sojanka1
25.02.05, 02:34
Wybaczyć jak to łatwo powiedzieć...
Jak łatwo powtarzać sobie będę wyrozumiała, szlachetna, bez skazy... Jak
łatwo obserwować bliższych i dalszych znajomych i mysleć sobie "ja
postapiłabym rozsądniej, lepiej". Jak łatwo udzielać dobrych rad, uwzględniać
wszystkie za i przeciw i najnowsze rady specjalistów, gdy sprawa nas nie
dotyczy.
A potem przychodzi taki dzień, gdy wszystkie nasze mądrości biorą w łeb.
Dla mnie ten dzień przyszedł 31 grudnia 2001 roku.
Byliśmy ze sobą z R. kilka długich miesięcy. Wiedziałam, że się rozwodzi. I
to wcale nie przeze mnie. Poznaliśmy się, gdy nie mieszkał już z żoną, a
papiery rozwodowe leżały w sądzie od kilku miesięcy.
Myślałam, że mam do czynienia z mężczyzną wolnym, o ile wolny może byc
mężczyzna po pięciu latach małżeństwa, z trzyletnim letnim synem i kilkoma
tysiącami małżeńskich długów na koncie. Znałam jego słabości. Wiedziałam o
przeszłości. A jednak miałam w sobie mnóstwo siły i wiary, że nam się uda.
Walczyłam. Przymykałam oczy, gdy dzwonił telefon, a on musiał wyjść do
łazienki, by porozmawiać na osobności. Chodziłam sama do kina, gdy on musiał
zabrać synka na huśtawki. Spałam sama, gdy on musiał uzgadniać do późna z
żoną podział majątku i długów.
Przeżyłam podzielone święta. Samotne ubieranie choinki. Puste miejsce przy
stole.
Wierzyłam, że tak musi być.
Aż przyszedł Sylwester. Długo i cierpliwie przekonywał mnie dlaczego nie
możemy nigdzie razem pójść. Tłumaczył, że będzie pilnował synka, towarzyszył
mamie, pewnie gdybym dłużej naciskała powiedział by nawet, że leci w lot na
Księżyc. Wreszcie nie wytrzymał i powiedział prawdę.
"Zamierzam spędzić Sylwestra z moją żoną. Wiesz, kiedyś obiecaliśmy sobie, że
pójdziemy na sylwestrowy bal. Jakoś nigdy nie mieliśmy na to kasy. Nie, nie
kocham jej... ale wiesz, takie stare marzenie..." - nie słyszałam dalszych
słów. Kazałam mu zabierać wszystkie rzeczy i jaknajszybciej się wynosić.
Nie wierzyłam ani jednemu słowu.
Nie chciałam uwierzyć.
Spokojnie patrzyłam jak zbiera swoje płyty i książki, jak osieroca moją
szczoteczkę w łazience i zabiera swojego ulubionego jaśka. Patrzyłam, a serce
rozrywał mi wielki ból. Ale nie uroniłam ani jednej łzy. Pomyślałam, że tak
bedzie lepiej.
Że zasługuję na kogoś więcej niż takiego emocjonalnego popaprańca.
To był najgorszy sylwester w moim życiu. Ryczałam od pierwszego drinka, aż do
drugiej w nocy, kiedy nie uśpił mnie mój własny płacz.
Nastepne dni nie były lepsze.
Ale przyszedł dzień w którym obudziłam się bez pieczenia powiek. tego dnia
kawa miała lepszy smak. A niebo było błękitne. Na jabłoni przed domem
zakwitły pierwsze kwiaty.
A On? Podobno na Sylwestra żona tańczyła całą noc z jego najlepszym kolegą.
Ale nie jestem pewna. Nigdy się nie dopytywałam. Zresztą, nie było kogo. Już
nigdy więcej się nie spotkaliśmy z R.