lalusza
02.01.14, 00:56
Witam. Potrzebuje wyjaśnienia pewnego męskiego zachowania, z którym miałam do czynienia na przestrzeni ostatniego roku. Ja, z moim kobiecym punktem widzenia, nie ogarniamy:). Może jakiś mężczyzna mi oświetli sprawę.
Spotykałam się z Nim 3 miesiące. Od samego początku szaleństwo. I to bardziej z jego strony niż mojej. Mówił, że to kosmiczne, że nie potrafi tego ogarnąć, że dawno się tak nie czuł, takie tam dyrdymały, jednak wybitnie przekonujące. I na słowach się nie kończyło, bo dawał mi również odczuć, że to coś...wyjątkowego, jakkolwiek naiwnie i sztampowo to nie brzmi. Pojawiły się rozmowy o wspólnych wakacjach, zdarzały się wtręty "jak poznasz moich rodziców...." itp. Tygodnie mijały, nic nie wskazywało, że coś ma się zmienić. Musiałam załatwić parę spraw, wyjechać z kraju. W czasie mojego tygodniowego pobytu za granicą kontakty były rzadsze, ale usprawiedliwione okolicznościami. A po powrocie przyszło coś dziwnego-zaczął sporadycznie się odzywać, i wystawił mnie, nie pokazując się na umówionym spotkaniu. Aż w końcu przestał odbierać telefony z dnia na dzień. Ani słowa. Pamiętam, że próbowałam dzwonić-nieprzesadnie wiele razy, bo było to dokładnie (sic!) 6 telefonów na przestrzeni 2 dni. Trzeciego dnia uznałam, że nie będę robić z siebie idiotki, napisałam wiadomość, że przynajmniej chciałabym wiedzieć, czemu ze wszystkich możliwych sposobów na rozstanie, wybrał taki, który upokarza mnie najbardziej. Oczywiście nie odpisał, przez co poczułam się jeszcze bardziej zeszmacona, niż byłam. Ale ale.....
Po tygodniu żałoby wróciłam do życia i zaczęłam wylogowywać go ze swojego świata. Przyznam, że kosztowało mnie to mnóstwo energii, emocji i czasu. Ale dałam radę. Fakt, denerwowały mnie pytania przypadkowo spotykanych znajomych, którzy na przestrzeni jeszcze kolejnych 4 miesięcy dopytywali, czy przypadkiem się nie odezwał. Uważałam, że prędzej Macierewicz udowodni zamach, niż on się odezwie.
Aż tu nagle, po 6 miesiącach, suprajs-odzywa się. I pisze, co następuje:
-że przeprasza, za to co zrobił
-że to było najgorsze, co mógł wtedy zrobił
-że nie zasługiwałam
Na pytanie, które marzyłam mu zadać - dlaczego? dlaczego w taki sposób?
-ucieczka. że to ze strachu, że nasza relacja była taka wyjątkowa, że się tak układało, tak rozwijało...
I jeszcze:
-że to nie było bez mrugnięcia okiem, jak mu zasugerowałam, że targały nim emocje długo, że to nie było zrobione z zimną krwią.
Extrasy:
-że wszystko dokładnie pamięta, wymienił czego smak, zapach czego itd, że ma same pozytywne wspomnienia, że tylko dobre zdanie na mój temat, i że nie sposób za tym nie tesknić.
Przyjęłam to do wiadomości, na chłodno, choć przyznam, że coś we mnie drgnęło. Od tamtej pory, a minął jakiś miesiąc, odzywa się w miarę regularnie, pytając co u mnie itd- w sensie popychamy głupoty. Przyznam, że nie wiem, jak długo to wytrzymam, na razie lekko zagryzam wargi, bo nie wiem do czego on zmierza, a nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, więc nie mam tutaj żadnej podwaliny, żadnego fundamentu, na którym mogłabym budować teraz te "znajomość". I coś mi się wydaje, że dla mnie to będzie wóz albo przewóz. On się nie kwapi spotkać, choć wyraził taką chęć i konieczność, ale na tym się skończyło. Data nie padła.
I co ja mam o tym myśleć? Przede wszystkim-po co się odezwał po 6 miesiącach? bo w to, że go sumienie gryzło, nie uwierzę. To można było zrobić po miesiącu, dwóch, ale po pół roku?! Serio, po co? Teoretycznie, skoro zawinął się w ten sposób, mógł mieć nadzieję, że do tego czasu już zapomniałam, że uszło mu na sucho. Ale nie, odezwał się, z*ebał na czym świat nie stoi, w moim imieniu i to tak, że nie musiałam nic dodawać, bo nie dawało mu to spokoju i chciał wiedzieć, co u mnie?
No więc, czy jest jakiś mężczyzna, który mi to wyjaśni? Serio, nie chce "dać się nabrać", gdyby się okazało, że to taki typ i nie mam co sobie robić nadziei, bo prędzej czy później to się powtórzy.
P.s. Ważny fakt, który mi umknął, a który może mieć pewne znaczenie;)-zanim wyjechałam za granicę spędziliśmy wspólnie weekend, na zakończenie którego powiedziałam mu, że się w nim zakochałam. Ale na luzie, nie naciskałam na "ja w Tobie też", i fakt, nie usłyszałam tego. Ale nie zrobił nic, ani nie powiedział czegoś, co by mnie zaniepokoiło. Ot, widocznie jeszcze "tego" nie czuje. Luz. Nie przejęłam się i pojechałam.
amen.