mejson.e5
23.04.04, 00:00
Otwieram szafę, gdzie do niedawna królowały jeszcze kasety, a dziś ponad
dwieście kompaktów się kurzy, gapię się na tytuły, "przecież ja nie mam czego
słuchać!", zamykam szafę i włączam telewampira. Pobełtam pilotem i po paru
godzinach wyłączam nie obejrzawszy niczego do końca.
Czasami podratuje niezła książka albo podrzucenie przez kumpla jakiejś
niezwykłej płyty.
O tym już można pogadać.
Tylko z kim?
Na szczęście nie jest tak zawsze. A nawet niezbyt często. Na co dzień są
perełki: czytanie bajek najmłodszej, głośne i długie, lekcje ze starszym,
coraz trudniejsze, chwile ze "starą" ale ciągle "jedyną", czasami kieliszek wina.
Można znaleźć coś w archiwalnych nagraniach Manna czy Kaczkowskiego.
Ale są i te głupie wieczory, gdzie do śmieci idą całe godziny.
Wtedy można poczuć obrzydzenie i zacząć się bać, że rzeczywiście umiejętność
rozmawiania posiadają tylko bohaterowie latynoskich seriali, gdzie co chwila
ktoś z kimś „musiał porozmawiać”.
Ale nic to Baśka, jak mawiał Wołodyjowski, kumpel pożyczył "Trzech towarzyszy"
Remarque'a a inny przegrał z DVD koncert Waters'a, którego udało się obejrzeć
na Stadionie Gwardii w Warszawie...
Niech w Was sztuka rozmawiania nie zaniknie i obyście mieli o czym mówić!
Pozdrawiam,
Mejson