barboreczka
17.11.14, 22:41
Studiuję i planuję wyprowadzić się z lokum, w którym jestem tylko chwilowo- po tym jak musiałam ja i 2 dziewczyny wyprowadzić z mieszkania. Była to sytuacja rodzinna właściciela, dla nas masakra, wiadomo, początek roku, z ofertą kiepsko, miałam straszny problem, gdzie przesiedzieć, aż czegoś nie znajdę.
Kolega z roku szukał czegoś awaryjnego dla mnie wśród kumpli swojego starszego brata, z takich, co tu w mieście mają swoją chatę. W końcu namówił jakiegoś kolesia, przekonując go, że nie będzie ze mną kłopotów, zero gości, całymi dniami mnie nie ma, a do końca listopada najpóźniej zwinę się, bo do tego czasu muszę coś znaleźć. Kolo w końcu zgodził się, na nieznaną co by nie mówić osobę, warunek: że do końca listopada najwyżej.
No i jestem tu niecałe 3 tygodnie: wszystko ok, grzecznie się mijamy, sprzątam po sobie perfekt, jestem cicha, spokojna itp. Wczoraj namierzyłam sobie fajne lokum - no to mówię mu, że coś znalazłam. A on na to, że mu nie przeszkadzam, że mogę zostać, jeśli chcę. Ja: wielkie oczy, pytam, na jakich warunkach, on: że np. za kwotę za same media.
Heheh, to by było z 1,5 stówy, za pokój tu w mieście płaci się 600 albo 650 (a za taki jak mój na pewno dużo więcej).
To było wczoraj - i od wczoraj myślę nad tym. Koleś ma 26 lat, jest 5 lat starszy ode mnie.
Mam dlatego pytanie do panów: czy w tym jest jakiś podtekst? Tu jest mi super, ale nawet nie myślałam o mieszkaniu na dłużej. I czy z góry nie stwarza się dwuznaczna sytuacja?