julik5
26.03.16, 18:49
Witam
Postanowiłam wyrzucić swoje żale na forum. wiem że to co poniżej opiszę prosi sie o wizytę u psychologa ale jakoś tak mi łatwiej wyrzucić to z siebie anonimowo.
Jesteśmy sobie ja i mój mąż. 3 lata po ślubie, 13 lat razem. ja mam 35 on 38 lat. Przechodziliśmy różne etapy związku, raz było lepiej raz gorzej ale bardzo sie kochamy i przezwyciężyliśmy trudne czasy.
Teoretycznie niczego nam nie brakuje. Mieszkamy zagranica, mamy dobre prace i aktualnie zbieramy na nowy dom ktory mamy zamiar wybudować w Polsce bo tu nasze docelowe miejsce. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to ze nie mamy dzieci. Zaraz po ślubie zaczęlismy ostre starania o potomka, stwierdzilismy ze dorosliśmy do rodzicielstwa i planowalismy 2 lub 3 dzieci. Po roku starań zaniepokojeni zgłosiliśmy sie do lekarza o szczegółowe przebadanie. U mojego męża wszystko wyszło dobrze, u mnie natomiast co rusz wychodziły niespodzianki. Najpierw zbyt wysoka prolaktyna, pozniej podejrzenie endometriozy z ktorego lekarze sie po jakimś czasie wycofali, pozniej polip szyjki macicy (usunięty) a ostatnio mieśniak na macicy.Koniec końców wyszło ze w sumie to wszystko jest ok bo mieśniak jest malutki i nie powinien przeszkadzać w zajściu w ciążę
W miedzyczasie, okolo roku temu mój mąż wlądowal w szpitalu z objawami zaburzeń neurologicznych. Diagnozowali go 2 tygodnie przeswietlając wzdłuż i wszerz po czym postawili diagnozę/ nerwica depresyjna. Cała jego rodzina łącznie z nim stwierdziła że to nie jest trafna diagnoza ale ja wiedziałam ze to prawda. To własnie ja znam go najlepiej i szperając w internecie wyczytałam ze wszystkie objawy które miał i nasilały się przez ostatnie 5 lat z czasem prowadzą właśnie do nerwicy. Aktualnie jest juz lepiej ale od czasu gdy zachorował nasze starania o dziecko mocno się ograniczyły z wiadomych powodów. Parę miesięcy temu , właściwie przez przypadek udało mi sie zajść w ciążę lecz nasza radość skończyła się równie szybko jak zaczęła, ciąża okazala sie biochemiczna. Zaczynam tracić powoli nadzieję ze zostaniemy rodzicami, mamy tyle miłości do dania a nie mamy komu, doszło do tego ze naszego psa traktujemy jak dziecko i rozczulamy sie nad nim. Jesteśmy razem, kochamy się i momo iz teoretycznie żyjemy jak pączki w maśle to nie wiemy jak zapełnić tą pustke w naszym życiu, czy wogóle da sie ja zepelnić czyms innym niz śmiechem dziecka? na invitro i adopcje nie zdecydujemy się ze względu na osobiste przekonania (nie chcę wnikać w szczegóły) Mam straszne wahania nastroju, dobija mnie wszystko co złe, przezywam to bardzo jak widzę biedę, choroby, okrucieństwo wobec ludzi i zwierzat. Ciągle czegoś szukam i nie wiem czego, chcialabym zbawic świat a wiem ze nie jestem w stanie! Wiem że to w dużej mierze przez to że brakuje mi dziecka. Bardzo interesuję się psychologią i wiem ze powinnam isć na terapie ale z drugiej strony jak napatrzyłam sie na niektórych pseudo psychologów to stwierdzam że oni sami powinni udać się po pomoc. No i tak sobie zyje z tą pustką i bólem. Jak dobrze że papier(komputer) jest cierpliwy i można wszystkie swoje żale na niego przelać.
Czy ktos z was jest/był w podobnej sytyacji lub zna kogos z podobnym problemem? jeśli tak to będe wdzieczna za rady :)