dziewczyna_rzeznika
20.02.11, 20:55
Prawdopodobnie większość z Was zaraz mnie słownie zlinczuje i odeśle na forum wiara, religia czy coś w tym rodzaju, ale zaryzykuję, co mi tam.
Odkąd pamiętam wiara, a nieodłącznie wraz z nią Kościół stanowiły dla mnie dużą wartość (ba, w pewnym momencie życia byłam tak ściśle związana z Kościołem, że nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek mogłoby być inaczej) i wszystko było dobrze, dopóki bezkrytycznie 'łykałam' wszystko, co mi mówiono na rekolekcjach, spotkaniach modlitewnych itp.
Problemy zaczęły się chyba w połowie liceum, kiedy to chyba najsilniej kształtuje się w nas światopogląd, zaczęłam mianowicie zadawać sobie pytania, co z ludźmi (moimi rówieśnikami/dalszą i bliższą rodziną), którzy nie chodzą do kościoła, niektórzy spośród nich nawet nie wierzą w istnienie Boga, a obserwując ich życie z boku nie wydaje się ono daleko odbiegać od mojego, niby-świadomego. Przez całą moją działalność religijno-kościelną wpajano mi, że za tych ludzi trzeba się modlić i im współczuć bo żyją bez wyższych celów, są nieszczęśliwi ponieważ zmarnowali łaskę wiary i wolnej woli, która w ich przypadku okazała się nie błogosławieństwem, lecz przekleństwem.
W ten sposób narodziło się we mnie kilka wątpliwości, które z czasem zaczęły się pogłębiać, zwłaszcza, że tak naprawdę nikt nie umiał ich rozwiać w przystępny i przekonujący sposób. Właściwie dominującym kontrargumentem było sławetne "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli" i że "drogi Boga nie są naszymi drogami". Biorąc pod uwagę to, że pytania, które zadawałam nie miały na celu obalenia żadnych katolickich dogmatów czy prawd, (wynikały z normalnej, ludzkiej ciekawości) nadal byłam wierna zasadom wiary, Kościołowi itp. , tyle, że z pewnym dystansem.
Przełom nastąpił, gdy poznałam swojego faceta (ateistę zresztą). Pamiętam, że szukałam wtedy porad, wsparcia u zakonników, z którymi była związana moja działalność w kościele. Żaden z nich, ani żadna z moich mądrych koleżanek z oazy nie zadało sobie trudu, żeby pomóc mi znaleźć jakieś optymalne rozwiązanie, każdy tylko mówił "Rzuć go, po co Ci to" itp. No ale ja z natury przekorna jestem i jak na złość, zakochaliśmy się w sobie, jesteśmy ze sobą już prawie 2 lata, a NAWET ze sobą zamieszkaliśmy. To był chyba dla mnie największy kryzys jeśli chodzi o Kościół, zresztą trwa on do dzisiaj. Nadal jestem osobą wierzącą (modlę się codziennie) ale w kościele pojawiam się tylko i wyłącznie od święta można powiedzieć. Nadal czuję uraz do ludzi, którzy byli dla mnie tak ważnym autorytetem, a zawiedli mnie w momencie, kiedy ich najbardziej potrzebowałam.
Do tej pory przyłapuję się na naiwnych zachowaniach typu: pogadam z jakimś księdzem o swojej sytuacji, tak nie można żyć itp. po czym szybko zostaję 'otrzeźwiona' przez reakcję, z jaką się spotykam. Szczerze mówiąc chciałabym opowiedzieć się w końcu po jednej ze stron, być człowiekiem wolnym, bez urazów, bez narażania się na "krzywe" spojrzenia ludzi Kościoła.
Czy ktoś mniej więcej rozumie, co mam na myśli? Może któreś z Was też ma za sobą bolesne rozstanie z Kościołem, a może komuś udało się po takim kryzysie wrócić na łono KK?