banan9991
02.07.06, 22:47
Pozwólcie Państwo, że w trakcie tej poważnej konferencji, zanim rozpoczną się
obrady na temat podatków lokalnych i innych uwarunkowań rozwoju polskiej
gminy, pozwolę sobie na odrobinę swobody, a nawet frywolności.
Za punkt wyjścia do rozważań o gminie według UPR posłuży mi przykład Wysp
Alandzkich, coraz częściej odwiedzanych przez naszych rodaków, którzy
wybierają się tam, aby pojeździć na rowerze czy popływać kajakiem. Alandy to
archipelag składający się z ponad 6500 wysp i wysepek położonych na Morzu
Bałtyckim, u wejścia do Zatoki Botnickiej, 610 km na północ od Przylądka
Rozewie, 880 km od Warszawy, nieco powyżej Sztokholmu i niemal dokładnie na
wysokości Helsinek, mniej więcej w połowie drogi morskiej ze Sztokholmu do
Turku. W rzeczywistości tych wysepek jest dużo więcej. Zamieszkałych jest
zaledwie 30 i to tylko w sezonie letnim. Niektóre wyspy są prywatne.
Powierzchnia archipelagu wynosi 6784 km2, z czego 78% stanowi woda.
Parlament składa się z 30 członków, a w ławach rządowych zasiada 6 ministrów.
Alandy posiadają jedno miejsce w fińskim parlamencie. Podział kompetencji
władz administracji państwowej wygląda następująco: Alandy posiadają własny
system szkolnictwa, opieki zdrowotnej, ochrony środowiska, kultury i życia
codziennego, ochrony zabytków, system transportu i komunikacji, posiadają
własną policję, pocztę, radio i telewizję. Dziedziny zarządzane centralnie
przez państwo fińskie to polityka zagraniczna, prawo i sądownictwo, handel i
finanse. W sprawach umów międzynarodowych dotyczących Wysp Alandzkich
potrzebna jest zgoda ich przedstawicieli. Podobnie prawa autonomii Wysp nie
mogą być jednostronnie zmienione lub weryfikowane przez parlament fiński bez
porozumienia z samorządem alandzkim. Językiem urzędowym jest szwedzki, którym
posługuje się 94% mieszkańców. Napisy i szyldy w miejscach publicznych są
jednojęzyczne, podobnie wszelka korespondencja urzędowa od władz w Helsinkach
prowadzona musi być w języku szwedzkim. Prawo do czynnego udziału w wyborach
lokalnych oraz prawo zakupu nieruchomości przysługuje wyłącznie urodzonym na
Wyspach oraz zamieszkałym tu nieprzerwanie przez co najmniej pięć lat. W
razie opuszczenia tego obszaru na dłużej niż pięć lat traci się te prawa.
Główne źródło utrzymania Alandczyków to rolnictwo, ogrodnictwo, a także
sadownictwo. Turystyka stanowi bardzo ważne źródło dochodu dla niemal co
drugiego mieszkańca Wysp. Pracują oni w usługach, transporcie, hotelarstwie,
a także oferują własne miejsca noclegowe i różnorodne atrakcje turystyczne.
Przemierzając Alandy spotyka się po drodze jarmarki, gdzie można kupić
zdrowe, świeże owoce i warzywa, soki, konfitury, czy swojski chleb.
Podobno w jednej z alandzkich gmin w administracji zatrudniony jest burmistrz
i sekretarka, a na przykład przygotowaniem urzędowej korespondencji zajmują
się panie wolontariuszki, które proszone są do ratusza w razie potrzeby.
Jak sądzę, już na podstawie tych kilku informacji o życiu i ustroju Wysp
Alandzkich wielu z nas gotowych byłoby tam zamieszkać, a przynajmniej
pojechać, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co zapewnia Alandczykom
autonomia ich terytorium. Zapewne dobrze byłoby też od nich samych dowiedzieć
się, co spowodowało, że w przeszłości walczyły o te skały takie europejskie
potęgi, jak Rosja i Szwecja. Warto by też wiedzieć, czy mówiącym po szwedzku
Alandczykom nie chciałoby się przypadkiem należeć do Szwecji, a jeśli nie, to
dlaczego wolą przymierze z Finlandią?
Myśląc o UPR-owskiej gminie, czy może o UPR-owskiej wersji mitycznej krainy
Utopii, odwołuję się do tego, co zapewne dla mieszkańców Alandów
najistotniejsze, to znaczy do autonomii ich wysp. Autonomii oczywiście
ograniczonej, ale pełnej wielorakich swobód.
A tak właściwie, do czego ludziom potrzebna jest gmina?
1. Do prowadzenia straganu z owocami czy rybami? Nie jest do tego potrzebna,
bo można to robić na własnym lub wynajętym placu.
2. Do zapewnienia dojazdu do pracy lub szkoły? Do tego też nie, bo możemy
dojechać własnym rowerem lub samochodem albo zapłacić komuś, kto wozi
wszystkich.
3. Do wybudowania drogi? Owszem wygodne drogi są nam potrzebne. W tym
przypadku gmina się przyda, a nawet przyda się państwo, które dopilnuje, żeby
wybudowano nam porządną drogę i oznakowano ją zgodnie z przepisami. Państwo
musi jednak z nami uzgodnić, co zamierza zrobić.
4. Do wybudowania tej szkoły, do której trzeba wygodnie i bezpiecznie
dojechać? No, nie za bardzo. Ja mam pustą łąkę i trochę pieniędzy na koncie.
Wybuduję szkołę, zatrudnię nauczycieli i niech uczą. Byle dobrze, bo rodzice
dzieci nie poślą do mojej i będą je wozić do sąsiedniej gminy.
5. Może gmina potrzebna jest do wybudowania izby wytrzeźwień? Też nie za
bardzo, bo pijany mąż i ojciec już w knajpie sporo stracił, to po co ma
jeszcze tak słono płacić za izbę wytrzeźwień? A na dodatek, czy ci co nie
piją muszą się na to składać? W ostateczności, jak gmina uchwali, że
nietrzeźwych należy izolować w zamkniętych pomieszczeniach i zapewni, że
przepis ten utrzyma się przez kilkadziesiąt lat, to ja chętnie otworzę izbę z
kafelkami i prysznicem oraz z czytelnią prasy i powieści umoralniających.
6. W takim razie gmina jest po to, żeby była policja? Owszem, policja nam się
przyda, żeby taki pijany nie szedł nocą przez miasteczko i nie wrzeszczał na
całe gardło, bo pobudzi dzieci i narobi zgorszenia.
7. A nie lepiej poustawiać wszędzie kamery i nagrywać? Od razu będzie
wiadomo, kto rozrabia i policja może wtedy ukarać! Lepiej nie, bo mogę się
czuć skrępowany, że ktoś mnie ogląda, gdy ja tego nie chcę. A policja powinna
być tam, gdzie jest potrzebna, bo inaczej przestanę na nią płacić podatek!
8. Ilu policjantów powinniśmy mieć w gminie? To źle postawione pytanie.
Powinniśmy mieć takich policjantów, których bandzior omija z daleka i przed
którymi się trzęsie ze strachu. Bowiem prawo, które oni uosabiają, jest
bardzo surowe dla tych, którzy je świadomie łamią, aby chronić tych, którzy
żyją uczciwie i spokojnie.
9. A jak już nie będziemy się bać, to co będziemy robić? Może zbudujemy
wielki gminny teatr? A czy w tym teatrze aktorzy finansowani przez gminę i
opłacani z naszych podatków odważą się wystawić farsę, w której będą
wyśmiewać nasze wady, złe porządki w naszej gminie albo zaloty pana
burmistrza do pewnej wolontariuszki? Więc niech lepiej teatr zbuduje ktoś
inny.
10. To może chociaż gminny ośrodek sportu?! A czy można na tym zarobić?
Jeżeli można, to gmina nie może robić konkurencji swoim obywatelom.
11. I parku też ma nie być, i ogrodu zoologicznego...? A kto ci zabrania mieć
swój park czy ogród zoologiczny i sprzedawać bilety?
12. Bilety do parku? Utrzymanie parku przecież kosztuje.
13. To po co nam gmina jak to wszystko będzie czyjeś? Musimy jakoś ustalić,
co chcemy robić razem i ile to będzie kosztowało. I ktoś z nas musi pilnować,
żeby to było zrobione jak trzeba.
14. A kto ma to zrobić? My wszyscy powinniśmy czuć się za to odpowiedzialni!
Ten hipotetyczny dialog zmierza w takim kierunku, który podoba się mnie, być
może podoba się jeszcze komuś, a dla wielu od początku brzmi dziecinnie i
naiwnie, bo przecież z tak naiwnymi postulatami nie można w “dzisiejszym
świecie” zabierać się za politykę. W tym “dzisiejszym świecie” normy
postępowania wyznaczają ludzie o horyzontach zaczynających się i kończących w
obrębie własnej kliki, biznesowego lub towarzyskiego układu. Demokracji w tym
świecie się używa, ale się jej nie stosuje.
UPR-owska utopia, którą próbowałem tutaj dość swobodnie zarysować, jednak
istnieje nie tylko w naszej wyobraźni, ale w postaci programu i zbioru zasad,
jakie powodują, że spotykamy się od lat na podobnych konwentyklach i
dyskutujemy, np. o tym co należy zrobić, aby było u nas, w naszej gminie,
przynajmniej tak dobrze, jak na