zapnij
29.05.04, 16:16
Czy za to mnie ktos zlinczuje? Pracuje z dziecmi, przewinelo sie ich przez
moje zycie tabuny. Zdarzaja sie dzieci, ktore samym wygladem, o zachowaniu i
sposobie mowienia nie wspominajac, budza sympatie. Sa tez takie neutralne,
ktore ani ziebia, ani grzeja. Bywaja i takie bachory szczerze mowiac, ktore
czlowiek ma czasem ochote zatluc na kwasne jablko. Raz uzylam sily fizycznej
wobec nieswojego dziecka, niemniej byl to blad, ktorego wiecej mam nadzieje
nie popelnic. Niemniej generalnie niektorych dzieci po prostu nie cierpie za
wszystko - wyglad, zachowanie, kompletny brak wychowania i inteligencji.
Rozumiem doskonale ludzi, ktorych dzieci draznia, mecza, denerwuja. Mam to
samo. Co nie zmienia faktu, ze staram sie, a przychodzi mi to raczej bez
problemu, byc wobec dzieci sprawiedliwa i obiektywna. Swoje emocje dusze w
sobie. Podobnie jak urzednik nie moze okazywac emocji wobec interesanta, tak
samo nauczyciel nie moze emocjami kierowac sie w traktowaniu podopiecznych. A
emocje sa, to normalna sprawa, nauczyciel tez czlowiek. Kto z was tak z reka
na sercu powie - kocham dzieci, one mnie nie denerwuja, nie rozumiem ludzi,
ktorzy nie lubia dzieci. Nie wierze, ze z czystym sumieniem ktokolwiek moze
tak powiedziec. Choc nie przecze, ze jak sie dorosly czlowiek postara, to z
dzieckiem mozna proeprowadzic niesamowite dialogi, wrecz uczyci sie od
dzieci. jak tylko czas pozwala, staram sie to robic, bo pod tym wzgledem to
podiwiam i kocham dzieci. Im tez dziecko trudniejsze tym wiecej serca i
cierpliwosci trzeba mu okazac. Wbrew sobie. Gdyby tylko czas na to
pozwalal.... Niestety majac 20 dzieci w grupie, nie mozna wszystkich zostawic
samych sobie, a pracowac tylko z jednym, mimo, ze dla tego jednego to
przynosi niesamowite efekty. Generalnie praca z dziecmi, zeby miec czyste
sumienie, jest bardzo trudna. Olewac mozna wszystko, a prace z dziecmi to juz
wybitnie, tylko ze nie wiem jak potem te przedszkolanki, swietliczanki,
nauczycielki nauczania poczatkowego radza sobie z wlasnym sumieniem. Ja sobie
nie radze, dlatego prace swoja wykonuje na maksa sumiennie. A i tak nieraz
mam wyrzuty sumienia i analizuje swoje zachowania na tysiac sposobow. I nigdy
tez nie polubie dzieci jakos tak globalnie, bezwarunkowo. Uwazam, ze mozna
byc dobrym pedagogiem wcale nie bedac jakas milosniczka naluchow. Nie chce
tez powiedziec, ze generalnie wyslalabym dzieci na Marsa, po prostu uwazam,
ze nie jest mozliwym kochac te male ludziki jakos tak pasjami, globalnie,
bezwarunkowo, po calosci. Sa tu jakies nauczycielki z przedzialu 6 - 12 lat?
Jak wygladaja wasze emocje wobec dzieci? Czy macie jakies wypracowane modele,
schematy nauczania czy ciegle ewoluujecie? Ja ciagle cos zmieniam, poczawszy
od programu na metodyce skonczywszy. Ucze sie razem z tymi dziecmi, niejako,
tylko ja ciagle ucze sie... jak je jeszcze troche wiecej nauczyc. Lubie swoja
prace, choc nieraz wolalabym miec po prostu kiosk z zapiekankami i jedyny
dylemat: z keczupem czy bez.