zawsze_bez_sensu
29.12.08, 14:56
Jestem bardzo głupia, tak sądzę, skoro daję sobie popalić przez
otaczający świat. Na dokładkę tym wszystkim za bardzo się przejmuję.
Asertywność - znajoma jest mi w teorii,a w praktyce staje się
kłopotem do
realziacji.
Zamykam się w sobie ale chyba mało kogo to obchodzi,tak
naprawdę, skoro nikt tym się nie interesuje .
W pracy przestałam rozumieć zaistniałą sytuację, albo inaczej -
rozumiem i obawiam się, że jest spowodowana tym, ze
- ktoś sie boi moich rzekomych "znajomości" lub pomysłów na zmiany w
celu udogodnienia pracy
- nie wchodzę przeze mnie w tzw. "układziki"
- pojawiła się "chętna" osoba moje stanowisko i tym samym
zzauważyłam obecność podłożonej "świnki".
Jest niemiło, obgadywanie, złosliwości a ja udaję , że mam to w
nosie. Tylko problem w tym, że zmęczona już jestem udawaniem. Kiedy
próbowałąm coś wyjąsnić- dowiedzieć się wprost o co chodzi,
odpowiedziano mi, że nie ma problemu. Dziwne skoro masę moich
spraw/zadań szefostwo zalatwia za moimi plecami.
Nie da sie porozmawiać i to najbardziej mnie irytuje.
Podobno to ja mam dziwne podejście, owszem, robię swoje i nie
angazuję
się w nic ponadto, nie pytam, nie dociekam, przyjmuję do
wiadomości. Czy to źle?
W życiu prywatnym nie także dobrze,ktoś mnie okłamał na początku i
teraz ponoszę rózne tego konsekwencje, głównie emocjonalne, powinnm
zerwać znajomość, poczekać na to , że coś się wyjaśni, ale zaczęłam
rozumieć, że ludzie (tu: mężczyźni) są narzekający, wymagający
współczucia ale kiedy moga coś zmienić , boją się i zostają przy tym
co jest z lenistwa, strachu oraz ....wygody. I tylko pytanie w imię
czego te kłamstwa? Naprawdeę tak istotny jest własny egoizm?
Ostatnie dni roku i moje mysli są bardzo złe. prwdę mówiąc nie chcę
mieć dalej takiego życia. Znajomi mają albo zakładają rodziny, czują
sie potrzebni, ważni, kochani. Mnie nie wystarcza już praca,
wolontariat i nadzieja. Byłam mężątką, mąż mnie zdradził. Zaufałam
po pewnym czasie innemu mężczyźnie, okazało się , że jest żonaty.
Jestem chyba naprawdę głupia i naiwną osobą, skoro nic mi nie
wychodzi w życiu.
Wczoraj napisał do mnei kolega, zonaty- że by się spotkal,
poromansowal, ze mu w domu sle, że zyją osbono, itp. A ja
odpowiedizałam , że nie mam ochoty być zabawką dla żonatego
faceta,wóczas dowiedziałam się ze mam idiotyczne wymagania, że
marzy mi się miłość i wierność a tego nie ma, nie istnieje. I ze mam
się stuknąc w głowę, co mi się roi w głowce.
dobiło mnie to, dlatego bo złyszłąma to nie raz.
Napiszecie, że trzeba wierzyc w siebie, w przyszłość. Nie przekonają
mnei te słowa, kierowałam się nimi kilka lat temu, po rozwodzie i
śmierci bliskich. Od tamtego czasu jest coraz gorzej. Może nie
nadaję się aby .....
"....Samotnośc to taka straszna trwoga..."