komediowe elementy nie zakrywają scen, które w istocie to
sensacyjne i brutalne fakty. Nieco gangsterski klimat to bardzo
płodne źródło, z którego skwapliwie czerpał oraz scenarzyści
przy tworzeniu filmu.
Zdecydowanie dominuje narracja głównego
bohatera, czującego najwięcej i paradoksalnie serdecznego anioła
zemsty, zwykłego Judasza, kochającego męża zmarłej tragicznie
żony, syna marnotrawnego...trębacza grającego niezwykle
terapeutyczne nastrojowe ballady Milesa Davisa. W jego
komentarzach usłyszymy w końcu pewne racje światopoglądowe.
Wielką zaletą jest muzyka jazzowa Gila Evansa i Thomasa Newmana
oraz obsada. Aktorstwo natomiast pozbawione naciągania i patosu
to zasługa m.in. Vala Kilmera, który nareszcie odszedł od
swojego gwiazdorskiego manieryzmu gry z ostatnich swoich
superprodukcji, a powrócił do wiarygodnego aktorstwa z
lat „Prawdziwego geniusza”, „The Doors” i ”Tombstone”. Nie jest
to bynajmniej produkt o złu współczesnego świata, bowiem
naczelną kategorią jest tutaj wolność. W słowach głównego
bohatera przejawia się tęsknota za normalnym życiem bez nałogu.
Zadaje sobie pytania o sens życia. Brakuje jednak nadziei, która
pojawia się np. w innym filmie o ćpunie „Trainspotting”Danny’ego
Boyle’a, gdy jego bohater Renton zajmuje się (z efektem)
interesami. Tutaj niestety, nasz bohater jest przegranym
bohaterem. A może nie? Niejednoznaczne zakończenie sugeruje
odpowiedź otwartą. Uff! I dobrze, bo polubiłem nawet tego
Danny’ego czy Toma. W tym drastycznym szokującym, boleśnie
osobistym spojrzeniu na tragedię przyjąłem z niekłamanym
entuzjazmem.I chociaż o o jakiejś linearnej akcji trudno tu
mówić, są krótkie sceny z życia niewielkiej
grupy "ćpunów", "psycholi", złodziejaszków i włóczęgów.
Bohaterowie zmierzają ku samozagładzie, ale nie sprawiają
wrażenia ofiar narkotykowego nałogu, lecz ludzi, którzy
rozmyślnie wstrzykują sobie "herę". Twórcy jednak nie zadają
pytania, dlaczego inteligentni, rozsądni ludzie świadomie
sięgają po narkotyki. Umieszczają narratora wewnątrz machiny
narkotykowego interesu, który patrzy na świat - także na problem
narkotyków – oczyma bezradnego mężczyzny o wrażliwym sercu
dziecka, a więc twórcy nie gloryfikują narkomanię, chociaż
znajdą się widzowie, którzy mogą im to zarzucić. Atrakcyjna
forma przekazu filmowego nie przesłoniła twórcom ponurych stron
narkomanii. Zarówno scenarzysta Tony Gayton jak i reżyser D.J.
Caruso bez ceregieli pokazują, że narkotyki zbiera śmiertelne
żniwo, niszczą osobowość, dosięgają tych, którzy sądzą, że się
przed nią obronią. Uwolnienie się od nałogu, gdy już zaatakuje,
graniczy z cudem. I cieszy fakt, że "Jezioro Salton" nie
przypomina poważnego dramatu społecznego, ale jest pewną
piorunującą mieszanką realizmu z groteską i surrealizmem. Film
opowiada o śmierci witalnie, a o nieludzkich zachowaniach po
ludzku. W filmie pojawiają się skojarzenia i symbole typowe dla
ludzkich snów. Są to obrazy, które sprawiają, ze film dociera
bardzo głęboko i komuś nie pozbawionemu wewnętrznej wrażliwości,
film sprawi wielka
przyjemność.