a.adas
09.11.08, 22:11
Czytałem w odwrotnej kolejność - tak do mnie te książki dotarły, ale napiszę o
nich w porządku chronologicznym.
"Protokół"
Debiutancka powieść dwudziesto-trzydziestolatka. Często to najlepszy
sejsmograf aktualnych prądów literackich, i w przypadku Francuza trochę tak
jest. Nie jest to formalnie czysta nowa powieść, ale korzysta z kilku
postulatów ruchu. W tym z tego najważniejszego - opis świata raczej poprzez
ukazanie rzeczy, rekwizytów a nie fabułę. Zdaje się, że są też pewne odnośniki
do dekadę wcześniejszego egzystencjalizmu. Choć bez Camusowskiej prostoty i
emocjonalności.
Jest też kilka sztuczek graficzno-technicznych. W napływie obrazów znajduje
się kilka ciekawych, kilka wkurzających, większość czyta się obojętnie. W
sumie klimat powieści najlepiej ujął sam Le Clezio: "Nie ma już tragiczności?
Dajcie spokój, pozostają drobne szczegóły, pojęcia ogólne, wafle z lodami,
pizza o piątej, Klub Filmowy i Chemia Organiczna".
I teraz powinien być spoiler. Bo kilkadziesiąt stron przed końcem okazuje się,
że nie mamy do czynienia z kolejnym pseudointelektualnym bełkotem, a opisem
ciężkiej choroby. Szaleństwa. Podobny zabieg jak w "Palaczu zwłok" Fuksa. Tu
nie ma takiej siły jak u Czecha, ale jednak zmienia ocenę tej książki.
Ciekawostka - facet napisał wstęp!
"Onitsza"
Ta książka nie robi wrażenia jak się ją czyta. Płynie powoli, pełna niezbyt
istotnych faktów. Ale jakoś zapada w pamięć. Przypominają się obrazy,
atmosfera, upał oczywiście, niełatwo ją ocenić.
Do teraz nie wiem czy proponuje coś nowego w opisie kolonializmu, czy nie? I
chyba jednak tak. Paradoksalnie sprawdza się tu, w zupełnie innym czasie i
otoczeniu, wspomniana podstawowa zasada nowej powieści - opis wszystkiego na
równych prawach, i chętniej przedmiotów, gestów czasem słów niż psychologii,
motywacji.
Le Clezio tworzy historię najprostszą z możliwych i nie ujawnia nawet jej
wszystkich aspektów. Nie mnoży bohaterów ani ich przeżyć. W zasadzie nie
wydaje sądów, ani o kolonializmie, ani o swoich bohaterów. I właśnie to
potraktowanie Ameryki bez z góry przyjętej tezy (ani pozytywnej, ani
negatywne) jest najciekawsze i stanowi o sile książki. A opisy rzeki,
nadbrzeżnego życia, przyrody, naprawdę robią wrażenie.