krzysiek_dwadziesciapare
19.04.05, 09:42
W moim babińcu pracuje kilku facetów - niewielu, bo niewielu - ale jest
przynajmniej z kim się wódki napić :)
Wszystko jest fajnie, dopóki człowiek nie zaczyna odstawać ponad "normę".
Do mycia zębów po posiłku przyzwyczajali się długo [ im nie przeszkadza, jak
im z gęby śmierdzi - ja sie kiepsko czuję z kapciem w ustach - może dlatego,
że nie palę ] z uprawiania sportu rechoczą się trzeci miesiąc [ sami, co do
jednego, mają solidne "koła ratunkowe" na brzuchu ] i stroją fochy, jak
stwierdzam "dziś nie pije - idę na trening". Kiedy z okazji wiosny zakładam
sandały - żeby dać nogom odpocząć [ i żeby zwyczajnie nie pociły sie tak
bardzo ] - rechoczą, że plaże sobie urządzam. I tak dalej w tym klimacie...
Generalnie mało mnie to wszystko wzrusza - robię tak bo tak chce i dobrze się
z tym czuję, a nie dla akceptacji grupy rówieśniczej - niemniej zastanawia
mnie podejście typowego polskiego faceta, sprowdzające się do chlania wódy,
siedzenia przed tv, używania drogich perfum [oj snobują się chłopaki,
snobują... ] zamiast podstawowych zabiegów higienicznych [obcinanie paznokci i
czyszczenie ich z brudu - na ten przykład...]
Śmieszy mnie ten biegunowy podział - albo śmierdzący grubas, albo
metroskeualny pedzio. A gdzie zdrowy "złoty środek", gdzie miejsce dla
wysportowanego faceta, któremu nie jedzie z gęby? Czy nie ma w naszym
społeczeństwie [ światopoglądzie? ] miejsca dla zadbanego faceta, który nie ma
zniewieściałych odruchów i wypacykowanej fryzury z paręset złotych?
Mam dziwne wrażenie, że mentalnie i kulturowo tkwimy w PRL-u głębiej, niż nam
się wydaje...