Dodaj do ulubionych

Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory...

IP: *.ath.spark.net.gr 25.01.04, 01:30
... i nie zdaje sobie z tego sprawy powinien zostac o tym poinformowany, ze
smierc nadchodzi wielkimi krokami, czy lepiej trzymac go przy nadziei do
samego konca? Z jednej strony mysle, ze kazdy ma prawo wiedziec, ze jego
sytuacja jest beznadziejna, z drugiej ja nie potrafilam tego powiedziec
swojej Mamie, nikt nie portafil, nikt Jej tego nie powiedzial do samego
konca, pod koniec sama juz wiedziala chyba, ze nic z tego nie bedzie, ale w
kazdym razie nikt nie zdobyl sie na odwage, zeby Jej to szczerze powiedziec.
Ciagle powtarzalismy tylko, ze musi wyzdrowiec, ze na pewno bedzie lepiej...
Sami chcielismy w to wierzyc, to inna sprawa, ale w sumie od pewnego momentu
wiadomo bylo, ze to sie juz nie uda. Czy potrafilibyscie najblizszej osobe,
ktora cierpi niewyobrazalnie (np moja Mama nie mogla oddychac, nie spala
przez wiele dni, nie mogla lezec, ciagle tylko siedzeic, bo przy pozycji
poziomej bol stawal sie calkowicie nie do zniesienia to , to byla dla niej
prawdziwa meczarnia, ale ciagle mila nadzieje, ze wyzdrowieje), komus, kto
naprawde nie chce umierac, czy potrafilibyscie powiedzecmu, ze jednak
umiera? Ze to cierpienie, ktore znosi to nie jest, na konto przyszlego
zdrowia, tylko droga do grobu?


Sorry za taki watek, ale o smierci tez trzeba umiec rozmawiac, ona jest
czescia naszego zycia, nawet jesli nie chemy w to wierzyc. A do zalozenia
tego watku zmobilizowal mnie ostatni (w tej chwili) post w watku Geparta o
cioci chorej na raka.
Obserwuj wątek
    • triss_merigold6 Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 01:35
      Nie wiem Reniu. Ciągle mam nadzieję, że jeszcze nie stanę przed takim
      dylematem. Niedługo się okaże. Nie umiem rozmawiać o śmierci najbliższych.
      • Gość: renia Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.ath.spark.net.gr 25.01.04, 01:41
        Triss, czy Twoja Mama tez ma raka? (tez - tak jak ciocia Geprat, moja Mama nie
        miala akurat raka). Naprawde ogromnie Ci wspolczuje, dla mnie choroba Mamy u
        Jej smierc byla jak na razie najtrudnejszym przezyciem, Z wielu wzgledow. Nie
        chce mi sie nawet mowic jakich. Ale mam nadzieje, ze nie zostaniesz z takimi
        wyrzutami, z takim niedosytem, poczuciem winy, z jakim zostalam ja. I
        najgorsze , ze nic juz nie mozna nadrobic.
        • triss_merigold6 Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 01:45
          Jeszcze nie wiem. Pewnie tak. W tym tygodniu poszła prywatnie na usg (wykazało
          zmiany) dwie godziny później załatwiliśmy tomografię. Trzustka. Ten nowotwór ma
          b. złe rokowanie. W poniedziałek idzie do szpitala. Nie wiemy czy to zmiany
          złosliwe czy nie i czy w stadium operacyjnym (raczej tak). Nie wyobrażam sobie
          życia bez Niej.
          • Gość: Aga Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.crowley.pl 05.02.04, 10:59
            Niedawno zmarła siostra mojego męża - kobieta młoda 30 letnia.Umierała
            długo,cierpiała bardzo, do końca nie rozmawiałyśmy o śmierci, ona do końca
            wydawało się, że nie (albo nie chce )zdaje sobie sprawy że ta się zbliża
            wielkimi krokami.Po mastektomii była osobą dzielną i silną, problem braku
            piersi nie istniał ani dla niej ani dla męża. Otwarcie mówiła o tym i była
            pełna optymizmu.W rok po operacji nastąpiły przerzuty do kości, pękł
            kręgosłup.W klinice onkologicznej lekarze utrzymywali że to
            osteoporoza.Przeszła operację kręgosłupa i wtedy dopiero lekarz poinformował
            bez ogródek ją i najbliższych, że są to daleko posunięte przerzuty i nawet nie
            miał możliwości scalenia pękniętego kręgosłupa, bo kości są zupełnie
            wypłukane.Ta wiadomość powiedziana w tak brutalny sposób pozbawiła ją
            nadziei...Próbowałam rozmawiać z nią, umówiłam ją na spotkanie z Amazonką, sama
            pojechałam do hospicjum rozmawiać z lekarzem-ten potwierdził na podstawie
            wyników badań, że stan jest krytyczny.Chciałam znać rokowania - odpowiedział,
            że żaden lekarz nie jest wyrocznią i nie powie ile zostało, ale nalegałam,
            odpowiedział kilka tygodni, może kilka miesięcy.Potem nastąpiły dalsze
            przerzuty na wątrobę i inne narządy. .Z lekarzem w hospicjum rozmawiałam w
            czerwcu, śmierć przyszła 5 listopada 2003. Cierpiała strasznie, bylismy z nią
            praktycznie do ostatnich chwilmimo zwiększanej ciągle dawki morfiny potem
            jeszcze jakiejś innej silniejszej mieszanki,przez ostatnie 3-4 dni praktycznie
            nie mieliśmy z nią kontaktu, czasami tylko cos majaczyła, umarła w domu w
            ramionach męża o 6 rano, ja pożegnałam się znią o 23.00 , powiedziałam:
            Marzenka - jutro po pracy znowu przyjedziemy...Raz tylko powiedziała "Wygońcie
            tą jędzę, ona stoi w drzwiach." - to było na 3 dni przed śmiercią....Nie moge
            sie otrząsnąć do tej pory. Nie chce mi się wierzyć, ze to się stało.Była
            młodą,wesołą, silną kobietą -Powinna wychowywać swoją 5 letnią córeczkę, za
            wcześnie odchodzić... :o( Teraz my mamy poważny problem jak rozmawiać o mamusi
            z tak malutkim dzieckiem, jak odpowiadać na jakże trudne pytania.Mała jakiś
            czas temu mi powiedziała, że mamusia cały czas jest przy niej i ona ją widzi,
            potem mówiła do mojej córki żeby się posunęła na łóżku, bo mamusia chcę usiąść
            na brzeżku...Śmierć - nie wiem czy powinno się mówić czy nie.Myślę że to
            indywidualna sprawa - ja myślę, że chciałabym jednak znać prawdę, szwagierka
            nie chciała. Myślę, ze lekarz powinien być dobrym psychologiem i wyczuć czy
            powinien mówić prawdę czy nie, a jeśli powiedzieć to delikatnie, a nie walić
            prosto z mostu.
        • Gość: Nelka Ja nie potrafie. IP: *.pl / *.ns.net.pl 25.01.04, 01:53
          Kiedy moja ciotka umierała, nikt jej nie powiedział, że umiera. Nikt nie
          potrafił. Wszyscy przed nią to ukrywali. Do końca wierzyła, że będzie dobrze.
          Umarła we śnie, spokojnie, bez cienia bólu na ustach.

          Kiedy umierała moja Mama, to ona mnie pocieszała, to ja nie potrafiłam
          opanować przy niej łez, a ona spokojnie mówiła, że będzie dobrze. Wiedziała
          doskonale, ze umiera, ale ja się z tym nie godziłam. Do końca nie wierzylam,
          ze to juz teraz, zaraz nastapi. Śnilo mi się, że jeszcze bedzie dwa miesiące z
          nami i trzymałam się tej myśli bardzo mocno, że jeszcze troche czasu mamy dla
          siebie. Z błedu wyprowadziła mnie ciotka, która mi powiedziała, że mama umrze
          w ciagu najblizszych dwóch - trzech dni. Nie wierzyłam jej. To było we wtorek.
          Mama zmarła z środy na czwartek w nocy... ja wolałam nie wiedzieć.
      • Gość: Magda Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.w80-13.abo.wanadoo.fr 03.02.04, 23:03
        Chyba trzeba przede wszystkim walczyc o to, zeby bliskim cierpiacych bol
        lekarze byli uprzejmi stosowac wszelkie mozliwe srodki, zeby usmierzyc bol. Nie
        wiem, na co cierpiala Twoja Mama, ale z tego , co piszesz, wynika, ze meczyla
        sie biedna bardzo. W Polsce ciagle obowiazuje barbarzynski stosunek do bolu
        fizycznego, szczegolnie w terminalnych chorobach. Lekarze uwazaja, ze skoro
        ktos ma nowotwor, to musi go bolec, a leki oparte na narkotykach daja tylko in
        extremis. Pacjenci terminalni czesto cierpia niewyobrazalne bole, 'bo sie
        uzaleznia od morfiny'.Zanim sie uzaleznia, to umra, i laska boska, jezeli
        pozwoli im sie umrzec bez bolu.
        Pozdrawiam Cie, Reniu.
        • tralalumpek Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 03.02.04, 23:13
          Gość portalu: Magda napisał(a):

          > Chyba trzeba przede wszystkim walczyc o to, zeby bliskim cierpiacych bol
          > lekarze byli uprzejmi stosowac wszelkie mozliwe srodki, zeby usmierzyc bol.
          Nie
          >
          > wiem, na co cierpiala Twoja Mama, ale z tego , co piszesz, wynika, ze
          meczyla
          > sie biedna bardzo. W Polsce ciagle obowiazuje barbarzynski stosunek do bolu
          > fizycznego, szczegolnie w terminalnych chorobach. Lekarze uwazaja, ze skoro
          > ktos ma nowotwor, to musi go bolec, a leki oparte na narkotykach daja tylko
          in
          > extremis. Pacjenci terminalni czesto cierpia niewyobrazalne bole, 'bo sie
          > uzaleznia od morfiny'.Zanim sie uzaleznia, to umra, i laska boska, jezeli
          > pozwoli im sie umrzec bez bolu.
          > Pozdrawiam Cie, Reniu.



          Nieprawda Magda, w Polsce wcale nie panuje barbarzynski stosunek do bolu.
          Bzdura absolutna. Moj Tato zmarl na raka i byl leczony w Polsce. Byl do konca
          na srodkach p.bolowych (morfina i inne). Dokladnie odwrotna tendencja panuje
          do tej, o ktorej ty wspominasz.
    • Gość: Normalna Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: 213.241.2.* 25.01.04, 01:46
      Witaj,ja stanęłam przed takim problemem rok temu (w przypadku ojca mojego
      partnera).Nikt go nie poinformował o tym,a on żył do końca w nieświadomości i
      nawet nie myślał o tym,że smierć zbliża się wielkimi krokami....a może
      nie.....może każdy człowiek wyczuwa co go czeka? Uważam,że chyba nie powinno
      się o tym rozmawiać ponieważ...traci się nadzieję a ją ma się do samego końca
      powiedzmy sobie szczerze....każdy mysli,że będzie cud i wyzdrowieje...Pozdrawiam
      • betty-bt Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 01:57
        a moze jednak warto takich ludzi poinformowac o rychlej smierci? ja chyba
        chcialabym wiedtziec.
        mysle sobie, ze mialabym szanse naprawic kilka bledow, cos mnie dreczylo przez
        cale zycie, a wczesniej nie mialam odwagi, nadrobic jakies zaleglosci, spelnic
        jakies marzenie, zrobic cos szalonego lub chociaz pozyc tak, jakby kazdy dzien
        moglby byc tym ostatnim (czyt. z wielka pompa).
        oczywiscie czesc z tych rzeczy bylaby mozliwa tylko tedy, gdy nie bylabym
        przypadkiem klinicznym.
      • Gość: renia Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.ath.spark.net.gr 25.01.04, 02:00
        Gość portalu: Normalna napisał(a):

        Uważam,że chyba nie powinno
        > się o tym rozmawiać ponieważ...traci się nadzieję a ją ma się do samego
        końca
        > powiedzmy sobie szczerze....każdy mysli,że będzie cud i
        wyzdrowieje...Pozdrawia
        > m

        No ale z drugiej strony, moze ten czlowiek chcialby cos jeszcze przed smiercia
        dokoncyc, dopowiedzeic, wyartykulowac chociazby te swoja ostatnia wole. Nie
        mowiac im o tym odbieramy im to prawo, szanse na zrobienie tego. Co z tej
        nadziei na cud, jesli ona moze nieznacznie przedluzy tylko to umieranie, moze
        wazniejsza niz ta nadzieja jest swiadomosc umierajacego, ze to juz ostatnia
        szansa dla niego na dokonczenie wszystkiego co chce dokonczyc?

        Nie wiem, wydaje mi sie, ze powinni wiedziec, natomiast sytaucja osoby, ktora
        mialaby to powiedziec, poinformowac, jest okropnie trudna - mnie przerosla
        calkowicie, nie potrafilam w zaden sposob przepuscic takich slow przez gardlo.
        • Gość: Normalna Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: 213.241.2.* 25.01.04, 02:06
          Dokładnie....nikt sie nie odważył....ale skoro umierający do samego końca ma
          nadzieję wyzdrowienia??? Warto taka osobę pozbawiac marzeń i nadziei?? Jeśli
          natomiast chory podejrzewa,że nie ma dla niego ratunku...to nie można kłamać w
          żywe oczy ...skoro on sam nie ma nadziei...to strasznie trudne...powiedzieć czy
          nie powiedzieć.....z jednej strony bardzo by się chciało byc w porządku a z
          drugiej to nie przechodzi przez gardło....i tak xle i tak
          niedobrze...poinformujesz...niby jesteś w porządku...ale czujesz się
          okropnie ,że to właśnie TY...nie poinformujesz....człowiek chory nie ma
          mozliwości dokończenia swojego życia w sposób w jaki by chciał....strasznie
          trudne...trzymam kciuki i życze dokonania słusznego wyboru....
          • Gość: renia Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.ath.spark.net.gr 25.01.04, 02:11
            Gość portalu: Normalna napisał(a):


            > trudne...trzymam kciuki i życze dokonania słusznego wyboru....

            Spoko, ja juz jestem po smierci Mamy, co sie stalo to sie nie odstanie, a na
            razie nikt w otoczeniu na nic nie choruje, tak ze mam ten luz na jakis czas.
            Oby jak najdluzszy.

            Czego i Wam wszystkim zycze, dobranoc.

            :)
            • moniorek1 Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 07:01
              Wiadomosc o tym,ze jestem umierajaca pozbawilaby mnie resztek radosci zycia.
              Nie chcialabym wiedziec.Jesli chodzi o kogos z rodziny gdyby ten ktos mial
              nadzieje ,ze wyzdrowieje i ta nadzieja by zyl, to co osiagnelabym przez
              powiedzenie prawdy? Chyba tylko szybsza utrate tej osoby.
        • Gość: anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 25.01.04, 15:23
          Prawo pacjenta mówi jednoznacznie, że ma on prawo znać rokowanie, co jest
          równoznaczne wiedzieć o zbliżającej się smierci. Ja jestem jednak zupełnie
          innego zdania. Jestem anestezjologiem pracującym od prawie ćwierćwieku w
          Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Codziennie mam do czynienia z ludxmi w
          bardzo ciężkim stanie- wielu z nich umiera. Codziennie od lat prowadze trudne
          rozmowy z ich rodzinami i, proszę mi wierzyc- ludzie chca miec do końca
          nadzieję, chca wierzyć w poprawę stanu zdrowia bliskich. Pacjenci nie chcą
          wiedziec o zblizającej się smierci, odganiają od siebie tę myśl. Uważam, że
          informowanie ich o tym, ze maja przed soba 2-3-4 dni/tygodnie jest
          okrucieństwem. Nikt, ani rodzina ani lekarz nie maja prawa o tym mówic, bo tak
          naprawdę.......nie wiedzą kiedy przyjdzie śmierć. Na podstawie stanu chorego
          mozna przypuszczac, można podejrzewać ale nie mozna mieć pewności. Znam wiele
          przypadków tzw. beznadziejnych kiedy rodziny sprowadzały księdza i notariusza,
          kiedy chory przyjął ostatnie namaszczenia a rodzina gromadziła żałobne ubrania
          i....stawał się cud. Oczywiście cud nie zdarza się zawsze, są liczne symptomy,
          które pozwalają przypuszczać, że nalezy spodziewać się zgonu.
          Osobiście zawsze informuję rodzine o ciężkim stanie, ale nigdy nie używam
          słowa "napewno" czy "beznadziejnie", a juz nigdy nie robie tego w rozmowie z
          chorym. Naszym obowiązkiem rodziny, lekarzy, przyjaciół jest zapewnic mu, gdy
          nie można juz niczego więcej komfort umierania.
          • tralalumpek Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 20:59
            Gość portalu: anestezjolog napisał(a):

            > Prawo pacjenta mówi jednoznacznie, że ma on prawo znać rokowanie, co jest
            > równoznaczne wiedzieć o zbliżającej się smierci. Ja jestem jednak zupełnie
            > innego zdania. Jestem anestezjologiem pracującym od prawie ćwierćwieku w
            > Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Codziennie mam do czynienia z ludxmi
            w
            > bardzo ciężkim stanie- wielu z nich umiera. Codziennie od lat prowadze
            trudne
            > rozmowy z ich rodzinami i, proszę mi wierzyc- ludzie chca miec do końca
            > nadzieję, chca wierzyć w poprawę stanu zdrowia bliskich. Pacjenci nie chcą
            > wiedziec o zblizającej się smierci, odganiają od siebie tę myśl. Uważam, że
            > informowanie ich o tym, ze maja przed soba 2-3-4 dni/tygodnie jest
            > okrucieństwem. Nikt, ani rodzina ani lekarz nie maja prawa o tym mówic, bo
            tak
            > naprawdę.......nie wiedzą kiedy przyjdzie śmierć. Na podstawie stanu chorego
            > mozna przypuszczac, można podejrzewać ale nie mozna mieć pewności. Znam
            wiele
            > przypadków tzw. beznadziejnych kiedy rodziny sprowadzały księdza i
            notariusza,
            > kiedy chory przyjął ostatnie namaszczenia a rodzina gromadziła żałobne
            ubrania
            > i....stawał się cud. Oczywiście cud nie zdarza się zawsze, są liczne
            symptomy,
            > które pozwalają przypuszczać, że nalezy spodziewać się zgonu.
            > Osobiście zawsze informuję rodzine o ciężkim stanie, ale nigdy nie używam
            > słowa "napewno" czy "beznadziejnie", a juz nigdy nie robie tego w rozmowie z
            > chorym. Naszym obowiązkiem rodziny, lekarzy, przyjaciół jest zapewnic mu,
            gdy
            > nie można juz niczego więcej komfort umierania.






            Bardzo mądre słowa.
          • Gość: A. Sharon Do anestezjologa IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 25.01.04, 21:10
            Dobrze, ze tak myslisz i robisz. Moim zdaniem jest tak, ze osoby kochające
            powinny mowic to, co sama istota takiego uczucia nakazuje - ze jest ciezko, ale
            bedziemy walczyć i trzeba miec nadzieje, ze bedzie dobrze, ze wszystko bedzie
            dobrze, ze wyzdrowiejesz, ze Bóg Cię kocha (to dla wierzących) i ze wszystko
            dobrze się zakonczy. Cuda sie zdarzają - naprawde! Oczwiscie sa przypadki
            naprawde beznadziejne, ale nawet wówczas bliscy powinni służyć otuchą i
            nadzieją choremu.

            A
            • Gość: renia Re: Do anestezjologa IP: *.ath.spark.net.gr 25.01.04, 21:13
              Zupelnie zaopminacie jednak, ze dla ludzi wierzacych, smierc to nie jest
              koniec swiata, tylko przejscie do zycia wiecznego. Podobno wierzacy czlowiek
              nie boi sei smierci, a wiesc o tym, ze ona szybko nastapi nie musi byc wcale
              najgorsza wiadomoscia jaka mozna mu przekazac.
              • Gość: A. Sharon A ja myślę, ze IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl 25.01.04, 21:39
                tak naprawde to chyba każdy czlowiek jest świadom swojej sytuacji. I doprawdy
                nie trzeba jeszcze włączać się ze swoim wyrokowaniem osoby "postronnej" (bo tak
                to nalezy nazwać). Chory moze tego nie nazywać, moze nie chciec o tym mówić,
                ale w swoim sumieniu on wie jaka jest sytuacja. Tak myślę. I osoby z zewnątrz
                jedyne, co mogą zrobić to wspierać go nadzieją i miłością. Oczywicie nie mam tu
                na mysli jakichś ewidentnych przypadków np. zatajania wyników badań, etc.
                Zawsze mozna powiedzieć, ze jest ciężko, ale moze/powinno być dobrze. Nie
                wyobrażam sobie, aby dorosły czlowiek potrzebował jeszcze więcej informacji w
                tej kwestii. Wszystkie moje doświadczenia wskazują na istnienie głębokiej
                mądrosci czlowieka postawionego wobec kwestii ostatecznych. Ludzie w cieżkim
                stanie, ludzie umierający wydają się być madrzejsi od zdrowych. W pewnym sensie
                przynajmniej. Nie musimy im dawać tego, co oni mają w nadmiarze.

                A.

                • charlie_x ..i bardzo dobrze myślisz! 26.01.04, 00:36
                  Gość portalu: A. Sharon napisał(a):

                  > tak naprawde to chyba każdy czlowiek jest świadom swojej sytuacji. I doprawdy
                  > nie trzeba jeszcze włączać się ze swoim wyrokowaniem osoby "postronnej" (bo
                  tak
                  >
                  > to nalezy nazwać). Chory moze tego nie nazywać, moze nie chciec o tym mówić,
                  > ale w swoim sumieniu on wie jaka jest sytuacja. Tak myślę. I osoby z zewnątrz
                  > jedyne, co mogą zrobić to wspierać go nadzieją i miłością. Oczywicie nie mam
                  tu
                  >
                  > na mysli jakichś ewidentnych przypadków np. zatajania wyników badań, etc.
                  > Zawsze mozna powiedzieć, ze jest ciężko, ale moze/powinno być dobrze. Nie
                  > wyobrażam sobie, aby dorosły czlowiek potrzebował jeszcze więcej informacji w
                  > tej kwestii. Wszystkie moje doświadczenia wskazują na istnienie głębokiej
                  > mądrosci czlowieka postawionego wobec kwestii ostatecznych. Ludzie w cieżkim
                  > stanie, ludzie umierający wydają się być madrzejsi od zdrowych. W pewnym
                  sensie
                  >
                  > przynajmniej. Nie musimy im dawać tego, co oni mają w nadmiarze.
                  >
                  > A.
                  >
                  > .....i to jest prawda , wg. moich doświadczeń w takich przypadkach
                  osoba odchodząca dobrze "wyczuwa" swoją obecną sytuację.Moja mama sama
                  oznajmiła lekarzowi,że następnego dnia umrze.Niestety lekarz nam o tym fakcie
                  nie wspomniał ani słowem.Tak więc bywa itak, że to bliska osoba chce nam /..i
                  sobie?/oszczędzić tej bolesnej chwili pożegnania.
    • lolyta Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 07:37
      Kiedys slyszalam wypowiedz pewnego lekarza - mial pacjenta chorego na raka,
      uznal go za przypadek beznadziejny i zatail przed nim chorobe, wlasnie zeby mu
      oszczedzic czarnych mysli na koniec. Facet wyzdrowial. Traf chcial, po jakims
      czasie znalazl sie u tego lekarza i mial okazje zobaczyc swoja kartoteke.
      Dopiero wtedy sie dowiedzial o tym, ze kiedys mial raka. Strasznie sie wsciekl
      na tego lekarza - zrobil mu awanture, ze nie zostal o tym poinformowany, ze
      gdyby wiedzial o swojej chorobie to zupelnie inaczej by przezyl ten czas, ze
      moze by napisal ksiazke swojego zycia albo innego jakiegos dziela dokonal.
      Przypomina mi to film Kurosawy - tytul mi wylecial z glowy - o gosciu, ktory
      przypadkiem sie dowiaduje ze ma raka (przypadkiem, bo lekarz tez przed nim to
      zatail) - i ta swiadomosc odmienia go na reszte zycia.
      A czy nalezy mowic? cholera wie. Pewnie sa ludzie, ktorzy to udzwigna i sa tacy,
      ktorzy nie dadza rady.
      • pinkink Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 09:50
        Przychodzi mi na mysl jeszcze cos, poza tym o czym mowilyscie.
        Nie tylko rodzina moze ukrywac prawde przed chorym. Moze byc tez odwrotnie.
        Najczesciej jednak obie strony udaja.

        Wydaje mi sie, ze terminalnie chory czlowiek od pewnego momentu MUSI sobie
        zdawac sprawe z nadchodzacej smierci ale z milosci i troski o najblizszych
        czesto bierze udzial w grze pt. "wszystko bedzie dobrze".
        Wie chory. Wie rodzina. Traca bezcenne chwile na teatr, ktory dodatkowo i
        bezsensownie pozbawia chorego sil. Udawanie dobrego samopoczucia przeciez
        kosztuje.

        Dreczy mnie ta mysl.
    • lucky_woman Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 12:21
      Mówić, czy nie mówić? Wszystko zależy od osoby, jednym trzeba powiedzieć, dla
      innych byłoby to może zbyt ciężkie i nic by to nie przyniosło, oprócz utraty
      nadziei, smutku, rezygnacji.
      Ja bym chciała widzieć, nie zniosłabym kłamstwa, chciałabym umierać świadomie.
      Moja Ciocia która jest lekarzem już na emeryturze i która sama też otarła się o
      śmierć, co przeżywaliśmy wszyscy, powiedziała mi kiedyś, że bardzo rzadko
      mówiła swoim pacjentom, że mają zaawansowanego raka i że umierają.
      Kiedyś ją odwiedziłam, i powiedziała że była u niej przed chwilą pacjentka
      która umiera, ale o tym nie wie. Pamiętam że strasznie oburzyła mnie postawa
      mojej Cioci – nikt nie ma przecież prawa rozstrzygać takich rzeczy – czy można
      coś takiego ukrywać przed osobą którą to najbardziej dotyczy, czy nie można. O
      ile wiem, w innych krajach jak choćby we Francji, Wielkiej Brytanii czy Stanach
      Zjednoczonych przyjęte jest że lekarze w pełni informują swoich pacjentów o
      ich stanie zdrowia.
      Oczywiście można podawać też tysiące przykładów, kiedy powiedzenie prawdy, nic
      by nie zmieniło na lepsze, tylko o wiele bardziej pogorszyło by stan chorego,
      pozbawiło by go nadziei a to chyba jedna z najgorszych rzeczy w takiej
      sytuacji.
      I dlatego właśnie nie można jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, wszystko
      zależy od danej osoby, od jej charakteru.

      Ja jestem w podobnej sytuacji jak Triss i trzymam za nią mocno kciuki żeby
      wszystko się dobrze skończyło.
      U mojego Taty w zeszłym roku wykryto złośliwego raka nerki, usunięto mu ją ale
      wszyscy boją się przerzutów, trzeba robić regularne badania.
      Jakie są jego reakcje, jak się broni przed tym wszystkim? Najpierw publicznie
      zaprzeczył że to rak, twierdząc że wykryto tam jakieś niewiadome zmiany i
      lekarze właściwie sami nie wiedzą co to, potem powiedział że żałuje tej
      operacji bo tylko bolesna i niepotrzebna. Pierwszy raz w życiu poczuł się
      osłabiony (kiedyś zawsze był wysportowany) i poczuł tak wielkie zażenowanie
      tym, że potrzebuje pomocy, że jak działo się coś złego, coś go bolało, było mu
      słabo, to to ukrywał przed innymi. Nie mógł wytrzymać w łóżku, wstawał i wracał
      do swojego pisania (jest profesorem na uczelni), a tydzień po powrocie do domu
      wziął kule i wymknął się (bo tylko tak to można nazwać) do parku na spacer
      twierdząc że tylko ruch mu pomaga. Jak się o tym dowiedziałam, to poczułam się
      okropnie. Z jednej strony próbuje zrozumieć to w jaki sposób sobie z tym
      wszystkim radzi, ale nie mogę zaakceptować tego co robi. Nie musze mówić, że
      jego zachowanie tylko pogorszyło rekonwalescencje. Przestawiłam mu ze
      szczegółami jaki jest jego stan zdrowia (chociaż lekarz zrobił to też
      wcześniej). Niech nie wierzy jak nie chce, nie traktuje to jak chce, ale jego
      sytuacja nie jest przecież przesądzona czy beznadziejna, wszystko jest na
      dobrej drodze, teraz wystarczy robić regularne badania kontrolne, ale trzeba go
      do tego prawie zmuszać, brać za rękę i prowadzić.

      W zeszłym tygodniu u mojej Mamy wykryto kilku centymetrowego guza, teraz ma
      mnóstwo konsultacji. Takie rzeczy się czasem zdarzają...
      Nie będę więcej na ten temat pisać. W ogóle nie sądziłam, że się dzisiaj
      wypowiem na forum.
    • grazynka18 Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 13:58
      Oczywiscie ze chcialabym wiedziec. To ze mam umrzec, to chociaz jedyna dobra
      strona jest to ze ja w odroznieniu od innych MAM te informacje co do
      "kiedy" skoncze. I to jest ten przywilej, bo moge zrobic w zyciu dokladnie co
      sobie zapragne, moge zyc terazniejszoscia. (nie trzeba myslec i planowac na
      przyszlosc).Moze pozegnac sie ze swiatem, przeprosic itd.
    • Gość: Aneczka Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 25.01.04, 15:04
      No cóż, powiedziano mi prosto z mostu, że umrę, że już za późno,nieoperowalne,
      kwestia najwyżej 2 miesięcy. Rak. Potwierdziły to wyniki badań. Nie będę
      opisywać, co czułam, bo tego się nie da opisać. Nie poszłam na kolejną wizytę,
      nikomu nic nie powiedziałam, próbowałam żyć normalnie. Poczytałam parę
      ciekawych książek o umieraniu. Pogodziłam się z tym, przygotowałam sie
      wewnętrznie. Chciałam jak najlepiej wykorzystać dany mi czas, choroba dodała
      mi skrzydeł, jeszcze nigdy nie byłam tak aktywna. Później przez przypadek
      trafiłam do lekarza, który był na tyle przytomny, że zamknął mnie w gabinecie
      i poleciał po onkologa. okazało się potem, że faktycznie guz, ale nie taki,
      jak powiedzieli mi wcześniej (pomylili wyniki badań),ale dopiero po operacji
      okazało się, że jeszcze trochę pożyję:) Z lekarzem rozmawiałam b. konkretnie,
      informował mnie dokładnie, co i jak, czasem nawet żartowaliśmy z obcego
      wyhodowanego na mojej własnej piersi. Leczenie trwało dość długo, nawet nie
      chcę teraz o tym myśleć, ale jak na razie jest ok. I mam nadzieję, że bedzie.
      Myślę, że lepiej wiedzieć, bo można pozałatwiać parę niedokończonych spraw,
      pożegnać się z bliskimi. Zyć bardziej świadomie. Patrzyłam wtedy na to moje b.
      wynędzniałe ja w lustrze i zaczynałam rozumieć, co ma w życiu znaczenie, a
      czym nie należy się przejmować. To dziwne, ale udało mi się oswoić troche
      śmierć, nie boję się jej, jestem jej świadoma, nie uciekam przed nią, ale też
      nie pcham się, by jej paść w objęcia. już się nie buntuję. Później, po mojej
      chorobie pożegnałam pare bliskich mi osób, moja ukochana babcia umarła mi na
      rękach. Wiedziała, że umiera. Czuła to. I dziekowała, że ma szanse się
      pożegnać, powiedzieć to, czego wcześniej nie miała okazji, lub odwagi,
      powiedzieć. Oczywiście, że bardzo przeżyłam te śmierci, płakałam. Ale
      przestałam się buntować, tak jak robiłam to wcześniej. Nie wiem, czy to
      dobrze, czy źle. I gdybym miała być śmiertelnie chora, chciałabym to wiedzieć.
      Wiedzieć, a nie domyślać się patrząć na czerone od płaczu oczy bliskich,
      którzy się bardzo boją.I bardzo cierpią. Wiedzieć to nie znaczy odbierać
      nadzieje.
      • wcalenietakimaly Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 25.01.04, 21:22
        Nie czytalem wczesniejszych postow poza "zalozycielskim" reni.
        Moim zdaniem trzeba byc szczerym, cokolwiek to oznacza. Faktycznie do konca nie
        jestesmy pewni czy diagnoza jest jednoznaczna z wyrokiem smierci. Ja osobiscie
        chcialbym uzyskac rzetelne informacje.
        Z wlasnego doswiadczenia. Moja Mama bardzo lekko traktowala smierc przez prawie
        cale zycie. Ciagle slyszelismy np. "a jak mumre jak sobie poradzicie",
        albo "zle sie dzisiaj czuje pewno juz umre". Gdy smiertelnie zachorowala nie
        dopuszczala do siebie mysli o zblizajacym sie koncu. Umierala dlugo i w
        cierpieniach i do koca nie dopuszczala mysli o odejsciu.
    • anahella Nikt nie ma prawa decydowac o tym 25.01.04, 22:02
      co zrobi czlowiek w ostatnich dniach swojego zycia.
      Wiem ze to trudno jest powiedziec czlowiekowi, ze jest ciezko chory, ze to
      *moze* (a nie musi) by koniec.

      Lekarz czy rodzina mowiaca pacjentowi ze niedlugo umrze sa nieodpowiedzialni -
      jak w poscie osoby podpisujacej sie nickiem Anestezjolog - cuda sie zdarzaja.
      Jednak gdy stan jest krytyczny to nalezy o tym popwiedziec pacjentowi, on
      powinien sobie zdawac sprawe ze swojego stanu.

      Wiem ze to trudno powiedziec komus ze jest ciezko chory, jednak na litosc boska
      jakim prawem ktos chce odebrac umierajacemu prawo do cieszenia sie *ostatnimi*
      chwilami zycia. Czy wlasnie wygodnictwo stawia sie wyzej niz milosc do
      umierajacego?
      • tralalumpek Re:anahella 25.01.04, 22:12
        Anahella, powiedz ile razy w swoim życiu byłaś w sytuacji, kiedy ktoś z twoich
        bliskich lub tylko bardzo dobrze znanych ci osób "odchodził po trochu" lub był
        skonfrontowany z diagnozą /wyrokiem.
        • anahella Re:anahella 26.01.04, 21:23
          tralalumpek napisała:

          > Anahella, powiedz ile razy w swoim życiu byłaś w sytuacji [...]

          Trzy. Za kazdym razem te osoby wiedzialy ze odchodza. NIe ode mnie - wiec latwo
          i o tym mowic.
      • Gość: Anestezjolog Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym IP: *.chello.pl 26.01.04, 16:30
        Nikt mnie nie zmusi, abym powiedziała choremu, że znajduje sie w stanie
        krytycznym, aby "cieszył się ostatnimi minutami życia". Nikt mnie nie zmusi,
        abym powiedziała rodzinie, że matka/ojciec/babcia są w stanie beznadziejnym i
        czas sie z nimi pożegnać. Tego robic nie wolno! To okrucieństwo. Mam często do
        czynienia ze śmiercią, widze reakcje umierających, którzy zapewniam, nawet gdy
        bardzo, bardzo cierpią c h c ą żyć, chca mieć nadzieję. I nie jest istotne czy
        umiera osoba głęboko wierząca czy ateista. Oznajmianie ciężko chorym bliskim,
        że zbliza sie kres ich życia wynika, najczęściej, z wygody rodziny. Najczęściej
        dotyczy to spraw spadkowych, wydziedziczeń, testamentów. Bardziej się wówczas
        myśli o tych co zostaja niż o tych, którzy odchodzą! Szalenie rzadko się
        zdarza, że ktos poważnie chory o złym rokowaniu chce coś wyznać najbliższym na
        łozu smierci- zwykle te sprawy są już załatwione dawniej.
        Czy nie zdajecie sobie Państwo sprawy, że człowiek umierając cierpi i nie są to
        wyłącznie cierpienia fizyczne związane np. z bólem? Czy nie uważacie Państwo za
        nieludzkie i niehumanitarne dodawanie cierpienia, strachu? Czy zdajecie sobie
        Państwo sprawę co czuje ciężko chora osoba gdy widzi zapłakane oczy
        najbliższych i siedzące przy lóżku nic nie rozumiejące wnuki? Dla dobra i w
        imie miłości oszczędźmy tego bliskim.
        Moja matka jest lekarzem-onkologiem, widziała tysiące umierających i
        czekających na wyrok śmierci ludzi, umęczonych choroba nowotworową i
        chemioterapią. Matka potwierdza moje spostrzeżenia.
        Mój ojciec jest adwokatem. W swojej półwiecznej praktyce zawodowej miał do
        czynienia z ludźmi skazanymi na karę śmierci- oczekującymi na wyrok lub
        ułaskawienie. Ojciec także potwierdza moje spostrzeżenia.
        Mój mąż jest także lekarzem, który ze względu na inna specjalność rzadko ma do
        czynienia ze śmiercią - tym nie mniej zgadza się z moja opinią, dodajac, że boi
        się śmierci. Nie chce również na temat umierania rozmawiać nasz syn - obecnie
        student medycyny, który z racji powiązań rodzinnych niemal od urodzenia słyszał
        o śmierci.
        Przemyślcie,zatem Państwo, dokładnie przemyście problem rozmów o śmierci i
        umieraniu, by nie popełnic nieodwracalnego błędu, błędu w stosunku do
        najbliższych!
        • ka2 Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym 26.01.04, 17:24
          Mojemu mężowi lekarz powiedział, że radzi mu się pożegnać z rodziną i
          uporządkować wszystkie sprawy.
          I mąż posłuchał jego rady.
          Oboje się baliśmy, ale nigdy przy nim nie płakałam.
          Długo wymagał opieki jak małe dziecko, nie kontrolował zwieraczy, ważył 55
          kilo pod koniec, ALE PRZEŻYŁ.
          A doktorowi jestem wdzięczna, że miał odwagę.
          • Gość: Anestezjolog Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym IP: *.chello.pl 26.01.04, 20:44
            A czy mąż też był wdzięczny za "odwagę" lekarza? Czy wiesz co odczuwał, gdy
            lekarz powiedzial, że ma "uporządkować swoje sprawy"? Czy jesteś pewna, że
            mężowi to było potrzebne? Oczywiście, mogło być różnie, ale z moich doświadczeń
            wynika, że znaczna większośc bardzo ciężko chorych ludzi, często znajdujących
            się wręcz w stanach terminalnych , szuka zaprzeczenia. Inaczej zachowują sie w
            obecności rodzin, wielu nadludzkim wysiłkiem próbuje pocieszać krewnych udając,
            że jest lepiej niż jest naprawdę. Chorzy "rozklejają się" po odejściu od łózka
            najbliższych, zostaja pozostawieni sobie ze swoimi myslami.
            Na studiach niewiele sie mówi o umieraniu, nikt nie uczy lekarzy rozmawiac z
            chorymi i ich rodzinami, te trudne sprawy pozostawia sie wyczuciu i taktowi
            lekarza. Bardzo łatwo teoretyzować, znacznie trudniej wczuć się w psychikę
            chorego i naprawdę działać dla jego dobra. Czasem lepiej zostawić po sobie
            nieuporządkowane sprawy niż świadomie umierać. Proszę mi uwierzyć- ludzie nie
            chcą wiedzieć o zbliżającej się śmierci, chcą mieć nadzieję i dajcie im ją.
            • ka2 Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym 26.01.04, 21:06
              Gość portalu: Anestezjolog napisał(a):

              > A czy mąż też był wdzięczny za "odwagę" lekarza?

              Tak.

              > Inaczej zachowują sie w obecności rodzin, wielu nadludzkim wysiłkiem próbuje
              pocieszać krewnych udając, że jest lepiej niż jest naprawdę.

              Nic takiego nie miało miejsca, to ja go pocieszałam, myłam, zmieniałam mu
              pieluchy. Dla mnie przeżył.
            • l2m Anestezjolog 26.01.04, 21:09
              Doceniam Twą postawę w pełni. Widzę doskonale, że Ty chcesz swoim pacjentom
              dobra. Jesteś szlachetną i mądrą kobietą. Nie mam zamiaru próbować kwestionować
              Twych słów - nie mam Twego doświadczenia w tej kwestii, widziałam zaledwie parę
              umierających. Przyjmuję zatem na wiarę to, co piszesz.
              Ale mogę mówić za siebie. Mam nadzieję, że, jeżeli znajdzę się u kresu swego
              życia - będe o tym _wiedzieć_.
              Pozdrawiam.
            • ka2 i jeszcze jedno 26.01.04, 21:24
              Gość portalu: Anestezjolog napisał(a):
              Proszę mi uwierzyć- ludzie nie
              > chcą wiedzieć o zbliżającej się śmierci, chcą mieć nadzieję i dajcie im ją.

              Proszę mi nie sugerować, że nie znam swojego męża.
              Nie wszyscy jesteśmy jednakowi.
              Ja mówię z pozycji pacjenta, i wiem czego ten pacjent oczekiwał.
              A tak w ogóle, za chwilę to będzie rozmowa w stylu " ja wiem lepiej czego ty
              chcesz "
              • tralalumpek Re: i jeszcze jedno 26.01.04, 21:30
                ka2 napisała:

                >
                > Proszę mi nie sugerować, że nie znam swojego męża.
                > Nie wszyscy jesteśmy jednakowi.
                > Ja mówię z pozycji pacjenta, i wiem czego ten pacjent oczekiwał.
                > A tak w ogóle, za chwilę to będzie rozmowa w stylu " ja wiem lepiej czego ty
                > chcesz "



                Niestety to ty tak właśnie tupiesz nóżką "ja wiem lepiej" a tak naprawdę to
                nie ty byłaś w sytuacji kiedy liczono ci minuty
                Osoba pod nickiem Anestezjolog pisze naprawdę w bardzo mądry sposób, czytam
                jej każdą wypowiedź z dużym rozczuleniem i szacunkiem do osoby, która stoi za
                tymi wpisami a twoje wpisy brzeczą mi w uszach jak natrętne muchy, przepraszam
                za porównanie ale tak cię odbieram
                • ka2 Re: i jeszcze jedno 26.01.04, 21:44
                  twoje zdanie jest mi obojętne

                  • tralalumpek Re: i jeszcze jedno 26.01.04, 21:51
                    ka2 napisała:

                    > twoje zdanie jest mi obojętne
                    >



                    Ok, poświęciłam ci 3 minuty i wrzuciłam twojego nicka na wyszukiwarkę
                    wszystko jasne
                    • wirkkala Re: i jeszcze jedno 27.01.04, 15:27
                      tralalumpek napisała:

                      > ka2 napisała:
                      >
                      > > twoje zdanie jest mi obojętne
                      > >
                      >
                      >
                      >
                      > Ok, poświęciłam ci 3 minuty i wrzuciłam twojego nicka na wyszukiwarkę
                      > wszystko jasne
                      >
                      wrzuciłam was obie w wyszukiwarkę i przypomniało mi się dlaczego Bóg stworzył
                      komary
                      żebyśmy nabrali szacunku dla much
                      dla mnie jesteś takim komarem
                • Gość: Anestezjolog Re: i jeszcze jedno IP: *.chello.pl 27.01.04, 14:00
                  Dzięki. Cieszę sie, że nie jestem odosobniona, że są ludzie którzy myśla
                  podobnie. Pozdrawiam- K. M.
                  • wojtusia Re: i jeszcze jedno 27.01.04, 15:06
                    Szkoda, może lepiej się zastanowić nad wpisami osób, które się nie zgadzają.
                    Bo może czas zwerfikować swoje poglądy. Lekarz ma służyć pacjentowi, a
                    przecież nie rozmawiamy o eutanazji. Dołączam do tych, którzy chcieliby
                    wiedzieć.
                    I mnie ( w przeciwieństwie do tralalumpka )poruszyła wypowiedź Anahelli. Może
                    się nad nią zastanowisz, może i Ciebie poruszy.
              • Gość: Anestezjolog Re: i jeszcze jedno IP: *.chello.pl 27.01.04, 13:58
                Nigdy nie odważyłabym nikomu powiedzieć, "a ja wiem lepiej", i własnie dlatego,
                ze nie wiem lepiej nie dobijam chorych, którzy mi zaufali ( jedni z przekonania
                i wyboru inni przez przypadek) informacjami, które moga mieć na nich fatalny
                wpływ i, które wcale nie muszą się sprawdzić. Dziś miałam w pracy 2 chorych w
                bardzo ciężkim stanie, obie osoby miały na chwile przebłyski świadomości, czy
                miałam je informować, że sytacja ich jest beznadziejna? Nie. Jedna z Pań
                zmarła, ale do końca była przy niej rodzina i córka ze spokojem opowiadała o
                sukcesach szkolnych wnuczki. Pacjentka zmarła ze spokojem na twarzy
                prawdopodobnie nieświadoma, że umiera. Zmarła spokojnie, godnie.
                Kodeks Etyki Lekarskiej ( nie lubie powoływać się na paragrafy, ale uczynię
                wyjątek) w Art. 30 mówi "Lekarz powinien dołożyć wszelkich starań, aby zapewnić
                choremu humanitarną opieke terminalna i godne warunki umierania. Lekarz winien
                do końca łagodzić cierpienia chorych w stanach terminalnych i utrzymać w miarę
                mozliwości, jakość kończącego się zycia". Dla mnie humanitarna opieka i jakość
                kończącego się życia, to nadzieja, podtrzymanie na duchu, złagodzenie cierpień
                a nade wszystko komfort psychiczny.
                • tralalumpek Re: Anestezjolog 27.01.04, 16:13
                  Gość portalu: Anestezjolog napisał(a):

                  > Nigdy nie odważyłabym nikomu powiedzieć, "a ja wiem lepiej", i własnie
                  dlatego,
                  >
                  > ze nie wiem lepiej nie dobijam chorych, którzy mi zaufali ( jedni z
                  przekonania
                  >
                  > i wyboru inni przez przypadek) informacjami, które moga mieć na nich fatalny
                  > wpływ i, które wcale nie muszą się sprawdzić. Dziś miałam w pracy 2 chorych
                  w
                  > bardzo ciężkim stanie, obie osoby miały na chwile przebłyski świadomości,
                  czy
                  > miałam je informować, że sytacja ich jest beznadziejna? Nie. Jedna z Pań
                  > zmarła, ale do końca była przy niej rodzina i córka ze spokojem opowiadała o
                  > sukcesach szkolnych wnuczki. Pacjentka zmarła ze spokojem na twarzy
                  > prawdopodobnie nieświadoma, że umiera. Zmarła spokojnie, godnie.
                  > Kodeks Etyki Lekarskiej ( nie lubie powoływać się na paragrafy, ale uczynię
                  > wyjątek) w Art. 30 mówi "Lekarz powinien dołożyć wszelkich starań, aby
                  zapewnić
                  >
                  > choremu humanitarną opieke terminalna i godne warunki umierania. Lekarz
                  winien
                  > do końca łagodzić cierpienia chorych w stanach terminalnych i utrzymać w
                  miarę
                  > mozliwości, jakość kończącego się zycia". Dla mnie humanitarna opieka i
                  jakość
                  > kończącego się życia, to nadzieja, podtrzymanie na duchu, złagodzenie
                  cierpień
                  > a nade wszystko komfort psychiczny.



                  Widzisz, tutaj najwięcej krzyczą ci, którzy najmniej mają do powiedzenia.
                  Łatwo jest mówić - chciałabym to czy tamto - ale kiedy przychodzi czas na
                  chorobę i czas na prawo do terminu śmierci poglądy są weryfikowane. Gdybanie
                  co ja bym chciała i jak ja bym chciała kiedy będę chora są czystą teorią,
                  która naprawdę niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.
                  Cierpienie uczy pokory.
                  • Gość: A Re: Anestezjolog IP: *.chello.pl 27.01.04, 19:19
                    W pełni sie zgadzam- cierpienie i weryfikuje poglądy i uczy pokory, a widmo
                    śmierci zawsze(!) powoduje lęk. Lęk, którego człowiek boi sie w naturalny
                    sposób, lek atawistyczny, lęk, o którym trudno mówi a jeszcze trudniej pisać.
                    Ludzie nie są wstanie się z nim oswoić ani go zrozumieć- niektórzy starają się
                    go ukryć, stłumić, odpędzić. Jakim kosztem? Nie wiem. Nie potrafię opisać co
                    czuje człowiek w ostatnich chwilach życia, choc byłam świadkiem wielu "przejść
                    na drugą stronę".Oczywiście każdy ma prawo do swoich sądów i przemyśleń. Ja
                    wielokrotnie rozmawiałam o śmierci z kolegami, z najbliższymi ( matka i mąż są
                    lekarzami, syn studentem medycyny), ale staram się tego nie robić z pacjentami.
                    Powiem więcej - ludzie szalenie rzadko , zwłaszcza ci w bardzo ciężkim stanie
                    zadają pytanie o długośc życia, a jeszcze rzadziej chcą znać odpowiedź. Skąd to
                    wiem ? Zdarza się, że chory zapyta jakie są rokowania i kiedy powinien pożegnać
                    się z rodziną i.... gwałtownie zmienia temat, cos wtrąca., unika chwili gdy ma
                    paść odpowiedź.
                    Dziękuję za słowa wsparcia i pozdrawiam- Katarzyna
        • Gość: Ja Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym IP: *.chello.pl 26.01.04, 21:19
          Dziekuje Ci za te slowa. Jesli stane kiedys przed takim pytanie, bede o nich
          pamietac.
        • anahella Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym 26.01.04, 21:30
          Droga Anestezjolog: bardzo ladnie piszesz, Twoje argumenty sa naprawde mocne,
          jednak mnie nie przekonuja. Nikt nikomu nie powinien powiedziec "umrzesz za dwa
          tygodnie" - co do tego obie jestesmy zgodne. Ale chory powinien wiedziec ze
          jego stan jest ciezki. Jestem osoba wierzaca i wierze, ze zadna smierc nie jest
          przypadkowa, nawet gdy ktos dostaje kule w glowe rykoszetem. Smierc to
          misterium, do kotrego nalezy sie przygotowac. Boimy sie jej bo nie wiemy co
          jest po tamtej stronie. Dlatego wierzacym jest latwiej. Mowie o ludziach
          gleboko wierzacych a nie klepiacych bezmyslnie pacierze.
          • Gość: Anestezjolog Re: Nikt nie ma prawa decydowac o tym IP: *.chello.pl 27.01.04, 19:08
            Trudno lekarzowi nad łóżkiem nieuleczalnie chorego ( czy chorego wogóle)
            prowadzić dyskusje teologiczne, pytać czy jest człowiekiem wierzącym, czy
            głęboko wierzącym, jaki jest jego stosunek do religii, do śmierci, do narodzin
            itp. Często rozmawiam z ludźmi na bardzo różne tematy, jednak religia, którą
            uważam za sprawę natury bardzo delikatnej i osobistejjest tematem tabu.
            Oczywiście zawsze zgadzam się na wizyty duchownego ( nie koniecznie księdza
            katolickiego), ale równocześnie bardzo proszę o zachowanie się adekwatne do
            miejsca i sytuacji. I w ciągu prawie ćwierćwiecza tylko raz zmuszona byłam
            wyprosić księdza, który nie uszanował prawa do intymności innego chorego. Ale
            to na marginesie. Najczęściej współpraca układa się bardzo dobrze.
            Ponieważ nie uważam, że zjadłam wszystkie rozumy na świecie przemyślę Państwa
            uwagi jednak nie będę informowała ciężko chorych o nadchodzącej śmierci. Po
            prostu nie wezmę tego na swoje sumienie.
            Dziękuję Panstwu za uwagi i opinie. Katarzyna
    • tralalumpek Rozmowa z chorą... 27.01.04, 12:29
      Przez ostatnią godzinę rozmawiałam z dobrą znajomą, która jest chora. Od 1,5
      roku żyje ze świadomością, że ma raka. Przeszła kolejną operację, jest w tej
      chwili na kolejnej chemii. Jutro idzie na 3 dni do szpitala na kolejna dawkę.
      Ma raka jelita grubego.
      Rozmawiamy bardzo otwarcie na wszystkie tematy, na temat jej choroby również.
      Rozmawiamy o nadziei, o strachu, o obawach, o otoczeniu....
      Ona twierdzi, że ma nadzieję że wyjdzie z tego, czuje to. Nie pozwoli sobie
      tego nikomu odebrać, nie wolno jej tej nadziei pozbawić, nikomu nie wolno
      nawet lekarzowi (jej słowa).
      Tak się składa, że w moim otoczeniu jest w ostatnim czasie wiele takich osób.
      Pewnie dlatego, że 40/latki to już taka grupa wiekowa, kiedy choroby pukają do
      drzwi.
    • Gość: Bilala Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.uz.zgora.pl 27.01.04, 12:51
      Przeżyłam już śmierć wielu bliskich osób... nie jestem młoda, niestety. Uważam,
      że nawet ciężko chorego człowieka nie powinno się traktować jak małe dziecko,
      że ma on prawo otrzymać pełną informację o swojej sytuacji. Oczywiście, pewne
      informacje muszą być podane w sposób, który nie dobije pacjenta, lecz raczej
      pomoże mu się jakoś pozbierać - zarówno wtedy, gdy są jeszcze jakieś szanse na
      polepszenie, jak i wtedy, gdy wygląda na to, że tych sznas już nie ma. W każdym
      razie ja chciałabym móc przed śmiercią - tak jak moja niedawno zmarła Ciocia -
      pożegnać się z wszystkimi bliskimi, niektórych za coś przeprosić, niektórym
      powiedzieć słowa przebaczenia za coś z przeszłości, "zarządzić" pewnymi
      sprawami, powiedzieć dzieciom na łożu śmierci coś, co zawsze będą pamiętały...
      Ludzie wierzący też przecież muszą mieć szansę na pojednanie się z Bogiem -
      jeśli nie wiedzą, że umierają, to mogą ją stracić.
      W każdym razie ja chciałabym wiedzieć, że już wkrótce przypuszczalnie umrę i
      wiedzieć, że jeśli lekarz i rodzina mówią mi, że jeszcze pożyję, to nie
      oszukują mnie, lecz że realnie mam szanse pożyć.
      Ale oczywiście nie wszyscy muszą mieć podobne do mnie nastawienie. Myślę, że
      powinno sie z bliskimi więcej rozmawiać, póki jeszcze nie umierają. Nie tylko o
      tym, jaka pogoda, co w telewizji i na kogo głosować w wyborach, choć może to
      wszystko ważne, ale i o takich trudnych sprawach. Warto wiedzieć, czy ktoś
      bliski chciałby w razie czego wiedzieć NAPRAWDĘ, jaki jest jego stan zdrowia,
      czy raczej by go to załamało i wręcz wpędziło do grobu przedwcześnie; jeśli się
      na tyle zna swoich bliskich, to przy ich łożu śmierci być może uniknie się
      takich strasznych dylematów...
    • mamalgosia Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 27.01.04, 14:10
      uważam, ze każdy ma prawo do prawdy, szczególnie o sobie samym.
      Chciałabym się przygotować na śmierć
      • Gość: jamka Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: 195.117.239.* 27.01.04, 17:27
        Problemu nie byłoby, gdyby smierć nie została jako temat zepchnięta z toru
        codzienności. Zbyt często rozmawiamy o niej dopiero, gdy jesteśmy do tego
        zmuszeni.
        Chciałabym wiedzieć o swoim stanie.
    • Gość: Zawodowiec Boze chron ludzi przed takimi tematami IP: *.internetdsl.tpnet.pl 03.02.04, 23:18
      co cie sklonilo do napisania czegos takiego?
      • Gość: renia Re: Boze chron ludzi przed takimi tematami IP: *.ath.spark.net.gr 04.02.04, 09:20
        Zycie moj drogi, zycie. A co Cie sklonilo do odpoiwadania na stary watek, w
        dodatku na temat, ktory Cie nie interesuje?

        Tez zycze Ci, zeby Cie Bog, czy cokolwiek innego, uchronilo od takich
        problemow.

        Pozdrowienia.
        • Gość: Zawodowiec renia powiedz jestes seksowna? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.02.04, 09:40
          powiedz cos na swoj temat albo mi sie pokaz

          facetciacho@gazeta.pl
          • Gość: renia nie mnie osądzac, ale dosc nawet, a czemu pytasz? IP: *.ath.spark.net.gr 04.02.04, 10:51



            Albo powiem, albo nie powiem, przyjacielu :) Na razie nie widze podstaw by
            mowic, a tym bardziej sie pokazywac. A jakbys czegos potrzebowal to tez mam
            maila reaniatoja@gazeta.pl
          • Gość: renia nie mnie osądzac, ale dosc nawet, a czemu pytasz? IP: *.ath.spark.net.gr 04.02.04, 10:52


            Albo powiem, albo nie powiem, przyjacielu :) Na razie nie widze podstaw by
            mowic, a tym bardziej sie pokazywac. A jakbys czegos potrzebowal to tez mam
            maila reniatoja@gazeta.pl
            • Gość: Zawodowiec bo wiesz ja mam 6 zmysl wyczowania lasek i ... IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.02.04, 12:10
              niezlych towarow:))))))))
              wiesz moge cie we wakacje odwiedzic w grecji bedziemy sie przytulac, dotykac
              kochac itp.
              • Gość: renia Ach Leon.... IP: *.ath.spark.net.gr 04.02.04, 19:44
                Ostatnio wyczuwales, ze jestem brzydka beznadziejna kobieta, to w koncu dziala
                Ci ten szosty zmysl czy nie dziala?

                Poza tym w wakacje znikam z Grecji wiec niestety z (udawanym) zalem, musze
                zrezygnowac z Twoich uslug.
              • Gość: hania :o) Re: bo wiesz ja mam 6 zmysl wyczowania lasek i .. IP: *.virnxx1.adsl.tele.dk 04.02.04, 21:15
                Michale - bo chyba tak ci na imie?
                wiesz sa sytuacje nie do zalagodzenia
                sa sytuacje w ktorych nawej najglupszy zart nie pomoze kogos rozbawic
                moze swiadczy to o braku taktu, inteligencji, wyczucia sytuacji
                twoja wstawka byla i jest nie na miejscu.
                Moze powinienes znalezc kogos innego na worek treningowy
                • Gość: Zawodowiec ale my z renia juz od dawna sie z forum znamy IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.02.04, 21:42
                  Grzegorz mi na imie

                  znowu mnie posadzasz o brak inteligencji?

                  dlaczego mi nie odpisalas? zapomnialas az moze znudzilas sie?

                  renia nie jest moim workiem treningowym
                  • Gość: renia To znaczy ja Cie znam od niedawna. :)) IP: *.ath.spark.net.gr 05.02.04, 11:49
                    Ale przyznaje, mimo wszystko potrafisz wzbudzic sympatie. Pod opakowaniem
                    takim jakie zaprezentowales, mysle, ze kryje sie sympatyczna dusza - czlowiek
    • Gość: bo Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.dialup.nuria.telefonica-data.net 04.02.04, 10:50
      To chyba tez zaleznie od odpornosci psychicznej osoby chorej.Mysle jednak,ze
      nikt tak naprawde nie chcialby uslyszec,ze zostalo mu niewiele zycia i nie ma
      szans na leczenie.
      Niedawno zmarl moj dziadek,mial raka.Byl osoba nastawiona do zycia
      optymistycznie i z duzym poczuciem humoru.Nie chcielismy mu powiedziec co tak
      naprawde mu dolega i nawet zartowal na temat choroby.Pod nasza nieobecnosc
      poszedl do ordynatora spytac o prawde.Wczesniej sie domyslal co to moze byc
      ale tak naprawde nie dopuszczal tej mysli.Od dnia kiedy juz wiedzial,ze nie ma
      szans popadl w depresje i sie poddal.Gasl w oczach,od postawienia diagnozy do
      jego smierci minely tylko 2 miesiace.
      Z kolei drugi przypadek w mojej rodzinie to ciocia z rakiem mozgu i przerzutami
      od poczatku wiedziala o chorobie i o bardzo niewielkich szansach na przezycie
      byla osoba bardzo silna z duza checia do zycia.Lekarze dawali maksimum 2-3 mie-
      siace zycia;po operacji zyla,walczac z choroba 10 lat.Mysle,ze lekarka mojej
      cioci byla tez swietnym psychologiem,potrafila przekazaz straszna prawde ale
      w sposob dajacy sile choremu.
      Nie wierze,ze ktos kto dowiaduje sie o wlasne smiertelnej chorobie i,ze zostaje
      mu np.miesiac zycia wykorzystuje te dni na realizacje swoich marzen i jest
      lepiej przygotowany na odejscie,jest to chyba niezgodne z ludzka natura,choc
      tez bywaja tacy ludzie.
    • astrit Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 04.02.04, 12:48
      To bardzo trudny temat. Myśle jednak, że najgorszym wyjściem jest odebranie
      nadziei. Każdy, nawet śmiertelnie chory człowiek ma nadzieję, ze jeszcze cos
      sie wydarzy, że może jednak to jeszcze nie koniec. Podanie komuś śmiertelnie
      choremu przewidywanego niebawem czasu jego śmierci może być równoznaczne ze
      skróceniem jego życia. To fakt medyczny, że ludzie śmiertelnie chorzy
      przeżywają o wiele dłużej niż wynikałoby to z ich stanu, jeśli lekarz, lub
      osoba, której ufają pozwoli im mieć nadzieję. Nie znaczy to, ze należy ukrywac
      przed chorym jego stan, bo to jest juz oszustwo.
      • Gość: Anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 04.02.04, 13:22
        Ktoś z moich znajomych miał znacznie podwyższony poziom PSA, wynik sugerował
        nowotwór prostaty. Człowiek naczytał sie jeszcze dodatkowo w ksiązkach
        medycznych rzeczy, których nie rozumiał i......zaczął niknąc w oczach.Świadoma
        oszustwa poprosiłam o pobranie badań u mnie w szpitalu prosząc jednocześnie,
        aby pod nazwiskiem znajomego krew pobrano również zupełnie zdrowemu mojemu
        mężowi. Badania znacząco sie różniły, jednak poziom PSA u chorego
        z "nowotworem" był znacznie niższy. Zdecydowaliśmy się leczyc go w kierunku
        zapalenia pęcherza moczowego i dać nieprawdziwy wynik badań. Człowiek ze
        zgnębionego, załamanego i zrezygnowanego stał się zdrowy i chetny do życia.
        Odmłodniał, przestał mieć szereg towarzyszących dolegliwości. Po pewnym czasie
        zrobiliśmy badania kontrolne, w tym PSA - wszystko było w normie.
        Oczywiście, gdybym miała pewnośc, że wdrożenie radykalnego leczenia jest
        niezbędne inaczej bym postapiła. Jednak uważam, że w tej sytacji zatajając
        prawdę oszczędziłam człowiekowi wiele stresów i nerwów. Od tego czasu minęło
        kilka lat, pacjent kontroluje stan prostaty i nie tylko i czuje się znakomicie.
        Pozostawiam to bez komentarza.
        • astrit Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 04.02.04, 13:55
          To dowód na to, jak wielką siłę ma psychika i nastawienie chorego. Jesli
          dostanie szansę - bedzie walczył.
    • Gość: basia Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.04, 16:16
      2 tyg. temu zmarła moja teściowa( była dla mnie jak mama). Do końca jej nie
      powiedzieliśmy, że ma nowotwór ( bardzo późno wykryty, żadnych szans na
      wyleczenie). Podtrzymywaliśmy ją na duchu do końca. Wiem, że nie chciała
      umierać- i gdyby znała wyrok poddałaby sie dużo wcześniej i wcześniej by zmarła.
      Tu nie ma złotej recepty, każdy człowiek jest inny, każdy moze inaczej przyjać
      taką wiadomość- jednego zmobilizuje do walki , drugi podda się...
      Zastanawiające jest tylko to, że ona nie wiedząc na co cierpi, parę dni przed
      śmiercią wiedziała że umrze. To się czuje, czuje się umieranie...
      Wymijające odpowiedzi najbliższych tego nie zmienią...
      • Gość: uri Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.04, 20:23
        Jeszcze coś... Dlaczego dla większości z Was tak ważne jest podkreślanie, że
        ktoś przeżył jeden miesiąc (dzień) więcej, bo nie wiedział o swojej chorobie,
        jeśli okłamując tą osobę odbieramy jej tak naprawdę możliwość odejścia. W
        Polsce ludzie umierają głównie w szpitalaach, mimo, że ich rodziny wiedzą, że
        lekarze nic nie mogą dla nich zrobić. Czy nie jest to trochę tak, że to my
        zostający nie umiemy sobie poradzić ze świadomością nieuchronności czyjejś
        śmierci i nie umiemy towarzyszyć w umieraniu! To nam, zostającym jest ŁATWIEJ.
        Na szczęście już są u nas lekarze, którzy nie leczą chorych za wszelką cenę,
        oszczędzając im dodatkowych cierpień i są w stanie przekonać rodziny, że chory
        człowiek ma prawo umierać w spokoju, a nie na ogólnej sali szpitalnej i
        świadomy tego co i dlaczego się z nim dzieje. Bo liczy się przecież nie jeden
        dzień czy miesiąc więcej, ale to jak ten człowiek przeżyje czas, który mu
        pozostał.
    • Gość: uri Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.02.04, 20:11
      Ja też nie zdradziłam mojemu ojcu, że odchodzi. To w ogóle jest trudny temat i
      nie ma chyba przełożenia- każdy człowiek jest inny i inna jest jego sytuacja.
      Myślę, że chciałabym wiedzieć, że jestem śmiertelnie chora, jeśli by mnie to
      się przytrafiło. Po pierwsze: chciałabym przygotować się na odejście (tylko mi
      nie piszcie, że na to się nie można przygotować, bo znałam takich, którzy
      umarli bardzo godnie). Po drugie: mam rodzinę i chciałabym załatwić "przed"
      dużo spraw, które są "po", dla już i tak udręczonej rodziny po prostu horrorem.
      • pinkink Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 05:35
        Gość portalu: uri napisał(a):
        Po pierwsze: chciałabym przygotować się na odejście (tylko mi
        > nie piszcie, że na to się nie można przygotować, bo znałam takich, którzy
        > umarli bardzo godnie).


        Co to znaczy : umierac godnie?
        Nie pytam zlosliwie ani ironicznie. Naprawde nie mam pojecia.

        Czy "godnosc" to obecnosc zaplakanej rodziny przy lozku chorego? Ksiedza?
        Patos ostatnich przepelnionych madroscia zdan powtarzanych pozniej przez
        potomnych? Wskazowki, jak zyc? Tajemnice wczesniej niewyjawione?

        Niestety, poza odrazajaca fizjologia konczacego sie bytu nie widze nic godnego
        w umieraniu.

        • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 09:40
          A może nie widzisz nic godnego w człowieku w ogóle? Wiesz, medycyna umie już
          pomóc ulżyć cierpieniom, a rodzina nie musi wcale płakać za każdym razem kiedy
          widzi bliskiego człowieka. Tylko do tego trzeba miłości- aby być silnym i dać
          wsparcie człowiekowi, który umiera. I świadomości obydwu stron (tzn. chorego i
          rodziny). Nie wiesz w ogóle o czym piszesz. Przyczepiłeś się do jednego zwrotu,
          a poza tym żarty i cynizm w tym przypadku są nie na miejscu. Gdybym mogła
          skazałabym Cię na 2 godziny pracy w jakimś szpitalu, gdzie leżą ludzie chorzy
          na nowotwory w ostatnim stadium, a zamiast fachowej opieki paliatywnej i
          miłości rodziny znajdują tylko ból i samotność! Piszesz, że nie piszesz
          złośliwie...
          • Gość: bo Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.dialup.nuria.telefonica-data.net 05.02.04, 11:42
            Sadze,ze rozpatrujemy sytuacje kiedy dla chorego nie ma juz szans na leczenie
            i medycyna juz nie ma nic do powiedzenia.
            To logiczne,ze jak jak jest szansa na leczenie chorob smiertelnych ,np.chemio-
            terapia dla chorych na nowotwor,to nikt nie bedzie zatajal choroby.Piszemy,ze
            nie powinno sie chorym odbierac nadzieji,bo to jedyne co im pozostaje.
            A w szpitalach z tego co wiem,przypadkow "beznadziejnych",czyli takich,dla
            ktorych nie ma juz szans na leczenie nie trzymaja,wypisuja do domow,z kontynua-
            cja opieki lekarskiej.
            A ludzie,o ktorych piszesz,ze umieraja w szpitalach bez milosci rodziny i w
            samotnosci,to chyba nie z tego powodu,ze im wmowiono,ze jest szansa na leczenie
            a dlatego,ze sa samotni i chyba w takim przypadku lepiej,ze sa pod opieka lekar-
            ska do konca swoich dni jak mieliby umierac w samotnosci w swoich mieszkaniach.
            Ale to juz jest temat na inna dyskusje.
            • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 18:17
              Częściowo się z Tobą zgadzam: wiele osób i tak umierałoby samotnie. Problemem
              jest jednak to, że ludzie odsuwają od siebie wszelkie myśli o śmierci.
              Oczywiście, że rodziny ZAWSZE SIĘ INFORMUJE. A one pozbawione pomocy i
              jakichkolwiek wskazówek mogą tylko biernie patrzeć na agonię. Smierć z
              naturalnego zjawiska stała się dla nas czymś przerażającym i odległym, czymś co
              oprócz żalu i smutku przynosi strach.
          • Gość: Anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 05.02.04, 14:41
            Mnie na prace z ciężko chorymi nie musisz "skazywać"- robie to od wielu lat z
            własnej nieprzymuszonej woli i jeszcze dostaję za to pieniądze ( nieważne
            jakie, ale zawsze).
            Śmiertelność na moim oddziale wynosi jak 1:1, więc wiem o czym piszę. Problem
            godnego umierania jest trudny i skomplikowany. Rzadko sie bowiem zdarza, że
            śmierci nie poprzedza bardzo przykra dla otoczenia agonia. Chory dusi się,
            wymiotuje, zanieczyszcza, krwawi. Personel medyczny podejmuje szereg czynności
            mających na celu podtrzymanie życia lub przyniesienia ulgi, ale są to działania
            szokujące dla osób postronnych ( chocby intubacja). Rodziny patrzą na to
            przestraszone i zapłakane. Zresztą sporadycznie najbliższym udaje sie ukryć
            strach przed zbliżająca się śmiercią. Rodzina nawet jesli jawnie nie płacze, to
            ma zapuchniete oczy, nienaturalnie sie zachowuje, wykazuje nadaktywność lub
            apatię. To wszystko jest dla lekarza zrozumiałe, jednak u chorego, jesli
            cokolwiek do niego dociera, budzi lęk i niepokój. Nikt z nas nie wie, czy
            człowiek pozornie pozostający w stanie agonalnym , niczego nie slyszy, nic do
            niego nie dociera. Ja, choć nie wiem w 100%, uważam, że do takich pacjentów
            dociera jeszcze bardzo wiele. Pozostaje zatem pytanie - czy oni chcieliby, aby
            rodzina widziała ich konajacych i byla swiadkiem calej otoczce towarzszącej
            śmierci?
            Czy ktokolwiek z Państwa jest wstanie wczuć się w taką sytuację?
            Nawet bardzo silnie wierzący ludzie z reguły źle znoszą, o ile odzyskuja
            przytomność, ostatnie namaszczenia. Nie najlepiej działa na nich
            przyprowadzenie notariusza.
            Znam przypadek pacjentki, która prosila mnie, abym ograniczyla wizyty rodziny.
            Przykladów jest wiele.
            Nie ma ani dwóch identycznych sytuacji, ani takich samych ludzi dlatego nie
            możemy przewidzieć reakcji najbliższych, zwłaszcza tych w obliczu śmierci.
            Osobiście, o czym pisałam wielokrotnie jestem: zdecydowana przeciwniczka
            informowania chorych o nadchodzącej śmierci ( co nie znaczy, że o chorobie).
            Zdarza się, że trzeba podjąć zdecydowana, intensywaną kurację, czasem inwazyjna
            i nieprzyjemna i wtedy , nie starsząc, ale mówiąc o wszystkim w sposób w miarę
            zrozumiały i dostosowany do konkretenego pacjenta, informuje go o chorobie.
            Jestem także przeciwniczką zgromadzeń przy łóżku nieuleczalnie chorego - powód
            wyjasniłam wyżej. Uważam, że o intensywności wizyt rodziny i skladu
            odwiedzających powinien decydować pacjent za pośrednictwem lekarza, do którego
            ma zaufanie ( zdarza się czasem, że chory nie chcąc urazić rodziny zgadza się
            na odwiedzanie licznych krewnych, w tym dzieci, a potem jest skrempowany swoim
            stanem). Uważam, że odwiedzającymi powinni być tylko ci członkowie rodziny,
            którzy czują sie na siłach - i do powstrzymania, w miare mozliwości emocji, i
            oglądania przykrych widoków. Trzeba zachować bardzo dużą ostrożność i rozwage
            zarówno w zabieraniu do szpitala dzieci jak i informowania ich o stanie zdrowia
            najczęściej babci czy dziadka. Bezmyslność dorosłych nieraz już doprowadziła do
            problemów.
            I jeszcze jedno- generalnie uwazam, powtarzam generalnie lecz nie zawsze, że
            miejscem dla chorych terminalnie jest szpital. W imie tzw. godnej śmierci ,
            kochające rodziny, działając w najlepszej wierze, niejednego człowieka skazały
            na ogromne a zbędne cierpienia.
            • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 18:07
              czy na pewno zrozumiałaś to co napisałam? czy ty na pewno jesteś lekarzem
              Wiedziałabyś, że nie rodziny skazują chorych na dodatkowe cierpienia, ale
              lekarze ignoranci. A o umieraniu ty mi nie pisz, bo też widziałam, a z Twojego
              opisu wnioskuję, że Twoi chorzy nie byli odpowiednio "zaopiekowani" a ich
              rodzin nikt nie przygotował do tego co będzie się działo z ich bliskimi. I
              jeszcze jedno: gdzie ja napisałam o ostatnim namaszczeniu? jeśli tak
              zrozumiałaś to wybacz, ale mówimy innymi językami.
              • Gość: Koralik Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: 5.2.* / *.chello.pl 05.02.04, 19:20
                Moja mama z nowotworem walczyła około 10 lat.O swoje chorbie wiedziała
                sporo,zwłaszcza ze pierwszą opreacje przeszła jako osoba młoda i silna.Miała
                małe dzieci wiedziała że musi być silna i z jakim "wrogiem"ma walczyć. Z każda
                kolejną operacją(a było ich 7)chciała wiedzieć mniej.Nie znaczy to ,że się
                poddała a wręcz przeciwnie.Była kobietą bardzo optymistyczna z wielką chęcią
                do życia i cieszeniem sie nim.Do konca nikt jej nie powiedział ,że umiera
                (pewnie to czuła)i było to jak najbardziej rozsądne.Mimo ,że zdawałą sobie
                sprawę ze swojego stanu do ostatnich miesięcy miałą nadzieję.Czepiała sie z
                nadzieją kazdego artykułu o nowych metodach leczenia,jeżdziła po
                uzdrowicielach.Za nic nie odebrałąbym jej tej nadzieji.Chciałabym podkreśllić
                fakt ,że śiadomosc o swojej chorobie nie jest tożsama z powiedzieniem ile ktos
                bedzie żył.Można powiedzieć że jest żle,że to ciezka choroba,ale nie bawić sie
                w przepowiadanie śmierci.(moje mamie dali o dwa lata mniej niż żyła,nawet jej
                karte wynieśli do archiwum-a ona jeszcze na kontrole przyszłą)
                Co do umierania w szpitalu to też nie uwazam tego za najlepsze wyjscie
                (czasami jedyne ale nie zawsze najlepsze)Mama umierała w domu-w szpitalu jej
                nie chcieli-ale akurat to dobrze.Była w dobry sposób opanowana bólowo a w domu
                miała dobra opiekę i intymność.Wymagało to dużo poświecania ale sie
                opłacało.Tata musiał chodzić co dwa dni po morfine,cisza i spokój w domu
                musiały być.Ale nie wyobrażam sobie aby mama pół roku leżała w szpitalu.
                Teraz minęło juz kilka lat,tak sie złożyło że trafiłam do hospicjum(z racji
                zawodu)i jak sie zorientowałam ludzie nie lubią wiedzieć że umierają.Oni to
                czują ale nie chca tego na głos wypowiedzieć.NA ogół ludzie przewkle chorzy
                zdazyli juz sie pożegnać i pozałatwiać inne sprawy a na szalenistwa i robienie
                rzeczy których sie nie robiło w życiu juz nie mają siły i ochoty.
                Całkiem inna sytuacja jest w przypadku ludzi młodych,lub gdy choroba szybko
                atakuje i postepuje ,warto wedy poinformować z wynienianych już tu powodów.
            • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 18:46
              i jeszcze jedno, ja właśnie piszę o tym, że lekarze zbyt często
              próbują "podtrzymać życie". Mojego ojca dzięki Bogu nikt nie intubował. Odsyłam
              do moich wcześniejszych wypowiedzi, przeczytaj je tylko uważnie! i nie myśl, że
              byłam świadkiem tylko jego śmierci...Jedyną szokującą mnie w agonii ludzi
              sytuacją jest właśnie zachowanie "personelu medycznego" ,
              często "niedelikatne". Mam kontynuować?
              • Gość: Anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 05.02.04, 20:34
                Bądź tak uprzejma. Jestem otwarta na wszelkie sugestie i nie obrażam sie na
                takich, którzy mysla inaczej. Śmierć widziałam wiele razy, mam setki
                obserwacji, zetknęłam się w tysiącami rodzin, cierpień, sposobów odreagowania.
                Nigdy "na siłę" nie podtrzymuję stanów beznadziejnych, i nie pozwalam robić
                tego podlagłemu mi personelowi.
                Uważam jednak za barbarzyństwo psychiczne znęcanie się nad ciężko chorym
                człowiekiem. A do tego zrozpaczone rodziny, są, nieświadomie najczęściej,
                zdolne.
                Czekam na odpowiedź- Pozdrawiam.
                • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 21:22
                  Dobrze, porządkując myśli: na pewno nie miałam zamiaru Cię obrazić, jeśli
                  poczułaś się dotknięta- przepraszam. Po prostu uważam, że człowiek ma prawo
                  wiedzieć o tym na co choruje i jakie są rokowania. Nie lekarzowi oczywiście
                  wyznaczać datę śmierci. Medycyna zna takie przypadki, że pacjent wbrew
                  diagnozie żył, ale czy naprawdę uważasz, że pomaga w tym nieświadomość?
                  Moje "listy" nie są reakcją na niedawny zgon kogoś z bliskich, raczej reakcją
                  na otwarcie starej rany, która od wielu lat nie chce się zagoić.Powtórzę się:
                  bardzo ważne dla mnie byłoby nie ile, ale jak przeżyłam swoje ostatnie dni.
                  Sugestie... Myślę, że LUDZIE pracujący w szpitalach powinni po prostu widzieć w
                  pacjentach LUDZI. W tych co mają dzień, rok, dwadzieścia lat lub sto. Nikt do
                  wykonywania zawodów medycznych nie zmusza...a zgodzisz się ze mną (mam
                  nadzieję), że potrzeba wyjątkowych cech by zostać dobrym lekarzem, pielęgniarką
                  i t.d. Dobrym, to nie znaczy cierpiącym wraz z pacjentem, płaczącym wraz z
                  rodziną... Dobrym, to znaczy szanującym tego człowieka, który jest już i tak od
                  Ciebie zależny w swojej chorobie, szanującym jego prawo do intymności, jego
                  osobistą godność. Ordynować mu nie tylko zabiegi, lekarstwa, konsultacje...Dać
                  siłę.
                  Pozdrawiam też.
                  • Gość: Anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 06.02.04, 16:56
                    Nigdy nie obrażam się. Wymiana poglądów jest dla mnie cenna tym bardziej, że o
                    wielu sprawach nikt z rodzin nigdy mi nie sygnalizuje. I nie mnie oceniać
                    dlaczego tak się dzieje.
                    W sumie mówimy dokładnie o tym samym - o szacunku dla ciężko chorego i
                    traktowaniu go godnie. W pełni się z Toba zgadzam, że osoby zatrudnione na tego
                    typu oddzialach powinny wykazywać sie szczególną wrażliwościa. Sama osobiście
                    wyrzuciłam z pracy dobrze zapowiadającego sie lekarza tylko dlatego, ze w
                    chamski sposób traktował umierających i pozwalał sobie na niewybredne żarty. To
                    samo zrobiłam z kilkoma pielęgniarkami.
                    Jestem przeciwniczka przedłużania na siłę o godzinę, dwie, pięć zycia kosztem
                    jego jakości, ale wykonywanie niektrych zabiegów - chocby w pewnych stanach
                    zaintubowanie, jest konieczne ( merytoryczne wywody byłyby tu długie i
                    niepotrzebne).
                    Tym nie mniej ne mogę z całą uczciwościa napisać, że nigdy tego nie robiłam.
                    Przypuszczam, że , zwłaszcza w pierwszych latach pracy, niektórych chorych na
                    siłę ratowałam przedłuzając im zycie, i cierpienia, o kilka- kilkanaście
                    godzin. Robiłam to w jak najlepszej wierze i nieświadomie. Zaprzestanie
                    dalszego leczenia jest decyzją trudna, obciążająca psychicznie i trzeba do niej
                    dorosnąć.
                    • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 06.02.04, 17:25
                      Problem w tym, że lekarz jest tylko człowiekiem, albo aż człowiekiem. Uczucie
                      porażki jakie towarzyszy stracie pacjenta musi być straszne. Z tej strony
                      patrząc nie dziwię się, że niektórzy z Was chcą zrobić wszystko i więcej niż
                      trzeba. Upieram się jednak przy swoim. Wielu lekarzy i wiele pielęgniarek nie
                      spełnia nie tylko "zawodowych norm".
                      • Gość: Anestezjolog Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.chello.pl 06.02.04, 21:07
                        "Zawodowe normy" to bardzo trudna i niejednoznaczna definicja. W naszej pracy
                        nie ma ani norm ani standardów- każdy dzień przynosi cos innego i stajemy przed
                        coraz to nowym wyzwaniem. Po pewnym czasie musimy w jakimś sensie wpaść w
                        rutynę ( choć bardzo nie lubię tego słowa), jednak nie wolno nam zapomnieć, że
                        mamy do czynienia z człowiekiem, który, jak słusznie zauważyłaś , jest od nas
                        całkowicie uzalezniony.
                        My, oprócz, zwyczajnej ludzkiej litości, musimy zachować zimna krew i działać-
                        najlepiej jak potrafimy.
                        Nie myśl, że tego co dzieje sie w szpitalu nie przenosimy na dom. Nie wiem
                        jakby moje opowieści wytrzymał mój mąż gdyby nie był lekarzem ( i odwrotnie -
                        ja też słucham o jego rozterkach i wątpliwościach).
                        Mimo, ze wielu forumowiczow dośc ostro mnie zaatakowało, to po przemyśleniu
                        nadal będę oszczędzała do końca ludzi ciężko chorych dając im nadzieję.
                        W dalszym ciągu nie postawie kropki nad i , bo tak do końca nigdy nie wiem co
                        przyniosą następne godziny. I dalej będę gorąco namawiała rodziny, aby wobec
                        najblizszych znajdujących sie w stanie terminalnym zachowywały się , w miare
                        możliwości, normalnie. Pamietam kiedyś makabryczne zachowanie pewnej pani,
                        która przyszła do nas na oddział odziana w .....żałobną suknię. Jej mąż był w
                        stanie terminalnym - rzeczywiście zmarł w czasie jej odwiedzin. Jednak nikt z
                        nas do końca nie wie czy i co dotarło do tego nieszczęśnika.
                        W programie studiów Akademii Medycznej prawie nic nie mówi się o sposobie
                        zachowania i postepowania w sytuacjach tak ekstremalnych jak śmierć. Wielu
                        kolegów nie radzi sobie z tym, dochodzi do frustracji czy nieodpowiednich
                        zachowań maskujących własny lek czy niepewność. Podobnie jest z pielęgniarkami-
                        jednak to nie one rozmawiaja ( a przynajmniej u nas im nie wolno) w rodzinami,
                        nie one udzielaja informacji. Siostry równiez w każdej chwili moga prosić nas o
                        pomoc, o wsparcie.Zresztą rotacja na OIOM-ach jest kolosalna- szczególnie wśród
                        średniego personelu medycznego.
                        Mam nadzieję, że na jutrzejszym dyżurze nie dane mi będzie rozmawiać z
                        rodzinami ciężko chorych ani uspokajać pielęgniarki. Mam nadzieje, że nikt nie
                        umrze.
                        • uri_ja Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 06.02.04, 22:38
                          Pisząc "zawodowe normy" nie miałam oczywiście na myśli norm zawodowych, ale
                          normy ludzkie. I oczywiście nie oskarżam wszystkich lekarzy, że są potworami!
                          Pisząc o swoich przekonaniach, nie miałam też zamiaru nikogo do nich przekonać.
                          Po prostu chciałam się podzielić tym, co myślę. Jak już wcześniej napisałam:
                          nie ma przełożenia. Każdy jest inny. Myślę, że to jest główna trudność życia,
                          że niesie konieczność dokonywania wyborów. Mam nadzieję jeszcze z Tobą
                          prozmawiać. Pozdrawiam i życzę Ci, by Twoje życzenie się spełniło. Dobranoc.
            • Gość: x Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... IP: *.bakernet.com.pl 05.02.04, 19:10
              To co mam zrobic, zeby lekarz powiedzial mi normalnie:

              - wyniki panskich badan wskazuja, ze nowotwor przerzucil sie na watrobe,
              trzustke, mozg, nerki oraz pluca. W tej sytuacji rokowania sa bardzo zle. Nie
              na to skutecznej terapi. Niestety moze pan umrzec w ciagu tygodnia, moze
              miesiaca. W koncowym stadium moze pan stracic wzrok i byc sparalizowany.

              Ja na to - ok zabierajcie te wszystkie chemie, dajcie mi 100% zabezpieczenie
              przeciwbolowe. Musze napisac list do dziecka, porozmawiac z zona. Zadzwonic do
              brata, uspokoic ich troche. Jak mi sie calkiem pogorszy chce zostac sam.

              Wiem, ze w teorii to jest latwiejsze niz w praktyce, ale na dobra sprawe 70
              letni czlowiek chorujacy na raka nie powinien byc zaskoczony, ze moze umrzec.
              Przeciez wiedzial to od zawsze, widzial smierc innych. Mial 70 lat zeby sie z
              tym oswoic. Nawet jesli da sie mu ta falszywa nadzieje i pozyje 4 zamiast
              oczekiwanych 2 tygodni to co to za radocha. Rodzinka bedzie o 2 tygodnie
              dluzej patrzec ja dziadek kituje i beczec po katach i odwracac glowe nie mogac
              spojrzec w oczy oszukiwanemu dziadkowi. Wszyscy beda kiwac glowa i cwiczyc
              popisy aktorski "alez dziadku - co ty mowisz, na pewno wyzdrowiejeszz, tylko
              pij homopatyczne ziolka". Nie chcialbym sie rozstawac z bliskimi w takiej
              atmosferze zaklamania. Chcialbym zeby zostali z poczuciem, ze wszystko bylo
              jak nalezy i ze jestem z nich dumny i dzieki nim moge spokojnie odejsc.

              Moze powinieniem sobie zrobic jakis wpis w dowodzie osobistym, zeby mnie nikt
              nie robil w balona w badz co badz wadym momencie zycia.
    • the_dzidka Re: Czy czlowiek, ktory jest smiertelnie chory... 05.02.04, 22:07
      Moja mama jest bardzo słaba psychicznie, byle drobiazg załamuje ją i nastraja
      czarnowidząco i depresyjnie. Jest też niestety histeryczką i już kilka razy
      przerabialiśmy scenę, kiedy płakała, że ma raka, bo miała niezadowalające
      wyniki badań (nikt jej nie mówił, że to coś niepokojącego, ale ona już
      wiedziała na pewno, że ma raka - co się naturalnie nie sprawdziło, ale nam
      wyszarpało nerwy). Gdybym - odpukać - wiedziała, że jest śmiertelnie chora, na
      pewno bym jej o tym NIE powiedziała - dla jej i naszego spokoju. Z drugiej
      strony, w kilku bardzo drastycznych życiowych sytuacjach wykazała ogromny hart
      ducha i opanowanie godne podziwu. To jest bardzo trudny temat. Tak generalnie
      uważam, że nie powinno się ludziom odbierać nadziei. Ale i nie należy odbierać
      jej sobie. Mam znajomego, który prawdopodobnie nie doczeka końca roku. W
      przyszłym miesiącu spotykam się z nim i już planuję, co zrobimy razem o tej
      samej porze za rok. Niby wiem, jakie są rokowania, ale sama nie dopuszczam do
      siebie świadomości tego faktu. No cóż - póty życia, póki nadziei...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka