kugel
29.06.07, 12:08
Witam:)
Wczoraj bylem na filmie opartym na zyciorysie Edith Piaf - "La vie en rose" i
wyszedlem zauroczony. Przyznaje, ze jesli chodzi o jej piosenki to cos niecos
znalem, jak rowniez wiedzialem o jej makijazu i ruchach scenicznych, ale
zyciorys byl dla mnie tajemnica. Szedlem na ten film z przekonaniem, ze
bedzie to smutna historia wesolej kobietki...Tymczasem obejrzalem piekny film
o milosci, samotnosci, wierze w Boga, umieraniu,radosci z tworzenia, o tym,
ze warto wierzyc w siebie niezaleznie od okolicznosci. Dawno nie bylem na
filmie, na ktorym kiedy to sie pojawily napisy nikt nie wstal, nie zaczal sie
ubierac...Wszyscy siedzieli jak zaczarowani przez dosc dluga chwile(sam
zawsze siedze do konca napisow. I choc momentami irytywala mnie achronologia
i nie moglem sie polapac co sie dokladnie, w okreslonym Jej czasie zycia sie
dzieje to i tak uwazam, iz jest to bardzo dobry, "tlusty", piekny film i
goraco go wszystkim polecam:)
Pozdrawiam:)