malutka_mamutka
07.11.10, 13:42
Od października pracuję na jednym z uniwersytetów w Wielkiej Brytanii jako pracownik umysłowy. Kontrakt kończy mi się wraz z końcem roku i bardzo chciałabym go przedłużyć, ponieważ praca jest całkiem ciekawa, godziny pracy elastyczne i naprawdę dobrze się tu czułam. Do czasu.
Mój supervisor jest bardzo ważną figurą na uniwersytecie i od niego zależy, czy dostane dalsza prace jako research assistant. To on mnie zatrudnił i od początku zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Sympatyczny, przyjacielski, od razu zaznaczył, żebym nie traktowałam go z dystansem jak 'szanownego pana profesora', bo tego nie lubi, tylko żebym zachowywała się normalnie, swobodnie i nie bała się mówić i krytykować. Super. Zdobył moje zaufanie. Od pewnego czasu nasze spotkania coraz bardziej odbiegają od tematu mojej pracy i kierują się ku tematom zwiazkowo-seksualnym. Na początku jeszcze zakładałam, że to normalne, przyjacielskie i ludzkie zachowanie, nie wspominając o tym, że nasze dyskusje były niezmiernie ciekawe. Ja jestem osobą bardzo ciekawą swiata, otwartą, nie konformistyczną i fakt, ze Wspanialy Pan Profesor chciał ze mną rozmawiać na takie tematy bardzo schlebiał mojemu ego. Czułam się wyróżniona, że on uważa mnie za inteligentna, otwarta osobę i ufa mi na tyle, żeby rozmawiać na takie tematy. Tematy, który poruszał to np. czego ja poszukuje w partnerze, tlumaczył mi rożne teorie związane z moja praca używając seksualnych przykladów. Albo pod przykrywka dyskusji o subiektywnej percepcji powiedział, że moja butelka na wodę mu się kojarzy z kształtem kobiety, ewentualnie z kształtem fallicznym... Przy tym ciągle, w bardzo sprytny sposób, sugerował, że jest między nami pewna nić porozumienia, kreował we mnie poczucie wyjątkowosci etc. Bardzo dobra manipulacja.
Te wszystkie zachowania sprawiły, że w mojej intuicji zapaliła się czerwona lampka. Następnego dnia (ostatni piątek) miałam ustalone kolejne spotkanie z moim supervisorem. Przed spotkaniem mialam isc odebrac moj pierwszy czek z biura finansow. Rano dostałam od niego smsa, w ktorym pisał, ze ma moj czek i ze nie musze isc do odbierac z tego biura. Juz to samo w sobie bylo dosc dziwne, ale co tam. No wiec o czwartej po południu przyszłam do jego biura. Przez pierwszy pół godziny rozmawialismy o mojej pracy, chociaz Wspanialy Pan Profesor nie wygladal na zainteresowanego. Okazalo sie, ze nawet nie przeczytal artykułu, ktory napisalam. Potem znow skierowal rozmowe ku prywatnym tematom... Kolejne 2.5h spedzil na (uwaga!!) przekonywaniu mnie, że zdrada nie jest zdradą, że społęczne normy ktory wymagaja wiernosci w zwiazkach sa bezpodstawne. Że można spać czy mieć romanse z innymi osobami, o ile nie powie się o tym partnerowi, co mogłoby go zranić. Okreslił swoja filozofie życiowa jako 'maksymalizacje szczęscia' przy jednoczesnym nie ranieniu innych. Wiec jesli zdradzisz, to bedziesz szczesliwszy, a jesli partner sie nie dowie, to nie bedzie zraniony. Dyskusja byla arcyciekawa, chociaz bylo absolutnie jasne, do czego on zmierza. Ja, o ile zgadzam sie z idea 'maksymalizacji szczescia', to nadal uwazam, ze zdrada jest zła i ze w efekcie moze przyczynic sie do pogorszenia szczescia obudwu partnerow. Przedstawilam mu moj poglad, co na niewiele sie zdalo, bo tylko spowodowalo, ze on w kolko probowal mnie przekonac do swojego. Dodal do tego pare przykladow, pare historyjek, wiele osobistych szczegolow - powiedzial na przyklad, ze on wlasnie ma taki zwiazek z zona, sugerujac, ze wiele razy ja zdradzil (co w jego mniemaniu zdrada nie jest). W rozmowe wtracil pare takich sugestii, zdan, z ktorych jasno wynikalo, ze chce sie ze mna przespac i oczekuje, ze nikt sie o tym nie dowie, chociaz nic nie zostalo powiedziane bezposrednio. Oczywiscie cała rozmowa miala charakter scisle prywatnej i musiałąm obiecac, ze nikomu o niej nie powiem. Zdecydowalam sie na to forum, bo jestem tu anonimowa, pisze po polsku, wiec szanse wykrycia sa prawie zadne. Potwornie potrzebuje dobrej rady!
Dodam jeszcze kilka faktów, które uzupelniaja obraz sytuacji:
* Facet ma 52 lata, a ja 23. Jest nawet przystojny, bardzo towarzyski, wszyscy go lubią i, powtórze to jeszcze raz, jest bardzo znany w srodowisku akademickim. Napisal dwie ksiazki, jest autorem wielu publikacji, ma bardzo wysokie stanowisko na tym uniwerku.
* Wiedza o jego prywatnym życiu i poglądach, którą mi przekazał, jest bardzo niebezpieczna dla jego reputacji. Źle sie czuje, ze w ogola ta wiedze posiadam, nie powinnam sie byla zgadzac na prywatne rozmowy.
* Mam tu chłopaka, który robi doktorat na tym samym uniwersytecie. Zwiazek trwa od 3 miesiecy, ale jest bardzo powazny. Poznalismy juz swoich rodzicow, mieszkamy razem, planujemy wspolna przyszlosc. Powrót do Polski nie wchodzi w grę. Powiedzialam mu o calej sytuacji, bo jestesmy bardzo blisko, obiecal dyskrecje.
* Pan Profesor wie, ze mam chłopaka!
* Po tym spotkaniu Pan Profesor zapomniał dac mi czek, a ja oszolomiona sytuacja zapomnialam o niego zapytac... Umowilismy sie, ze wpadne po ten czek w poniedzialek.
* Bardzo chce dostac ta prace od nowego roku. Nie chce być kelnerka czy innym Polish labour, chce mieć normalna, ciekawa prace. Zalezy mi.
Jestem w kropce. Nie chcę go urazic, ale chce sie wykaraskac z tej sytuacji. Nie chce zostac wylana, chce pracowac na uniwersytecie.
Co robic?