a.adas
11.08.09, 13:56
Książka jest niepozorna, jak wszystkie wydawane w serii Nike w latach 60.
Trzysta stron z hakiem, dwie powieści, z tego jedna - "Miss Lonelyhearts" -
naprawdę króciutka. Jej bohaterem jest młody dziennikarz, prowadzący rubrykę
porad życiowych. Nie jest zła, ma solidne momenty na granicy pamfletu, ale
miejscami potrafi być nieznośnie manieryczna.
Otwierający tomik "Dzień szarańczy" jest lepszy, finezyjniej poprowadzony, w
sumie prawie bezbłędny. Filmu Schlesingera jednak nie widziałem, ale nie dziwi
mnie że akurat ten reżyser wziął się z ten utwór. Proza Westa ma coś wspólnego
z atmosferą kina przełomu lat 60/70, wyjściem na ulicę, szukaniem antyherosów,
everymanów. A powieść powstała pod koniec lat 30, w 1940 roku pisarz zginął w
wypadku samochodowym.
West ma talent do ukazywania dziwnych typów, a może inaczej - "zwyczajnych
ludzi" w niezwykły sposób. Aż mi Hrabal przyszedł na myśl, ale u Czecha efekt
jest osłabiany (wzmacniany?) ironią, kpiną czy sympatią. Amerykanin wywołuje
głównie poczucie beznadziejności, bezsensu, szaleństwa... Trochę w tle, ale
może przez to bardziej zapadający w pamięć, mamy obraz ówczesnego Hollywood,
zbudowany z drugorzędnych aktorów, filmów, kostiumów.