Dodaj do ulubionych

Będąc młodą lekarką...

05.01.15, 16:14
Ostatnio w krótkim odstępie czasu nasłuchałam się historii o młodych lekarzach/studentach medycyny. Generalnie wyłania się z nich obraz ludzi, którym najbardziej zależy na kasie i prestiżu, traktujących pacjentów i pozostały personel medyczny jako zło konieczne. Przykład: podsłuchana w kawiarni rozmowa takiej medycznej młodzieży siedzącej najwyraźniej nad powtórką materiału - non stop przytyki do pielęgniarek, sugerujące, że to jakiś gorszy gatunek człowieka. Rekordy pobiła relacja ze spotkania z taką młodą lekarką, która narzekała bardzo na to, że musi przyjmować w przychodni na przedmieściach Warszawy (bynajmniej nie Konstancin-Jeziorna) i że w związku z tym pacjenci są "nie na poziomie". Długo zbierałam szczękę. Zetknęłyście się z tym? Zawsze tak było, ale się szlifowało w pierwszych latach pracy czy może mamy wyjątkowo obfitujące w chamów pokolenie i w związku z tym szykuje nam się fala lekarzy-idiotów?
Obserwuj wątek
    • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 16:27
      było, jest i niestety będzie. Ja to w Niemczech odczuwam jeszcze silniej. Kasa, misiu, kasa. Niewiarygodna arogancja i syndrom boga.
      • samuela_vimes Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 01:13

        > było, jest i niestety będzie. Ja to w Niemczech odczuwam jeszcze silniej. Kasa,
        > misiu, kasa. Niewiarygodna arogancja i syndrom boga.

        to ciekawe, bo ja za granicą mniej to widzę. Ale może jednak szwedzi i niemcy nie są podobni.
        • rotkaeppchen1 Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 01:38
          Ja tez, mam szczescie, bo trafiam na takich w porzadku. Jeden mi nawet powiedzial, ze pacjent, ktory wie, co i jak, to skarb. A na innych trzeba miec sposob i sie grzecznie usmiechac. :-)
      • znana.jako.ggigus miałam jedną nieprzyjemną niemiecką 06.01.15, 12:39
        lekarkę. A że parę tyg. po mojej wizycie, zakończyła działalność, myślę, że była b. wypalona niż niemiła.
        niemieccy lekarze są cierpliwi, wyjaśnią, a nawet przepiszą o dwa badania za dużo niż za mało.
        • alpepe Re: miałam jedną nieprzyjemną niemiecką 06.01.15, 13:10
          Poszłam do chirurga szczękowego z jednym problemem, jestem pacjentką prywatną, a ten bez żenady już na tej konsultacji chciał mi usunąć ósemkę, bo mi pewnie niewygodnie mi się ją czyści. Czysta robota, a kasa płynie. Inni lekarze też niezbyt. Pediatra córki wyznaje zasadę, żyjesz, to jesteś zdrowa, pyta, jakie leki przepisać, ale na 40 stopni gorączki miał tylko zwolnienie.
          • znana.jako.ggigus wiedziałam, że jesteś prywatna! 06.01.15, 13:15
            co do ósemek - to mania usuwania ich panuje od lat w niemieckim systemie zdrowia. I od lat o tym wiadomo. Ja mam jedną, niewyrżniętą dobrze ósemkę i też chcieli koniecznie usunąć. Ale odpowiadam, że tyle lat żyję z ósmeką, to jeszcze pocigągnę. Nikt cię na siłę nie znieczula.
            Bo jedna wizyta i jeden zabieg z reguły tworzy kolejne, tak jest w niemieckim systemie. Aktywni hipochondrycy jak ja uważają to za genialne rozwiązanie. Kiedy brak mi hobby, idę na badania i dopóki mam czas i siłę na kolejne, to sobie robię badania.
            • rotkaeppchen1 Re: wiedziałam, że jesteś prywatna! 06.01.15, 14:29
              No ja mam piekne osemeczki a za nimi tyle miejsca, ze jeszcze spore dziewiatki by sie zmiescily. Jestem zacofana ewolucyjnie ale za to nikt mi sie do zebow nie dobiera :-)
              • znana.jako.ggigus to masz szczęście, że masz miejsce 06.01.15, 14:31
                :)))
          • lew_ Re: miałam jedną nieprzyjemną niemiecką 06.01.15, 13:26
            Ale fanzolisz,jedz spowrotem do polski,tam ci dadza bobu
            • znana.jako.ggigus polska lkeraka pyta moją mamę zawsze 06.01.15, 13:37
              jakie dać pani lekartwo? Tańsze czy lepsze? I moja mama miała wizytę u ortopedy za pół roku.
              Gorączki nie chciał zbijać mój lekarz w dzieciństwie, śp. dr M., laryngolog, który mnie uratował od głuchoty.
              • alpepe Re: polska lkeraka pyta moją mamę zawsze 06.01.15, 14:07
                Słonko, gorączki do 39 to i ja sama nie zbijam, ale jako jest ponad 40, to każdy normalny lekarz natychmiast podałby coś na jej obniżenie. Poza tym to może być zapalenie płuc, bo lekarz wiedział, że dziecko było wcześniej przeziębione, a u małych dzieci zdarzają się tzw. bezobjawowe zapalenia płuc, które wychodzą na rtg i nie manifestują się, jak zwykło się sądzić, kaszlem.
                • znana.jako.ggigus no to musisz w pierwszym poście podać 06.01.15, 14:17
                  więcej szczegółów. To upraszcza sprawę.
                  Dzięki za słonko, nie ma to jak czysta ludzka sympatia.
                  • alpepe Re: no to musisz w pierwszym poście podać 06.01.15, 14:21
                    No przecież, że cię lubię, nawet jak sobie dyskutujemy. Berciunię zresztą też.
                    • znana.jako.ggigus ta słynna damska agresja, 06.01.15, 14:30
                      nie pozwalająca nazwać wprost. Tylko kochanie, słonko, a potem łup.
                      Na szczęście nie dziś i nie tutaj.
                      "Kobieta do zjedzenia"
                      Tak mi się to jakoś kojarzy, ale dziś jestem w nastroju filozoficznym.
                      • alpepe Re: ta słynna damska agresja, 06.01.15, 14:33
                        ło jeny jeny, babo, czy ty nie rozróżniasz żartobliwego podszczypywania od agresji?
                        • znana.jako.ggigus słonko u Ciebie pojawia się w spec. momencie 06.01.15, 14:38
                          no i mniejsza. W końcu Twoje techniki prowadzenia rozmowy/dyskusji to nie moje piwko:)
                          • alpepe Re: słonko u Ciebie pojawia się w spec. momencie 06.01.15, 14:39
                            No pojawia się, jak się rozczulam nad interlokutorem.
                            • znana.jako.ggigus no i właśnie dlatego rozczulanie się 06.01.15, 14:41
                              interpretuję jako formę ukrytej agresji. To typowe dla kobiet.
                              Ja też czasem piszę słonko, skarbie i zgrzytam siódemkami.
                              • alpepe Re: no i właśnie dlatego rozczulanie się 06.01.15, 14:58
                                No, to nie ekstrapoluj na mnie, ja nie zgrzytam, lubię to forum, to tak, jakbym ja cię w ławce żartobliwie szturchnęła w bok, a ty zamiast odszturchnąć popłakała się i poszła na skargę do pani.
                                • znana.jako.ggigus nie przeczę, że lubisz 06.01.15, 15:06
                                  ale jak już wspomniałam - Twoje czułości pojawią się w pewnym momencie.
                                  Szturchnąć można lekko, ale można i tak, że ktoś spadnie i rozbije sobie siekacze o kant ławki.
                                  Wszystko to dawka siły.
                • lew_ Re: polska lkeraka pyta moją mamę zawsze 06.01.15, 14:58
                  Slonko wal do polski nazad,tam beda tweoje dzieci lepiej leczyli.po co tu siedzisz milionerko??
    • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 17:49
      A kto na te studia idzie? I nie tylko na te, wszystkie tzw elitarne z górnej półki, na które przeciętny śmiertelnik nie ma szans się dostać. Przede wszystkim bananowo, które od urodzenia wzrasta w przekonaniu o swojej wyjątkowości. I pierwsze słowa jakie nauczy się wypowiadać to pan/pani wie kim ja jestem i kim są moi rodzice? Największym absurdem tego wszystkiego jest to, że oni potrafią być dumni z tego, że na korepetycje chodzą a starzy są w stanie wszystko im załatwić. Normalny człowiek by się starał ukryć takie coś, wmawiał wszystkim, że jego oceny i wjazdy do kolejnych elitarnych szkół coraz wyższego stopnia są efektem jego talentu i ciężkiej pracy. A oni nie. To są osoby, które wprost potrafią o kimś powiedzieć, że jest nic nie wartą hołotą z nizin społecznych, skoro starzy nie byli w stanie nawet egzaminu na prawo jazdy mu załatwić. Z jakiej on to rodziny musi pochodzić beznadziejnej.

      A, że koncerny farmaceutyczne i producenci sprzętu medycznego mieli w tym interes, żeby ze zwykłego sprzedawcy bezpośredniego swoich produktów i usług, stworzyć zawód zaufania społecznego, to jest jak jest. Łatwiej upchnąć różne usługi i produkty komuś kto ma status boga wszechwiedzącego, niż komuś kto takiego statusu nie ma. A żeby to zrobić, trzeba było rzucić sporą kasę do branży, zrobić duże bariery wejścia, zadbać o ochronę prawną, rozwinąć system zamiatania pod dywan wszystkiego co się komuś spieprzyć zdarzyło i zrobić zgrabną akcję promocyjną. No to kto żyw ładuje się do zawodu, bo to jeden z najstabilniejszych, najpewniejszych i najlepiej opłacanych zawodów i wbrew obiegowej opinii najmniej odpowiedzialny. Bo tam gdzie jest naprawdę ciężka praca i rzeczywista odpowiedzialność, tam nikt ani sam się nie pcha ani swoich dzieci nie ładuje. Każdy chce mieć łatwe, lekkie i przyjemne życie, chce tego też dla swoich dzieci.
      • varna771 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 22:15
        > A kto na te studia idzie? I nie tylko na te, wszystkie tzw elitarne z górnej pó
        > łki, na które przeciętny śmiertelnik nie ma szans się dostać.
        Mój mąż zaliczany do przeciętnego śmiertelnika Twoim zdaniem, dostał się na medycynę nie pochodząc z rodziny lekarskiej, szczęsliwie ukończył i jest teraz poważanym specjalistą. Mój kuzyn (siostrzeniec mojej mamy) również dostał się na stomatologię, pochodzac średniozamoznej rodziny,ale nie lekarskiej. Na roku zarówno u męża jak i kuzyna były osoby z rodzin lekarskich, zamożnych, które studiowały jako wolni słuchacze, płacąc za studia bo się nie dostali, wiec nie jest to tak, że dostają się same elity, trzeba było mieć sporo wiedzy w głowie i odpowiednią ilość punktów, a wówczas jesli ktoś był synem drwala i sprzątaczki, a spełnił odpowiednią ilość punktów to się dostał (mówie o starych kryteriach - stara matura)
        • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 22:41
          Mam kuzynkę, właściwie to jestem jej ciotką. Jak była w ostatnich klasach podstawówki, brała korki na pewno z fizyki i chemii, nie pamiętam, czy nie i z biologii. Wszystko to kosztować musiało niemało. Korki brała, by się przygotować już w podstawówce do medycyny. Nie utrzymuję z nią kontaktu, nie wiem, czy już skończyła specjalizację i czy jest dobrą lekarką, ale od dziecka miała żelazną wolę (spasła ją prababka i jako dziecko postanowiła się odchudzać i w końcu dopięła swego) i tak samo było z medycyną. Jednak kasę na korki przez dwa ostatnie lata podstawówki, a kto wie, czy nie i w szóstej klasie, bo wtedy się zaczynała fizyka, miała od zamożnych rodziców (oboje z wyższym, na stanowiskach). O tych korkach w podstawówce dowiedzieliśmy się zresztą przypadkowo w czasie niespodziewanej wizyty i pamiętam moje zdziwienie, bo ja wtedy byłam w liceum i miałam pstro w głowie jeśli chodzi o wybór zawodu.
          • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 23:18
            Wiesz jak w latach 90 wyglądał egzamin na medycynę? Jak na prawo jazdy. Z puli ogólnodostępnych pytań, nie jakiejś zastraszającej ilości, bo zebranej niewielkich formatów 4 książeczki, każda z innego przedmiotu,do kupienia w każdej księgarni. Na egzaminie ileś tych pytań było, bodajże 30 z każdego przedmiotu. Wszystkie testowe, jednokrotnego wyboru. Wszystkie wcześniej znane, opublikowane wraz z prawidłowymi odpowiedziami. Zdaje się nawet numery prawidłowych odpowiedzi się nie zmieniały, jak była A, to już na wieki. No i jakby wszystko było pięknie ładnie, to na jaką cholerę komuś lekcje z tego. Zakładając, że nie jest upośledzony umysłowo. Jakim cudem skoro niemal wyłącznie ambitne i pracowite osoby starały się na te studia, tyle osób tego nie zdawało. Mało, że nie zdawało, to niezdawało koncertowo, uzyskując po 30 albo i mniej pkt na 120 możliwych. Jakim cudem niemal nikt nie zdawał tego na maksymalną ilość i jakim cudem, żeby dostać się na studia wystarczało coś w okolicy 80pkt. Dodam, że kartę egzaminacyjną wypełniało się ołówkiem B2, bo wg oficjalnej wersji sprawdzał to automat i musiał mieć porządnie zaczernione pole, żeby to odczytać. Jak byłam na studiach to tam niektóre egzaminy też takie urządzenia sprawdzały, ale nikomu do głowy nie przyszło, żeby ołówkiem to kazać komuś zakreślać. Zakreślało się czarnym albo granatowym długopisem i to wystarczało.
            • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 23:28
              Ten motyw z ołówkiem pamiętam. Koleżanka, też dziana, też po korkach, nie dostała się za pierwszym razem, coś mi świta, że za trzecim, ale nie wiem.
              • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 23:51
                To nie wystarczyło się dostać, trzeba było skończyć. Nie wiem czy na wszystkich uczelniach takie jaja były, ale były takie, gdzie egzaminy wyglądały tak, że na parę czy paręnaście sekund wykładowca wyświetlał pytanie i opcje odpowiedzi a studenty miały prawidłową zaznaczyć na arkuszu odpowiedzi. Nie wiem czy też ołówkiem, ale można podejrzewać, że tak. Myk polegał m.in. na tym, że nie było bata, żeby w tak krótkim czasie przeczytać pytanie ze zrozumieniem a co dopiero przeczytać, zastanowić się i zamalować odpowiednie okienko. W związku z tym też chadzało się na lekcje, tym razem do asystentów, żeby przygotować się do egzaminu.

                Powszechnie było wiadomo, że najtrudniejsze są 2 albo 3lata. Każdy kolejny łatwiejszy od poprzedniego, więc pierwszy to był pogrom i odsiew niepożądanego elementu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zakres materiału z tych pierwszych 3lat pokrywał się z zakresem materiału takich studiów jak biologia, farmacja, analityka medyczna, częściowo chemia itp. Co więcej, pokrywał się jedynie z nazwy, bo studenci kierunkowych studiów mieli to w dużo bardziej rozszerzonej wersji, czyli tutaj skrypcik tam opasłe tomisko. Części przedmiotów nie mieli w ogóle. A medycyna uchodziła za szalenie trudne studia, natomiast tamte to dla odpadów i osób mniej ambitnych, słabo uczących się, na które łatwo było się dostać i równie łatwo skończyć. A ostatnie 2-3lata to przedmioty zawodowe, gdzie zarówno asystentami ćwiczeniowcami i profesorami wykładowcami byli czynni lekarze, pracownicy klinik, dla których ci studenci byli dopustem bożym i kulą u nogi. Każdy tylko patrzył, byle jak najszybciej wszystkim pozaliczać i wracać do swoich prywatnych gabinetów i prywatnych publicznych pacjentów. W związku z tym nie słyszałam, żeby ktoś sobie krzywdował późniejsze lata studiów, albo żeby masowo z nich ludzie wylatywali, czy byli uwalani na egzaminach.
                • tymon99 Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 00:32
                  świat według berty to jednak musi być okropne miejsce. rozważałaś kiedyś samobójstwo?
                  • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 00:55
                    Czemu okropne? Wystarczy nauczyć się w nim żyć. Skoro są tacy, co sobie w nim radzą, znaczy da się. Myślę, że zdecydowanie gorzej jest żyć w świecie bajek i iluzji. Jak np Tymon żyje.
                • znana.jako.ggigus nieprawda, bertha 06.01.15, 12:41
                  znam ludzi, co się w latach 90 podostawali i nie na medycynę/farmację i nie opowiadali takich rewelacji.
                  • berta-death Re: nieprawda, bertha 06.01.15, 12:58
                    Ja też znam i niestety opowiadali. I nie tylko oni, bo ich rodzice też.
                    • znana.jako.ggigus no to mamy rozbieżności 06.01.15, 13:01
                      moi znajomi z liceum z miasta średniej wielkości podostawali się na wrocł . i poznańską AMed.
                      To była dobra klasa bio-chem.
                      Wtedy jeszcze było chyba tak, że przyjmowali 50% dziewczyn i chłopaków, potem ten przepis znieśli.
                    • agulha Re: nieprawda, bertha 06.01.15, 21:46
                      A ja znam sytuację, kiedy dziewczyna nie dostała się na medycynę. W następnym roku zdawała na stomatologię i dostała się na studia w Warszawie tylko dlatego, że była z Warszawy (najsłabszych przenoszono na mniej oblegane uczelnie, z wyjątkiem osób zamieszkałych w danym mieście). Czyli zdała, ale była zdecydowanie na samym dole listy.
                      Jej matka natomiast łaziła i opowiadała, jak to cudownie jej dziecko zdało, ach wspaniale zdało, znakomity wynik.
                      Rodzice Twoich znajomych też musieli sobie i im samopoczucie poprawiać.
                • agulha Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 21:44
                  U mnie, koniec lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych, takich rzeczy nie było. Czy możesz mi wskazać, na którym z wymienianych przez Ciebie kierunków materiał z anatomii był kilkakrotnie obszerniejszy, niż na wydziale lekarskim? Co z histologią i histopatologią? Oczywiście, z chemii mieliśmy zajęcia niewątpliwie bardzo okrojone w porównaniu ze studentami chemii, a biologię tylko na pierwszym roku, nie jak studenci biologii.
                  Kiedy zdawałam na medycynę, było 11 kobiet na jedno miejsce dla kobiet i 7 mężczyzn na jedno miejsce dla mężczyzn (potem prawnie zakazano takiego podziału), a na farmację 0,97 kandydata na miejsce, czy jakoś tak. Nie dam się zatem przekonać, że na wydział lekarski było się łatwiej dostać. Moja koleżanka dostała się za trzecim razem.
                  Słyszało się natomiast, że studia z farmacji rzeczywiście są trudne i nie jest je łatwo skończyć.
                  Ile od nas osób wyleciało, trudno mi powiedzieć. Na warszawskiej AM wylatywało się głównie z powodu anatomii, bo trwała 2 semestry (a nie 3), a pierwszego roku nie można było powtarzać. W naszej grupie studenckiej była koleżanka, która nie zaliczyła I roku i zdała egzamin wstępny ponownie (i musiała zacząć od początku).
                  Asystentów w czasie "klinik" (te ostatnie lata) wspominam ciepło, mieli do nas dużo cierpliwości i nie uciekali od nas do żadnych prywatnych pacjentów. Z zaliczaniem różnie bywało, moje doświadczenia są nietypowe, bo skończyłam z wyróżnieniem. Nikt z mojej rodziny nie jest lekarzem (i nie brałam żadnych korepetycji nigdy).
      • allerune Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 10:32
        > A kto na te studia idzie? I nie tylko na te, wszystkie tzw elitarne z górnej pó
        > łki, na które przeciętny śmiertelnik nie ma szans się dostać.

        Ale pitolisz :) chodziłem do "elitarnego" liceum (pierwsza 3 w PL) i masz rację, przeciętny uczeń nie chodził w dżinsach po starszym bracie czy kurtkach z lumpeksu, ale bez przesady, załatwianie egzaminu na prawo jazdy, załatwianie wstępu na studia? Nie było czegoś takiego, to że większość osób dostała się bez problemu na kierunki z górnej półki (połowa biol-chemu na medycynę, 1/4 ogólnej na prawo itd.) było głównie wynikiem tego że byli zdolni.
        • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 10:53
          A może to ty pitolisz? Ja po latach dowiedziałam się o korepetycjach uczniów z mojej klasy.
          • allerune Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 11:00
            pitolenie koleżanki powyżej polegało na tym, że twierdziła iż ludzie uważają się za lepszych bo im rodzice takowe korepetycje załatwili i epatują tym...

            ... w samych korepetycjach nie ma nic złego, czy ktoś kto miał w liceum korepetycje z biologii bo chciał mieć większą szansę na dostanie się na medycynę, będzie gorszym lekarzem?

            ktoś ocenił, że wśród wybitnych sportowców, muzyków i innych osobistości, tylko 10% to talent, reszta to ciężka praca, myślisz że byliby tam gdzie są bez trenerów i innej maści "korepetytorów"?
            • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 12:36
              A co ty myślisz, że ci co nie mieli wpływowych starych to nie byli zdolni, pracowici i ambitni? Albo, że wszyscy ci, którzy mieli, to z automatu zdolność i pracowitość w pakiecie otrzymywali i nie było wśród nich kretynów ciągniętych za uszy przez wszystkie szczeble edukacji? Przecież te korepetycje nie służą temu, żeby się czegoś nauczyć, nie mówimy o polskim ani matematyce, gdzie faktycznie można mieć problemy z załapaniem o co chodzi z tymi zadaniami czy poprawną pisownią, tylko o zwykłej biologii czy chemii, którą średnio rozgarnięty licealista opanuje bez większego problemu. Nikt nie wymaga od ucznia, żeby skonstruował żabę, ani rozgryzł samodzielnie jak ona funkcjonuje, bo to już ktoś kiedyś za niego zrobił, on się ma tylko nauczyć jak się poszczególna część żaby nazywa, do czego służy i z czym jest połączona.

              To o czym ja mówię, to faktycznie skrajność i przejaw nieprzeciętnego tupetu i zadufania w sobie. Taki barejowski typ, klękajcie narody, bo mój mąż/ojciec jest z zawodu dyrektorem. Jednak większość osób nie chwaliła się tym na prawo i lewo. To była tajemnica poliszynela, że na jakieś lekcje się chodziło. I jak jeszcze w liceum, na przerwach uczniowie rozmawiali między sobą kto na jakie lekcje chodzi i za ile, to już będąc studentami, wszyscy o tym zapominali. No tam do studenta co najwyżej, żeby powtórzyć materiał a tak w ogóle to straszne szczęście mieli, że im pytania podeszły. W latach 80 to jeszcze panowało przekonanie, że młodych się nie informuje, że rodzice coś załatwiają, żeby się za wcześnie nie zdemoralizowali. Mieli się uczyć i wierzyć, że własnymi siłami coś osiągną.

              Natomiast tutaj masz rację, że to nie ma najmniejszego przełożenia ani na to jakim kto będzie studentem, ani jak poradzi sobie w pracy. Zwłaszcza w pracy, bo zawodu człowiek uczy się po studiach, nie na studiach. I wymaga to zupełnie innych kompetencji. Może ktoś być wybitnym licealistą a potem beznadziejnym studentem, albo odwrotnie. Może ktoś być wybitnym studentem a praktycznej części zawodu nie ogarnie i będzie miernym pracownikiem. Może też być miernym studentem a wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie jak już zamiast wkuwania szkolnych przedmiotów zacznie zajmować się praktyką. To w każdym zawodzie tak wygląda. Ale oprócz twardych umiejętności liczą się też osobowościowe i psychiczne predyspozycje. Coś czego nie można się nauczyć w żadnej szkole, najczęściej z domu się to wynosi. I tutaj można się zastanawiać jaki to pracownik będzie z takiego zadufanego w sobie bubka, który jest przekonany o swojej nadzwyczajności, bezkarności i o tym, że mu wszystko wolno, że wszystko można załatwić po znajomości, że on jest nadczłowiek a cała reszta podludzi jest niegodna nawet tego, żeby mu buty szorować.
              • fuzja_jadrowa Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 13:13
                > Przecież te korepetycje nie służą temu,
                > żeby się czegoś nauczyć, nie mówimy o polskim ani matematyce, gdzie faktycznie
                > można mieć problemy z załapaniem o co chodzi z tymi zadaniami czy poprawną pis
                > ownią, tylko o zwykłej biologii czy chemii, którą średnio rozgarnięty licealist
                > a opanuje bez większego problemu.

                No nie za bardzo. A zadania z chemii? Do tego elementy fizyki również. I wiedza z biologii, częściowo spoza ogólnie dostępnych podręczników. Bez nakierowania z zewnątrz, trudno było wyczuć, co warto doczytać, a co pominąć.

                Poza tym, na korepetycjach, to uczniowie często uczyli się testy rozwiązywać, bo wiedza sobie, a pytania/zadania sobie. Część była skonstruowana w sposób celowo zawiły lub podchwytliwy. Każdy zdawał sobie z tego sprawę, w moim otoczeniu, uczęszczania na prywatne lekcje nikt raczej nie ukrywał.
              • allerune Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 17:12
                > żeby się czegoś nauczyć, nie mówimy o polskim ani matematyce, gdzie faktycznie
                > można mieć problemy z załapaniem o co chodzi z tymi zadaniami czy poprawną pis
                > ownią, tylko o zwykłej biologii czy chemii,

                każdy mierzy swoją miarą, moim zdaniem jest akurat odwrotnie :) a wszystko zależy od tego co nauczyciel potrafi przekazać na lekcji i czego wymaga na sprawdzianach. U mnie na biologii rzadko kto wzbijał się powyżej dostatecznego :)
              • czoklitka Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 18:39
                >tylko o zwykłej biologii czy chemii, którą średnio rozgarnięty licealista opanuje bez większego problemu.

                zgodzę się z fuzją i dopiszę, że ta cała teoria, układanie równań, dobór współczynników też były problemem dla niejednego, z którymi łażono na korki, a co dopiero zadania.
          • znana.jako.ggigus alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 13:08
            sama nie brałam, przyznam, wolałam wypożyczyć sobie trzy książki. Nic nie robi lepszego wrażenia na egzaminie, jak wymienić, że prof. Iksiński widział problem tak, prof. Beksiński tak, a prof. Ceksiński inaczej. I tu można było skromnie spuścić oczy i w zależności od znajomości dorobku naukowego egzaminatora, powiedzieć, czyje poglądy leżały mi na sercu. Czasem najlepiej było milczeć.

            Wybacz, że tak wprost pytam, ale czy ciężką pracą Ty się wyzwoliłaś z nizin społecznych? W innych postach piszesz o swojej firmie, mieszkaniu, mieszkaniach, rowerze za cieżkie euraki (masz chyba też prywatne ubezp. zdrowotne, to uwaga o lekarzach), a tutaj piszesz o korkach, którew kosztoały sporo i o tym, że dowiedziałaś się po latach, że ludzie je brali. Nie mogłaś brać korków?
            Niektórzy wierzą, że tak się łatwiej dostać na studia. Tak było kiedyś. Były też kursy przygotowawcze, i na korkach i na kursach mówili to samo, co można było znaleźć w książkach. Taniej wychodziły książki.
            • berta-death Re: alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 13:25
              To nie chodzi o zwykłe korepetycje, bo w nich nie ma nic złego. Jakby to było pójście do studenta czy nauczyciela, który nakieruje, przypilnuje, wyjaśni, rozłoży naukę na rozsądne czynniki pierwsze, wyznaczy realistyczne terminy do których daną partię materiału należy opanować, system pracy dobierze adekwatny do ucznia, to nikt by się nie czepiał. W końcu to to samo jakby rodzice przysiedli z dzieciakiem przy odrabianiu lekcji.

              Cały czas jest mowa o zakamuflowanych łapówkach. Pod pretekstem korepetycji chodziło się na lekcje, które żadnymi lekcjami nie były. Dostawało się dla picu ogólnodostępne testy do rozwiązania w domu na następny tydzień i płaciło 100pln za pół godziny czy 45min lekcji. I to 100pln na ówczesne czasy. I w zależności od kierunku, na jaki ktoś się chciał dostać to albo pół roku raz w tygodniu wystarczyło, albo rok trzeba było chodzić, albo nawet dwa lata, po 2 razy w tyg i to jeszcze z każdego przedmiotu jaki był na egzaminie. I wtedy to potrafiła wyjść równowartość dobrego samochodu. A na ostatnich zajęciach otrzymywało się pytania z prawidłowymi rozwiązaniami, jakie będą na egzaminie.
              • znana.jako.ggigus są różne formy korepetycji 06.01.15, 13:30
                były korepetycje o dra, który potem egzaminował na studiach i korki w podstawówce, o których pisała Alpepe. Nie sądzę, że w podstawówce brało się korki u dra uniw.
                Mnie raczej uderzył ton - dowiedziałam się po latach, że koledzy brali korki, kuzynkę było stać, zdała za trzecim bodajże razem (są ludzie, świetnie przygotowani, których zżera stres) plus w kontraście pisanie Alpepe o jej obecnym, godnym pozazdrosczenia statusie majątkowym. Firma, mieszkania, rower, rasowy pies, prywatne ubezp, które kosztuje sporo.
                Mlłody pieniądz krzyczy, jak mówią Francuzi:)
                • berta-death Re: są różne formy korepetycji 06.01.15, 14:09
                  Mieszkanie, firma i rasowy pies to żadne halo. Podobnie z prywatnym ubezpieczeniem. To koszt rzędu 300-500euro. Nawet Polaka mieszkającego w Polsce byłoby stać na wykupienie sobie takiego międzynarodowego, jakby zacisnął pasa. To nie jest wyznacznik nowobogactwa. Znajomi mieszkający w Niemczech, mają zwyczajną pracę w jakiejś korporacji, nie na żadnych wysokich menedżerskich stanowiskach i stać ich nie tylko na mieszkanie, bo dom sobie wybudowali, oczywiście wkład ze sprzedaży mieszkania jakie mieli w PL na to poszedł, ale zawsze. Dzieci w prywatnych przedszkolach, do szkoły też pewnie prywatnej pójdą. Do tego wielgachny nowy samochód rodzinny, wakacje. I z niemieckiej perspektywy nie są jakimiś szczególnie zamożnymi ludźmi. Ot, żyją z dnia na dzień.
                  • znana.jako.ggigus ano nie 06.01.15, 14:27
                    ubezpieczenie międzynarodowe a ubezp. prywante to diwe inne rzeczy w niemieckim systemie zdrowia.
                    O cenach nieruchomości w Berlinie też nie wspomnę, poszły w górę i ciągle idą.

                    • berta-death Re: ano nie 06.01.15, 14:35
                      Tamci to nie w Berlinie, ale też w duży mieście. Generalnie siła nabywcza niemieckich zarobków jest nieporównywalnie większa niż polskich. Jak tylko uda się wyjść z pozycji emigranta, który nie zna języka i nie ma żadnych uprawnień do wykonywania zawodu innego niż szorowanie garów, to całkiem nieźle można się tam urządzić. I nie tylko tam, w całej starej UE tak jest. Nie bez powodu ludzie masowo emigrują.
                      • znana.jako.ggigus oczywiście 06.01.15, 14:40
                        ale są też specyficzne dla każdego kraju zjawiska, np. ceny nieruchomości w dużych miastach.
                        rozbieżność pomiędzy Berlinem a dużym miastem, które da się opłacić, pomijam.
                        Bo wchodzimy na temat poboczny.
                        • berta-death Re: oczywiście 06.01.15, 15:27
                          A wracając do tematu, to ja poniekąd rozumiem Alpepe, bo mam podobne spostrzeżenia. Nie wnikając w to co sama osiągnęłam, jakie miałam oceny i jakie aspiracje, chodziłam w tych latach 80 i 90 do szkoły, mieszkałam w dużym blokowisku, więc siłą rzeczy różne plotki do mnie dochodziły. Widziałam i słyszałam co się dzieje u koleżanek i kolegów z klasy. Wiedziałam co słychać u sąsiadów mających dzieci w moim wieku, bądź zbliżonym, jak i również co słychać u znajomych moich rodziców, czy to tych z pracy, sąsiedztwa, studiów, czy czego innego. Pewne rzeczy mówiło się głośno, pewne cicho. Nie mniej jednak wyłaniał się z nich taki obraz, jaki przedstawiłam. I tak jak pisałam, nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie ta arogancja i pyszałkowatość tych młodych ludzi. Gdyby nie to, że nierzadko, żeby komuś takiemu znaleźć miejsce na uczelni, trzeba było uwalić kogoś zdolniejszego o lepszych predyspozycjach do późniejszego zawodu.

                          I mnie to wkurza. Wkurzała mnie koleżanka, która będąc u mnie w domu, tonem eksperta stwierdziła, że strasznie mamy niegustowne meble, jak mogliśmy sobie coś takiego kupić. Ja jej na to odparłam, że one były za komuny kupione, wtedy kiedy nic w sklepach nie było, jakie rzucili takie się brało i jeszcze ludzie byli szczęśliwi, że w ogóle jakieś udało im się kupić. Takie gały na mnie wybałuszyła, jakbym jej o spotkaniu z kosmitami powiedziała. Mimo, że moja rówieśnica, nie znała tego problemu, bo u niej w rodzinie to się albo w pewexie kupowało, albo zamawiało u stolarza, albo z zagranicy sprowadzało. Ona też nie rozumiała jak można się nie dostać na wybrane studia, albo z nich wylecieć, jak można nie zdać egzaminu na prawo jazdy i nie umieć sobie załatwić bezterminowego mając dużą wadę wzroku. Przecież każdy ma jakiegoś znajomego kto wystawi odpowiednie zaświadczenie. Z jej wypowiedzi, na temat losów różnych osób, wyłaniał się obraz mocno nieciekawej osoby. Co drugie zdanie to o boże z jakiej on/ona rodziny pochodzi, że nie ma tego, czy tamtego, albo nie załatwili mu tego czy tamtego. I ona nie była odosobnionym przypadkiem. Ten lekceważący stosunek do osób mniej zamożnych, mniej wpływowych i mniej zaradnych życiowo był powalający. Nawet własnych nauczycieli lekceważyli, którym nierzadko ich rodzice prezenty dawali, żeby jakoś przechodzili z klasy do klasy z w miarę dobrymi ocenami.
                          Wkurza mnie też to, że inna koleżanka, dobrze się ucząca, poukładana, zrównoważona, empatyczna, miła, zaangażowana społecznie i w ogóle, na medycynę się nie dostała. I to koncertowo się nie dostała, będąc świetną uczennicą i chodząc na lekcje, tylko że do zwykłego korepetytora, nie takiego za 100pln. Ja byłam pewna, że się dostanie, testy z całą pewnością miała na blachę wryte. A brat tej dziewczyny, co się tak wszystkiemu dziwowała się dostał. Matoł pierwszej kategorii, klasę zdaje się powtarzał, nie pomogły prezenty.
              • alpepe Re: alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 14:04
                a to też prawda.
            • alpepe Re: alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 14:03
              miałam średnią 5,6 na świadectwie, a 5,4 z matury, albo odwrotnie, to na wypadek, gdyby ci się coś wydawało. Co do bycia pacjentką prywatną, nie mam innego wyjścia, nie ma w tym nic z chlubienia się, natomiast powinnaś po tylu latach w Niemczech wiedzieć, jak lekarze koszą prywatnych pacjentów i prywatne kasy chorych i nic im nie zrobisz. To samo u pacjenta z państwowym ubezpieczeniem kosztuje o wiele mniej. Stąd w mojej wypowiedzi o chirurgu szczękowym ten wtręt o pacjentach prywatnych. Zainteresuj się nieco tematem, a nie dopisuj sobie teorii o moim pochodzeniu z nizin.
              Co do roweru za ciężkie euraki, to tak, dla mnie była to fanaberia, bo i na tańszym pojadę. Kupiłam sobie taki, bo mi się podobał kolor i odpowiadał moim wyobrażeniom. Gdybym nie miała możliwości zakupu na firmę, poszłabym do sklepu z rowerami używanymi i kupiła damkę za 150 euro. Co do mieszkania i firmy, to stanowi to integralną część mojej rzeczywistości, tak po prostu. Ciężko zresztą na to pracuję. Kłuje cię to w oczy? Byłam i pod wozem i obecnie wydaje się, że na wozie, więc czemu miałabym o tym nie mówić?
              Co do nizin społecznych, to sama oceń, czy jeśli matka po studiach była na stanowisku kierowniczym, a ojciec miał wykształcenie średnie i nie było alkoholu, hazardu i czego tam jeszcze, można mówić, że pochodzę z nizin?
              Co do korepetycji, to to nie wiem, jak na to wpadłaś, że coś złego jest w korepetycjach, sama zresztą się z nich utrzymywałam i wielu osobom były potrzebne na pewien czas jak kula przy nodze w gipsie. Potem im wyprostowałam ścieżki i mogli radzić sobie sami.
              Podsumowując, bardzo ciekawe jest to zwrócenie twojej uwagi na aspekt materialny moich wypowiedzi. Ja nakreślam kontekst, który jest według mnie niezbędny, ty widzisz chyba chwalenie się kasą i pewnie jakieś kompleksy.
              Dla porównania: Kulczykowi ojciec podarował 100000 dolarów w latach 70. Gimbaza wzruszy ramionami. Natomiast starsze osoby wiedzą, że posiadanie waluty było w tamtych czasach karalne, można było iść za to do więzienia, a 100 tys baksów było kwotą niewyobrażalną dla przeciętnego Polaka. Bez tego kontekstu można włazić K. do d.u.py bez wazeliny, z kontekstem uczciwy człowiek by mu ręki nie podał.
              • znana.jako.ggigus nic mnie nie kłuje 06.01.15, 14:25
                po prostu zwracam uwagę na Twój ton. Taki specyficzny dziarski ton plus mieszanka zazdrości czego nie miałam ja, a mieli inni i epatowaniem tym wszystkim, co masz teraz.
                Nic więcej.
                Ciekawi mnie, jak piszesz. Tylko to i nic więcej.
                Aspekt materialny Twoich wypowiedzi określasz Ty sama. Wcześniej wymieniałaś mieszkanie/a, firmy, rower na firmę, a teraz te korepetycje, które inni mieli. Po latach się dowiedziałaś, że inni mieli te korki. No i ta kuzynka, rodzice z wyższym wykształceniem, na stanowiskach, a córka mimo to za trzecim razem dopiero!

                NB: Każdy z nas pisząc posty, kreśli jakiś obraz samego siebie.

                A o mojej średniej na maturze pisać ze skromności nie będę. Zresztą to był przypadek, dwa lata można nie było zdawać matmy, więc mi się udało. Bo mam dyskalkulię:)
                • alpepe Re: nic mnie nie kłuje 06.01.15, 14:31
                  Kreślę kontekst, ty interpretujesz. Twoje prawo, ale teraz dopiero zrozumiałam tę wiejską czy małomiasteczkową mentalność: nic nie mów, bo będą mówić, że się chwalisz lub żalisz i tylko obgadają. Nigdy nie rozumiałam tego ani ja ani moja "miastowa" mama (kontekst: rodzice przeprowadzili się na skraj małego miasta, mieszkają w lesie, prawie jak wieś).
                  • znana.jako.ggigus dajesz mi materiał 06.01.15, 14:36
                    ja Cię nie obgaduję, a zwracam uwagę. Po latach pamiętasz, kto miał te korki, od kiedy która kuzynka i że się przypadkiem wydało, że koledzy mieli.
                    Ciekawi mnie ta mieszanka u Ciebie, o której już pisałam.
                    Ja musiałam pogrzebać w pamięci. Moja siostra miała, a mnie by nie pomogły i tak. A korki były tanie, bo dawał je działacz polityczny z zakazem pracy w oświacie.
                    A w szkole? U nas był zachrzan i nie było korków.
                    • alpepe Re: dajesz mi materiał 06.01.15, 14:55
                      Pamiętam te korki, bo przecież to irracjonalne, by dwunastoletnie dziecko wiedziało, że chce iść na medycynę i musi mieć w związku z tym korepetycje, naprawdę tego nie czujesz? Poza tym kuzynka była dobrą uczennicą, z tego, co wiem, więc tym bardziej mnie to zaskoczyło. Przecież to się nie chce tak stale chodzić na korki, a ta twardo dążyła do celu. Tego jakoś w mojej wypowiedzi nie wychwyciłaś.
                      Tak, z mojej wypowiedzi przede wszystkim powinno przebijać zdziwienie nad własną naiwnością, bo widziałam, jak niektórzy słabi uczniowie podostawali się na studia, a teoretycznie nie powinni. I tu właśnie pojawiają się te korepetycje u prowadzących, o których pisze Berta.
                      Dla mnie i dla mojej mamy był to szok, że szkoła tak źle przygotowuje do egzaminów i do studiów. Byłyśmy bardzo oderwane od rzeczywistości, szczególnie jak, jak dziwiłam się, że uczennice z mojej klasy robiły zbiórkę na bombonierę, byśmy nie mieli testu z angielskiego, bo one się nie przygotowały. Ja nie znałam wcześniej takiego cwaniactwa, rozumiesz?
                      • znana.jako.ggigus oczywiście że wychwyciłam 06.01.15, 15:11
                        żelazną dyscyplinę u kuzynki, którą spasła prababcia.
                        Ton!
                        Jak już pisałam, masz specyficzny ton, pisząc o korkach. Zastanawiający w kontekście także tutaj obecnego pisania o własnym, godnym zazdrości (piszę to bez ironii!) statusie materialnym. Francuskie przysłowie już cytowałam.
                        Co do bombonierki - wspóczuję. Naprawdę.
              • kalllka Re: alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 15:58
                Nie to bym wiedziała lepiej od Ciebie, pepa, ale w latach 70, nawet późnych 70 "posiadanie " bonów PKO, dewiz było ... kontrolowane przez partie.
                Kulczyk jeśli posiadał konto to ukryte i wyłącznie w "zachodnim" banku.
                Co do uczciwości poorzedniego systemu? Nie ma o czym dyskutować- było, a nie minęło.
                Wielu cinkciarzy nauczonych rynku na ulicy siegnelo Wall street, aby to zauważyć i naukowcy sie wyciągać wnioski z polskiego paradoksu, nie trzeba wycierać se butów Kulczykiem ,wystarczy obejrzeć "Misia".
                I przyznam ze ja także nie rozumiem twoich pobudek, wlaczania starego "kontekstu i uczciwości", subiektywnego filtrowania wspomnień-przeciwko ( niemieckim!) lekarzom.

                • znana.jako.ggigus eeeh Kluczyk 06.01.15, 16:06
                  self made man/woman i takie rzeczy.
                  Ja bym chciała mieć ojca, co by mi pożyczył tyle kasy. Choć przyznaję, że nie wiem, czy dobiłabym się majątku na miarę Kulczyka.
                  A co do waluty - mój ojciec miał od lat 70 legalne konto walutowe. Z okazji jego śmierci konto uległo likwidacji, więc wiem, kiedy zostało założone. Nielegalny był bodajże handel, a nie posiadanie.
                  • kalllka Re: eeeh Kluczyk 06.01.15, 16:23
                    Owszem było ale konto dewizowe, które " funkcjonowało" przy okazji biur paszportowych gdzie składało sie, każdorazowo wniosek wniosek o paszport,., książeczek dewizowych z przypisana z wymiany złotówek na bony, kwota po wpisaniu wiarygodnego celu wyjazdu i przybytek pieczątka naczelnika - zgody na wyjazd. Nikt nie miał konta bankowego o walutowym nie wspominając.
                    Ergo-handlowanie waluta było niemożliwe wiec nie zabronione :|
                    • znana.jako.ggigus ano nie 06.01.15, 16:45
                      mój ojciec miał konto walutowe i nie miał paszportu, więc nie wyjeżdżał. W PKO można było założyć konto, pewnie w róśnych czasach rónie to wyglądało.
                      Handlowanie było oficjalnie niemożliwe.
                      • alpepe Re: ano nie 06.01.15, 16:53
                        dopytaj się lepiej ojca, jak to było naprawdę, o ile masz taką możliwość, bo były bony walutowe, ale to nie to samo.
                        • znana.jako.ggigus jako że konto po śmierci ojca 06.01.15, 17:00
                          likwidowałam, byłoby ciężko.
                          A podpisywałam dokumenty likwidacji, tam była data założenia konta, to wiem. 1970 albo 1971.
                          Może jest jak mówił kiedyś Kałużyński - PRL to były różne etapy, mniejszych i większych ingerencji systemu w życie i niepotrzebnie rozmawiamy o jednym PRL-u.
                          W latach 80 na książeczkę walutową pojechałam do Czechosłowacji, to pamiętam, bo były problemy z załatwieniem.
                          • alpepe Re: jako że konto po śmierci ojca 06.01.15, 17:05
                            Masz rację i przepraszam, byłam zajęta jednocześnie innymi sprawami, stąd to dopytanie.
                            • znana.jako.ggigus :))) 06.01.15, 17:07

                      • kalllka Re: ano nie 06.01.15, 16:59
                        Uhym, wtedy były konta oszczędnościowe. Bo bank polski był Powszechna Kasa Oszczędności. Konta Dewizowe, były zakładane aby moc ułatwić przeslac walutę z zagranicy ( (rodzina) lub gdy ktoś z członków rodziny pracował na kontrakcie zagranicznym ( np górnicy w RFN lub inżynierowie w Iraku)
                        • znana.jako.ggigus ciekawe jak mój stary załatwił sobie konto? 06.01.15, 17:02
                          Ani nie pracował na Zachodzie, ani nikt z rodziny. Ale rzeczywiście z jego konta korzystało masę ludzi, którzy mieli coś przelać/ktoś miał im przelać.
                          E mój ojciec i tak by mi nie powiedział:)
                        • kalllka Re: ano nie 06.01.15, 17:08
                          Wczesne lata 70- te wartość dewiz była przewalutowywana według kursu z koszyka KDLu i wypłacana w bonach. Późne, to już możliwość swobodniejszego obrotu. Od zawsze była w PRL prywatna inicjatywa ale tuż przed 80 rokiem to " koniki" ( nie tylko kinowe) cinkciarze i pierwsze kantory zbudowały polska bankowość. (I zamieniły syrenkę na skarpetę )Ale nawet tuż przed ,wielka zmiana, trzeba było sie panu wadzy opowiedzieć skąd i po co ma sie "walutę".
                        • agulha Re: ano nie 06.01.15, 21:58
                          Były dwa banki, jak i teraz: Powszechna Kasa Oszczędności (PKO), konta złotówkowe, i Polska Kasa Opieki (Pekao) - i tam były konta dewizowe. Dla krajowców "A". Dla cudzoziemców bodajże "C".
                    • agulha Re: eeeh Kluczyk 06.01.15, 21:55
                      Konto dewizowe można było mieć będąc zwykłym szarakiem. Mogę zapytać ojca, czy wolno było podejmować pieniądze w walucie (jeśli się nie wyjeżdżało), czy tylko bony - bo tego nie pamiętam.
                      Sytuacja drastycznie zmieniła się wraz z wprowadzeniem stanu wojennego. Wtedy na przykład, żeby zamówić coś za dewizy za granicą, trzeba było uzasadnić, że to dla siebie albo rodziny i że konieczne (wiem, bo dla mojej mamy sprowadzali rodzice lek ze Szwajcarii). A żeby wysłać pieniądze za granicę, to też trzeba było uzasadnić, że to dla siebie albo kogoś z rodziny (znowu - wiem, bo w 1990 pojechałam na roczne stypendium do Francji, tylko wypłata pierwszej raty stypendium - UNIJNEGO, nie polskiego - się opóźniła).
                  • alpepe Re: eeeh Kluczyk 06.01.15, 16:52
                    posiadanie, tylko książeczki walutowe, zdawanie paszportu i takie tam.
                • alpepe Re: alpepe, co jesz złego w korepetycjach? 06.01.15, 17:01
                  Możesz rozwinąć to ostatnie zdanie? Nie będę się przecież mądrzyła przeciwko polskim lekarzom, jak od tylu lat lat nie mieszkam w Polsce. Co do pozostałych wywodów, to oczywiście są to wątki poboczne, ot takie wspominanie z innej perspektywy. Jak teraz tak patrzę, to i od prawników i od lekarzy trzymałabym się z daleka.
        • ingeborg Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 12:35
          Prawo nie jest kierunkiem z wyższej półki : )
          • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 12:54
            W latach 90 i wcześniejszych jeszcze było. Podobnie jak architektura. Z bliżej nieokreślonego powodu niektóre kierunki na akademiach ekonomicznych też się zrobiły elitarne. I wjazd tam kosztował równowartość dobrego samochodu. Nie wiem jak z technicznymi uczelniami, ale podejrzewam, że na te bardziej intratne kierunki i znane uczelnie w stylu AGH czy Politechnika Warszawska mogło być podobnie.

            Teraz się to pozmieniało, bo prywatne uczelnie namieszały. To są bardzo tanie studia, nie potrzeba żadnych kosztownych przyborów naukowych, wystarczy podręcznik. I rynek pracy wymusił to, żeby pojawili się na nim dobrzy prawnicy, dobrzy finansiści i dobrzy spece od zarządzania. Ktoś musi te firmy zagraniczne, które zalały polski rynek, obsługiwać. Ktoś musi być biegły w kruczkach prawnych, ktoś musi pisać te akty prawne dbające o interesy kapitalistów, ktoś musi tymi finansami zarządzać. Czyli nie można robić barier wejścia do zawodu i zdawać się wyłącznie na pociotków, bo to za poważna sprawa. W przypadku służby zdrowia nikomu na jakości nie zależy. Masowej katastrofy nie da się tu spowodować ani żadnego giganta do bankructwa doprowadzić, więc niech się dzieje co chce. Poza tym procedury jakie mają opanować są na tyle proste i jeszcze porozdzielane na całą masę przeróżnych specjalizacji, że to naprawdę trzeba się starać, żeby coś spieprzyć. Jednym słowem trzeba być zadufanym bubkiem, który olewa procedury, nie zadał sobie trudu żeby je opanować, albo uważa, że wie lepiej, że czegoś zrobić nie trzeba, mimo iż czarno na białym pisze, że trzeba.
    • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 17:54
      ingeborg napisała:

      > Przykład: podsłuchana w kawiarni rozmowa takiej medyc

      zachodzę w głowę skąd to się bierze u niektórych ludzi!
      muszą podsłuchiwać, żeby żyć!
      • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 17:58
        a może zwyczajnie dobry słuch?
        • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 18:20
          jak nie zobaczę, nie uwierzę w legendy o Twej urodzie jeziora wysokogórskiego pod pokrywą śniegu... wiesz może czym najlepiej przeręble się rąbie?
          • kalllka Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 18:37
            Bardzo przepraszam,ze wtrecam ale nasza stara zażyłość pozwala uraczyć cię maniu- dobra rada;
            lód na jeziorze (wielkiej urody) dobrze wyrabnac bossakiem ( bossakiem, a nie na
            Bosaka)
            • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 19:43
              Kajuś miła moja...

              zażyłość a juści węzłem dzierży i siedzi okrakiem na szyi blokując powietrza dostęp od czego myśl mi się stępia, język świerzbi i inne członki czucie inne mają jakby. Pomimo pamiętam, ze miałaś być, zaprosić okazać wdzięki mi tylko w purpurze i czerni tiulowej w Hotelu Zacisze...od ud po brzegi

              nie wierzę patrząc w karty kalendarze, że to kolejny rok mija a Twoje obietnice pogłębiają zmarszczki na mym czole, że już wstyd mi już umawiać się z chętnymi czterdziestkami
              • kalllka Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 19:57
                Maniu, zostaw zagłębie zielonogorskie i kopnij wzdłuż ku nowe horyzonty. Tęsknie za cię jak za młodym felczerem.

                • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:06
                  droga pacjentko,

                  trzeba zastrzyk zrobić,
                  w to samo miejsce gdzie trzeba kopnąć
                  nie będzie fajnie
                  ... może jednak masaż i naświetlania?
          • alpepe Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 22:42
            Książka ma być siekierą na zamarzniętym morzu.
            To wolne tłumaczenie cytatu z Kafki, sądzę, że odpowiednie.
    • zeberdee28 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 18:27
      A czy można zostać w dzisiejszych czasach lekarzem nie będąc przy okazji świnią ? Coś mi się wydaje że to nie jest środowisko w którym poczciwcy do czegokolwiek dochodzą.
    • vandikia Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 19:06
      im bliżej poznaję niektórych lekarzy, tym mam gorsze o nich mniemanie niestety, wcale się nie dziwię tej rozmowie
      podczytuję niektóre blogi i profile lekarskie, mania większości to zdecydowanie nie jest wystarczające określenie tych "nadludzi"
      marzy mi się, że kiedyś będą tak samo chwaleni jak i rozliczani ze swoich błędów lekarskich, w normalnej pracy za poważny błąd grozi dyscyplinarka, w pracy lekarzy za poważny błąd rzadko kiedy kto odpowiada, a jeśli już, to są to jakieś śmieszne wyroki sądowe, krycie się wzajemne całego środowiska, jedna wielka klika i tylko kilka małych wyjątków...
    • gyubal_wahazar Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:14
      Na szczęście jest net i bardzo niedługo całą chmarę chorób będzie się diagnozowało wbijając wyniki analiz i dostawało liste prochów, które trzeba kupić
      • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:22
        foro Kobieta na gw jest jak biały proszek... bez badań, morfologii, moczu, płytek, wymazów,.... wciągasz na maksa i wchodzisz na orbitę... i jest (cyt z wersji) :cool
        ;)
        najlepszego w nr ..
      • kalllka Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:23
        Touch palcem będzie się wskazowac ogniska churoby, a następnie 3D drukareka tablety... Na połyk.
        Masaze przez messengera,a naświetlania screen ledem; jak amen w paciezu.
        • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:29
          albo jesteś stara albo dawno nie byłaś z facetem...
          tak czy owak fajna babeczka jesteś
          • kalllka Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:46
            no dzięki maniu. Stara i bez chłopa, a jusci.
            ( ale co z tego, choćby mnie arlukowiczem podorywano- nie dam cnoty!)
            • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 00:08
              Nie gadaj. Wyrzuciłabyś Arłukowicza z łóżka?
              • kalllka Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 00:43

                Użyłam ministra zdrowotności jako symbolu. prac polowych, bo nie mam o nim najlepszego zdania jako o managerze; ale zgadzam się ,ze zamknięte drzwi w przychodniach to rodzaj szantażu grupy med.biznesmenow, na którym tracą wszyscy, a zwłaszcza lekarze z powołania których w Polsce -większość.

                • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 00:59
                  Seksowna bestia, panny na niego lecą a ty go nie chcesz.
                  • mariuszg2 Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 18:53
                    taki miś nieco z niego niewyspany i zły w gawrze w środku zimy..... wg mnie podniecające jest w nim dla kobiet to, że jest maczo miś brutal mały zły pultający
    • mimarika Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 20:58
      Ach ci lekarze...a potem 100% dziewuch tu piszących w pas się kłania w gabinecie, bardzo proszę panie doktorze....
      • mendigo Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 21:45
        Coraz mniej osób im się w pas kłania i m.in. dlatego tak się buldoczą.
        Żeby pacjent zadawał pytania - kto to widział?! Albo żądał intymności przy badaniu! Roszczeniowa hołota...
        A lekarz nie dość, że półbóg, to jeszcze tyra za pół darmo. Tak być nie może przecież...
    • piataziuta Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 21:12
      W czasach naszych rodziców lekarz, był często jedynym enteligientem na całej wsi, drugą postacią po księdzu, osobistością, "kimś". Większość z nich marzyła, żeby ich dziecię zostało lekarzem bo "ludzie będą się mu kłaniali"? I pewnie stąd część młodych absolwentów medycyny, zamiast myśleć leczeniu, czeka, aż prestiż na nich spłynie.

      Podobnie było z "Skończ najpierw studia, bo po nich dostaniesz pracę"
    • wiarusik studenci administracji 05.01.15, 21:34
      zasłuchane-kasa czy się stoi czy się leży, 13ka, wygodna praca biurowa.
    • wiarusik co do lekarzy... 05.01.15, 21:37
      gdybym jeździł na konferencje sponsorowane, w ośrodkach wypoczynkowych do ciepłych krajów i spotykał majętnych zachodnich kolegów, też bym z pogardą patrzył na te 10 000 zł.
      • berta-death Re: co do lekarzy... 06.01.15, 00:05
        A gdybyś był prezesem spółki skarbu państwa i samą odprawę miał w wysokości pół miliona, to byś na całe społeczeństwo patrzył z pogardą. Jak zwykli to czynić politycy i wszyscy, którzy się do kasy państwowej dorwali.

        Ludzie tak mają, że patrzą z pogardą na tych, którym się gorzej wiedzie od nich samych. Uwielbiają innych poniżać i dowartościowywać się ich kosztem. Nawet wtedy, kiedy palcem nie kiwnęli, żeby im się tak dobrze wiodło. Od urodzenia tego są uczeni. Jak matka w sklepie na cały głos potrafi powiedzieć do dziecka o kasjerce, jak się nie będziesz uczyć, to będziesz jak ona na kasie siedzieć. Bez względu na to, co sama sobą reprezentuje, może być nawet bezrobotną absolwentką podstawówki na zasiłku a kasjerka może mieć magistra, ważne, że może sobie na to pozwolić i walnąć komunała zgodnego z obiegową opinią. Ostatnio był artykuł o tym jak to w centrach handlowych 80% pracowników ma wyższe wykształcenie. I od razu zlecieli się ci, co to najlepiej wiedzą jakie oni studia i szkoły pokończyli, że pewnie zaoczne w Pcimiu Dolnym, że dawniej to by się nawet do liceum nie dostali, czyli takie jedno wielkie nic i od razu rynek to zweryfikował, że się do niczego nie nadają.
        No to siłą rzeczy, ktoś kto należy do tych 20% społeczeństwa, które zarabia powyżej średniej krajowej, ma za nic te 80%, które zarabia mniej. Zapewne też w domu słyszał odpowiednie teksty o takich osobach.
    • kino.mockba Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 22:46
      > Generalnie wyłania się z nich obraz ludzi, którym najbardz
      > iej zależy na kasie i prestiżu, traktujących pacjentów i pozostały personel med
      > yczny jako zło konieczne.

      Założę się, że przez całe studia słuchali od wykładowców, że są elitą i świat stoi przed nimi otworem (tylko nie mówili którym). Kłamstwo wiele razy powtórzone staje się prawdą.
      • wiarusik Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 22:51
        nam mówili, że cienko z robotą.
        • kino.mockba Re: Będąc młodą lekarką... 05.01.15, 23:23
          Masz wykształcenie do łopaty jakby nie patrzeć.
    • znana.jako.ggigus spotkasz się z dwoma idealist(k)ami, 06.01.15, 12:43
      zmienisz zdanie. Być może.
      • berta-death Re: spotkasz się z dwoma idealist(k)ami, 06.01.15, 13:15
        To nie jest kwestia idealistów, ani tego jakim sposobem ktoś na studia się dostał i je skończył. To można potraktować jak sytuację analogiczną do tej, gdzie państwo nie opłaca edukacji, tylko trzeba samemu ciężkie pieniądze płacić, jak przed wojną. I kto ma szczęście, urodził się w zamożnej rodzinie, to studiuje jak jest ambitny, jak ma mniej szczęścia, to nie studiuje. Nie ma w tym nic zdrożnego, przynajmniej jeśli chodzi o tego młodego człowieka.

        Nie ma też nic zdrożnego w tym, że kogoś rodzice za uszy ciągnęli. Też znam osoby, które gdyby w domu machnęli na nich ręką, to nie wiem czy zawodówki by pokończyli. Jednej na studiach się odmieniło, bo tam się uczył tego co mu się podobało a drugą i przez studia za uszy ciągnąć musieli. Ile na to kasy poszło, trudno oszacować, ale co najmniej jeden samochód dobrej marki. I obie te osoby jako pracownicy świetnie sobie radzą. Może nie mieli talentu ani zamiłowana do wkuwania szkolnych regułek, ale jako pracownik, który już niczego wkuwać nie musi, sprawdzają się świetnie. Zawodu człowiek uczy się w pracy, tylko żeby do tego etapu dojść, niestety trzeba wcześniej skończyć szkołę średnią i nierzadko studia, które nie mają wiele wspólnego z tym co się będzie robić jako branżowy pracownik.

        Problem jest w mentalności tych ludzi.
        • znana.jako.ggigus oczywiście - idealizm to mentalność 06.01.15, 13:18
          Ja poznałam dwie nauczycielki klas początkowych, które wyznały, że nie znoszą dzieci. Ręce mi opadły. Bo dzieci mogą być nauczycielom obojętne, powinny raczej. Ael żeby nie znosić dzieci i się z nimi męczyć?
          Może inni nie znoszą chorych ludzi?
          • rotkaeppchen1 Re: oczywiście - idealizm to mentalność 06.01.15, 14:38
            Tragedia.
            Na poczatku studiow mialam praktyki "orientacyjne" i podczas seminarum im towarzyszacego pewna studentka stwierdzila: najtrudniejsze to to, zeby pamietac, zeby sie usmiechac :-D
            Mam nadzieje, ze zmienila kierunek.
            Co do obojetnosci, to mam takie zdanie: dzieci warto lubic, bo to podmiot pracy a jak sie pracy nie lubi, to kiszka. Warto jednak oddzielic dziecko-czlowieka od dziecka-ucznia. Niestety, jezeli dziecko nie ma wsparcia w rodzinie a dodatkowo nie jest jedynym uczniem, ktore z tego powodu nie radzi sobie z materialem, trzeba dla wladnego zdrowia psychicznego wylaczyc potrzebe i chec zbawienia swiata, ktore czesto towarzysza osobom wybierajacym zawod zgodnie z powolaniem. Tak rozumiem te "obojetnosc".
            • znana.jako.ggigus tak samo rozumiem obojętność 06.01.15, 14:43
              Nauczycielki, rozczulające się czy przesadnie empatyczne, są tak samo nie na stanowisku jak te zimne.
              Nauczyciele też.
              Wydaję mi się, że aby coś robić dobrze, potrzebny jest pewien stopień obojętności, aby robić to dobrzue, ergo z dystansem.
              • rotkaeppchen1 Re: tak samo rozumiem obojętność 06.01.15, 18:12
                To nie o to chodzi. Empatie sie ma albo nie, trudno byc przesadnie empatycznym. Ale tu nie o to chodzi, chodzi o praktyczne mozliwosci.
                Gdybym wraz z moja empatia miala mozliwosc zalozenia prywatnej szkoly (taka bajka teraz bedzie) i mogla dostosowac ilosc i jakosc nauczycieli odpowiednio do potrzeb uczniow, moglabym te empatie przelozyc na praktyczne rozwiazanie. Tu koniec bajki.
                W zyciu jest niestety inaczej, jeden nauczyciel na 26 dzieci, jedyna mozliwosc, to apelowanie do rodzicow, zeby sie zaangazowali w sprawy nauki dzieci a do dzieci, zeby sie zainteresowaly, w sumie czymkolwiek, byle z tego dalo sie cos wyciosac na przyszlosc. Co ma poczac nauczyciel z klasa, w ktorej polowa uczniow zaczynajacych nauke nie zna liter? Co maja zrobic te dzieci, kiedy po trzech miesiacach nauki dostaja prosciutkie zadanie z matematyki ale zeby je rozwiazac, musza przeczytac i zrozumiec trzy linijki tekstu? Jak sie nie da zmienic systemu, trzeba z tego co jest, wyciagnac jak najwiecej a tym, czego sie nie przeskoczy po prostu nie przejmowac.
    • haneke_29 Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 14:08
      alpepe 05.01.15, 16:27
      było, jest i niestety będzie. Ja to w Niemczech odczuwam jeszcze silniej. Kasa, misiu, kasa. Niewiarygodna arogancja i syndrom boga.

      Ostatnie zdanie to absolutne clue zjawiska.

      Im więcej mam lat i doświadczenia życiowego tym bardziej widzę, że prestiż stanowiska plus duża kasa równa się niewiarygodna bezczelność, pycha, buta i chamstwo.
      • agulha Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 22:03
        Hihi. Dokładnie tak samo wypowiedziała się o swoich krajanach lekarzach pewna managerka z branży związanej z farmaceutyczną.
        Chodziło o Tajlandię.
        A dwa lata temu słyszałam taką samą opinię o lekarzach francuskich.
    • straszny.upal Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 15:53
      Szykuje sie? Przeciez lekarze w wiekszosci JUZ sa chamscy, nieludzcy i tylko patrza jak przypisac drogie lekarstwa. Jak sie trafi empatyczny lekarz, to na wage zlota. Ale najczesciej jesli chce sie porzadnie rozwiazac jakis problem, to trzeba odwiedzic kilku roznych specjalistow. Obojetne czy na NFZ czy prywatnie - wcale nie zauwazam jakiejs drastycznej roznicy, tylko finansowa... mialam przypadek duzo bardziej zaangazowanych lekarzy (alergolog, dermatolog) przyjmujacych na NFZ i innych, olewajacych problem w prywatnych gabinetach, za ciezkie pieniadze.
    • angry.bird Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 19:06
      Wszedzie nagonka na lekarzy czy medialna czy forumowa. Lekarze to grupa ludzi tak jak w kazdej grupie sa ludzie rozni. W moim osiedlowym warzywniaku jest jędza czy to znaczy ze wszystkie panie w warzywniaku takie sa?
      • mendigo Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 19:18
        A czy od pani w warzywniaku zależy twoje zdrowie i życie? Choćby bardzo tego chciała, niestety nie. Ot i cała tajemnica.
        • angry.bird Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 19:39
          Wystarczy zeby lekarz byl kompetentny, rzeczowo odpowiadal na pytania i dobrze leczyl. To co sobie mysli mnie nie interesuje. Ot i cala tajemnica.
          • mendigo Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 19:54
            Zaraz, to mówimy o niewyrażonych i niemanifestowanych w postaci zachowania myślach lekarzy czy o zachowaniu tychże? Bo ja odnoszę wrażenie, że o ich zachowaniu i ogólnej postawie wobec pacjenta.

            BTW, czy podając przykład jędzy z warzywniaka też miałeś na myśli dobrze wychowaną i kompetentną kobietę, która tylko sobie myśli jakieś nieznane nikomu świństwa? Oryginalne. Trzeba było wyjaśnić, bo to raczej niespotykany sposób rozumowania.
            • angry.bird Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 20:01
              Moze sie zachowywac jak chce, dla mnie liczy sie efekt czyli leczenie, nie raz bylam u lekarzy rzeczywiscie klopotliwych ale dobrze mi pomogli wiec mi wystarczy. Ty pisalas o zdrowiu i zyciu, a postawa lekarza w tym niewiele pomaga, pomagają tylko i wylacznie kompetencje
              • mendigo Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 20:23
                No nie. Postawa lekarza ma bardzo dużo do procesu leczenia, i nie mam na myśli tylko zastraszania pacjenta czy zniechęcania go do leczenia. Umiejętność komunikowania się z pacjentem to też kompetencje.

                Sam fakt, że lekarz ma pacjenta za debila, wpływa na to, jak przekaże mu kluczowe informacje (czy w ogóle raczy to zrobić), jak dobierze terapię (bo może założyć, że chłopek terapii A nie podoła, ale B to już jak najbardziej dla takiego ciołka wystarczy). Ma wpływ na to, jak uważnie lekarz zbiera wywiad (a w naszej rzeczywistości od wywiadu bardzo dużo zależy, bo przecież na badaniach laboratoryjnych się oszczędza - sama miałam do czynienia z lekarzem, który mnie nie słuchał, co odbiło się bardzo źle na moim zdrowiu. Dlaczego nie słuchał? Ano, wiedział lepiej, jak to bóg). Ma wreszcie wpływ na to, czy lekarz uzna, że np. wyjący z bólu pacjent histeryzuje, czy może jest po prostu człowiekiem, którego boli i któremu można dać środki przeciwbólowe, skorą są dostępne itd.

                Chyba mówimy o czym innym jednak. Ja nie myślę o tzw. sposobie bycia lekarza, bo problem syndromu boga się nie sprowadza tylko do szorstkości w obejściu. To jest cały zespół zachowań, które wpływają na to, że ludzie są bardziej chorzy, niż muszą być. Dodaj do tego arogancję całego środowiska (to nie są panie z warzywniaka, działające każda sobie, tylko skonsolidowana grupa pilnująca interesów środowiska choćby były niezgodne z interesami pacjentów) i niemoc pacjenta zdanego na łaskę lekarza, i masz odpowiedź na pytanie skąd taka nagonka na biednych lekarzy.

      • berta-death Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 20:17
        Wszystkie panie w warzywniaku takie są. Stereotypy nie kłamią. Gorsze są tylko bibliotekarki i panie z dziekanatu.;)

        Nie chodzi o to czy jędza, czy cham czy ktokolwiek. Chodzi o to, że mało prawdopodobne jest, żeby ktoś ze stosunkiem do klientów, petentów, pacjentów, czy kogokolwiek na rzecz kogo wykonuje pracę, takim jaki miał pan wobec chłopa pańszczyźnianego, wypełniał swoją robotę dobrze. Po co się starać i dobrze swoją robotę wykonywać dla jakiegoś podludzia, któremu i tak się ta usługa nie należy bo jest jej niegodzien, który nie będzie w stanie upomnieć się o swoje i jeszcze jak się coś spieprzy to jednym telefonem łeb się sprawie ukręci. Ważne, że kasa za takim frajerem idzie.
        I jak to dotyczy pani z zieleniaka, której nie zależy czy klient się pochoruje czy nie, to wciska mu zepsute żarcie, albo specjalnie, żeby się zalegającego towaru pozbyć albo przypadkowo bo sobie nawet trudu nie zada, żeby sprawdzić, czy to się jeszcze do spożycia nadaje. Jakby to był jakiś socjalny sklep w popegeerowskiej wsi, to jest duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie by się zachowała. Przecież to jakieś zapijaczone podludzie tam mieszkają, więc po co się wysilać dla nich. I tak degradacja, że się w takim miejscu pracować musi.
        A jak to dotyczy lekarza, któremu na pacjentach nie zależy, bo są dla niego tym samym co ci popegeerowscy klienci dla pani zieleniakowej, to tak samo ich potraktuje.
        • mendigo Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 20:25
          Niom.
    • molly_wither Re: Będąc młodą lekarką... 06.01.15, 19:50
      Swietnie ujete: pokolenie chamow. Kiedys cham pochodzil ze wsi, teraz jest z miasta.

      ingeborg napisała:

      > Zawsze tak było, ale się szlifowało w pie
      > rwszych latach pracy czy może mamy wyjątkowo obfitujące w chamów pokolenie i w
      > związku z tym szykuje nam się fala lekarzy-idiotów?
    • nstemi Chamy są wszędzie... 08.01.15, 21:50
      Ja w temacie. Chamy są w każdym zawodzie. I wśród lekarzy i wśród prawników i hydraulików i gdzie tam chcesz. C'est la vie. Nie wiem, może w Polsce natężenie chamstwa jest większe, bo my się chyba wszyscy nawzajem źle traktujemy i nikt nikomu nie ufa.
      Co do studentów medycyny: zawsze mieli odpał. Który na ogół szybko mija, bo życie lubi weryfikować zbyt duże mniemanie o sobie. Teraz ponoć studenci są jeszcze gorsi, ale narzekać nie będę, bo to może być cecha wkroczenia w wiek zwany średnim :-) No wiecie: bo za moich czasów...
      Pielęgniarki zresztą też nie za bardzo dają po sobie jeździć-to już nie te czasy, kiedy ten zawód zdobywało się w policealnym studium-można było nawet matury nie mieć.
      Więc wyluzj. Chama traktuj tak jak na to zasługuje, ale nie ma co zakładać, że każdy taki jest. Bo to nieprawda. Sama teraz regularnie bywam u lekarza i daj Boże każdemu takiego medyka. Facet jest świetnym specjalistą, ale i niezwykłym człowiekiem, wychodzi się od niego uzbrojonym nie tylko w leki i konkretne zalecenia, ale i w optymizm i wolę poradzenia sobie z choróbskiem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka