taniewidzialna
10.06.22, 20:12
Hej,
sama właściwie nie wiem, czemu tutaj piszę - chyba dlatego, że w realnym życiu ciężko by mi się było przyznać komukolwiek do mojej sytuacji. I właściwie nie wiem, czego oczekuję - ale jeśli ktoś planuje mnie dobijać, to mogę już napisać, żeby sobie oszczędził, bo i tak już czuję się jakbym była pod poziomem morza, a osobą jestem dość wrażliwą. Mniejsza z tym.
Jest tutaj wątek o "starych" dziewicach. Tak, jestem właśnie jedną z nich. Nie uważam, żebym była jakimś wybrykiem natury, po prostu zawsze w pierwszej kolejności zależało mi na jakiejś więzi z drugim człowiekiem, a że takich więzi jakoś nie dane mi było mieć, to stało się jak się stało. Do tego dość późne dojrzewanie emocjonalne (tzw. late bloomer) i nieakceptacja swojego ciała doprowadziły mnie tu, gdzie jestem. Do miejsca, w którym może nie do końca chciałam być, ale które tak czy inaczej jest moją rzeczywistością.
Urodą raczej nie grzeszę, jestem z tych "niewidzialnych" dla mężczyzn. Przez długi czas mi to nie doskwierało, bo jako typ introwertyczny lubię spędzać czas sama ze sobą. Zresztą liczyłam, że kiedy najmniej się tego spodziewam, to "coś" mnie spotka. Nie spotka, teraz już to wiem i chyba będę w stanie zaakceptować.
Moje ciało w ubraniu wygląda nawet ok - jestem wysoka, szczupła i wydaje się, że mam duży biust. No właśnie - wydaje się, bo to mój największy kompleks. Dawno, dawno temu zdarzyło mi się raz dość mocno przytyć (zawsze byłam bardzo szczupła), a że tyję głównie w piersi (i brzuch) to sporo mi one urosły. Byłam wtedy za granicą i nie widziałam siebie "z zewnątrz", natomiast gdy zobaczyli mnie ludzie, którzy mnie znali, po ich reakcji wiedziałam, że jest źle. Natychmiast zaczęłam się odchudzać, stosując bardzo "mądry" sposób - przestać jeść. Schudłam owszem, i to szybko, ale w pakiecie dostałam obwisły biust. Moja wina, oczywiście, pamiętam jak raz się obudziłam i dosłownie poczułam tę obwisłość. Wcześniej nie miałam pojęcia, że podczas odchudzania najbardziej trzeba dbać o piersi, bo nie miałam w ogóle doświadczenia w tej kwestii. Odchudzałam się jeden jedyny raz w życiu i to o jeden raz za dużo. Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym to bez wahania, ale oczywiście nie da się. Brzydzę się nimi, zaczęłam nosić lepsze staniki i to chyba trochę pomogło, ale piersi nadal są wiotkie, nie są pełne, apetyczne. Wyglądają mniej więcej tak, jak na załączonym zdjęciu. Czyli okropnie. Wspominam z sentymentem czasy, kiedy moje piersi były małe i jędrne, kiedy mogłam chodzić bez stanika (choć tych czasów już tak naprawdę nie pamiętam). Obiecałam sobie, że jeśli tylko kogoś znajdę (w znaczeniu partnera), to zrobię operację, nie tyle dla niego co dla siebie (ale żeby ktoś przy mnie wówczas był, bo sama boję się iść gdzieś kroić pod narkozą, nikomu nic nie mówiąc). Partnera nie było, więc i piersi zostały takie, jakie były, a kompleks narastał.
I tu przechodzimy do klucza historii (o ile ktoś dotrwał) - mianowicie ostatnio kogoś poznałam, "kliknęło", zaiskrzyło, zwał jak zwał. Aż sama się nie mogłam nadziwić co on we mnie zobaczył, bo wydawał się dużo fajniejszy ode mnie - bardzo wyważony, z szacunkiem do innych, umiał słuchać i mimo że był drobny, to był jednocześnie męski. Lubiłam jego głos, to jak mówi w obcych językach i w swoim ojczystym (niemiecki), mieliśmy podobne poglądy. Podobał mi się, po prostu. Nawiązała się między nami jakaś nić porozumienia - tej, której tak mi brakowało. I nie chodziło o to, że liczyłam na związek - znaliśmy się kilka dni, zresztą poznaliśmy się na międzynarodowym evencie i on po wszystkim wracał do siebie (do Niemiec), więc logiczne, że nie było co do tego dopisywać przesadnej ideologii. Mimo wszystko, chyba zauroczyłam się.
Będąc tam (na wyjeździe) raz wracaliśmy razem do hotelu, byłam pijana i on mnie wtedy pocałował. Nie podobało mi się, bo od razu wepchnął mi język do gardła (a nie lubię tego :P), ale mu o tym powiedziałam i było ok, wracaliśmy trzymając się za ręce i to mi tak naprawdę wystarczało - ta bliskość emocjonalna, dla mnie dużo ważniejsza niż aspekt fizyczny.
Po całym evencie, on przyjeżdżał jeszcze do Warszawy, skąd miał następnego dnia odlot, więc się spotkaliśmy. Niestety nie wiem, co mi do głowy strzeliło, co sprawiło, że zachowałam się tak głupio, jak się zachowałam, ale stało się jak się stało. Widzieliśmy się na mieście. Niestety (mimo wieku) nadal czasami przesadzam z alkoholem. I tu też tak było. Upiłam się dość mocno i trafiłam z nim do mieszkania, które wynajmował. Nie zakładałam żadnych zbliżeń na tym spotkaniu, chciałam się tylko całować, ale w tym mieszkaniu, chyba pod wpływem alkoholu nagle stwierdziłam, że to jest ten moment, żeby pozbyć się tego mojego balastu, że zrobię to teraz, będę miała wreszcie z głowy, a jego przecież już nigdy nie zobaczę. Nie krępowałam się, żeby ściągnąć stanik, a przecież on musiał wyczuwać, że moje piersi są nijakie, miękkie itd. A do tego nie byłam przygotowana na ewentualność zbliżenia, więc na dole nie byłam w ogóle wydepilowana. Ale stwierdziłam, że skoro oboje jesteśmy pijani, to jakoś to pójdzie. Nie poszło. On podszedł do mnie, dwa razy próbował wejść, ale potem po prostu wyszedł do łazienki, a po tym poszedł spać. Domyślam się, że obrzydził go mój widok, jak na mnie patrzył z tamtej pozycji i po prostu sobie odpuścił. Ja się szybko ubrałam i o 3 w nocy wracałam sama do domu przez deszczową Warszawę. Czy dojechałam do domu, oczywiście nie zapytał. Zniknął, tak po prostu, a ja zapewne nigdy już go nie zobaczę (co ma też swoje plusy, bo chyba spaliłabym się ze wstydu).
Jeśli ktoś dotrwał do tego miejsca, to chodzi o to, że moja samoocena, jako kobiety, teraz właściwie nie istnieje. To, czego się najbardziej obawiałam - że ktoś nie zaakceptuje mojego ciała, stało się tak naprawdę rzeczywistością. I powodem, dla którego jest mi tak cholernie smutno, jestem tak zdołowana, że nie wiem, jak się po tym pozbierać. Czuję się absolutnie do niczego.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że najbardziej mi szkoda tej nici porozumienia, tej której tak dawno nie czułam, przez te kilka dni wyjazdu świat wyglądał nagle w innych barwach, wydawało mi się, że ktoś mnie rozumie, ktoś czuje tak samo jak ja. I wyobrażam sobie, że gdybym nie dopuściła do tego wszystkiego, to miałabym chociaż fajne wspomnienia - wakacyjnego "romansu", zwał jak zwał, tej sytuacji, gdzie ludzie spotykają się przypadkiem, nie znają się, a mimo to wytwarza się między nimi jakaś dziwna, niezrozumiała więź. Nie twierdzę, że ta znajomość byłaby kontynuowana, bo pewnie by nie była. Ale dużo bardziej wolałabym ją zatrzymać na tym stopniu emocjonalnym i miło wspominać jako coś, co myślałam, że mi się nie może przytrafić, a jednak się przytrafiło.
Rzeczywistość jest jednak jaka jest, ja nawaliłam, zbłaźniłam się i teraz czuję się gorzej niż kiedykolwiek. Na pewno drugi raz już do czegoś takiego nie dopuszczę, wolę już zostać dziewicą na zawsze niż doznać ponownego upokorzenia. Ale jeśli ktoś ma radę, co zrobić, żeby poczuć się, że nie jestem niczym, że nie jestem bezwartościowa, tylko coś jednak znaczę, będę bardzo wdzięczna za podpowiedź. Bo w tej chwili czuję się jak największy potwór na świecie - brzydki, odpychający, na którego nikt nie chce patrzeć. Nie jestem bezwartościowa - ale tylko jeśli chodzi o mój umysł, ciało jest jak widać dużo gorzej oceniane, a dla kobiety to mimo wszystko podstawa. I z tym nie mogę sobie poradzić. Wszystkie moje kompleksy zostały potwierdzone - tak, miałam rację. Tylko co mi z tej racji, skoro akurat w tym jednym przypadku naprawdę wolałabym jej nie mieć ...
Jeśli ktoś przeczytał do końca i będzie chciał się ze mną czymkolwiek podzielić, będzie mi może trochę lżej. Ale i tak zdaję sobie sprawę, że będę się z tym musiała sama uporać. I zaczynam aż wątpić, czy w ogóle dam radę ...
Pozdrawiam ...