Gość: Chingis-Chan
IP: *.energis.pl
03.02.04, 21:57
I skończył znów mi się udany, rewelacyjnie rokujący na przyszłość związek.
Podcięte me skrzydła nie mają siły ulecieć więcej. Zmęczone i zniechęcone.
Trzy dekady mej egzystencji, cztery poważne związki z Kobietą. Co mogłem
wysłyszeć za każdym razem? "Ach, jakiś cudny, niczym anioł, opiekuńczy, czuły
i namiętny. Każda by chciała mieć takiego, nie zasługujesz na mnie!".
I... "na zawsze zapamietam naszą baśń, była cudowna, odejdź, choć pozwól mi
zamieszkać w swym sercu..."
Bardzo trudno mi zawierzyć w przypadki, a wobec podobnych deklaracji
kończących aż po czterokroć, szukam prawidłowości. Skoro tak "cudnie było",
skoro wydawało się im, że z jakimś "aniołem" bywają, to... dlaczego tak łatwo
rezygnują? Miałem po prostu pecha, czy to jakaś "sklasyfikowana" prawidłowość?
W tym miejscu chciałbym podkreślić, że nie należę do osób zarozumiałych,
próżnych i zadufanych w sobie. Nie mam nadmiernie przerysowanego "ego". Nie
nazwałbym się "aniołem" i nie jestem na tyle pyszny, by uzurpować sobie
wyłączność na powodzenie i szczęście w związku. Jednak za każdym razem
rzeczywiście czułem, że jest Jej (a i mnie), jak w mistycznym raju, za każdym
razem słyszałem podobne deklaracje...
Wydawało mi się, że rozstania przydarzają się w traumatycznych historiach...
Nie wiem, po zdradzie, po ewidentnym niedopasowaniu, po ciągłych kłótniach,
awanturach, niesnaskach, ale... żeby Kobiety wycofywały się, kiedy czują się
szczęśliwe (?). Może istnieje coś takiego, jak brak wiary w to, co naprawdę
może być dobre, przyjemne, co może być szczęściem? Wolały zapamiętać nasze
piękne tylko chwile i uniknąć potencjalnych tych gorszych w odległej
przyszłości?
Po zakończonych związkach zdarzyło mi się otrzymywać jeszcze czas jakiś
listy, telefony, podobne sygnały w stylu "ach, jaką baśń przeżyłam; ach, jak
dobrze mi było!". Cóż, jednak wszystko to... czas już przeszły... A może były
to tylko słowa, jak u Shakespeare'a? A "reszta to milczenie", o której nie
wiem?
Posiłkując się "osobami trzecimi" (przyjaciele, znajomi), poszukując
odpowiedzi, czyż przypadkiem "nie schizuję", najczęściej otrzymywałem
rzeczywiście potwierdzenie, iż... stwarzaliśmy idealne związki ("jak ja jej
zazdrościłam!", "byliście idealną parą!").
Przepraszam, przychodzą Wam do głowy jakieś "tropy", o co może chodzić? Może
Kobiety nie lubią "dobrych", a preferują jakichś pijących (i bijących) bez
opamiętania "chamów"? Lękają się szczęścia i wolą żyć cudnymi
wspomnieniami?...
A oprócz podciętych mych skromnych skrzydeł, które ku szczęściu ulatywały,
skóra ma grubieje i pancerz narasta. Zamykam się, niczym w kielichu płatków
kwiata jakiegoś i nie wiem, czy znów kiedyś będę umiał jeszcze obdarzać
szczęściem. Wszak upadki tak bolą, lecz "co nie zabije, to wzmocni".
I "zabunkruje", niestety...