muszek0
12.06.02, 11:29
w pewnym mieście, w pewnej znanej firmie pracuje sobie pewien koleś. wsród
znajomych ma opinię przebojowego, ambitnego, kreatywnego człowieka sukcesu itd.
gadki-szmatki w tonie kapitalistycznej retoryki. jest jeszcze niesamowitym
wazeliniarzem i lizuskiem szefa. gdy zwalniało się stanowisko szefa działu
przebijał wszystkich swoim włazidupstwem, ale okazało się coś jeszcze.
podkładał świnię swoim kolegom z działu; jakieś aluzje, jakieś krętactwa,
jakieś manipulacje. skutek był taki, że on został szefem działu a inny kolega
został przeniesiony na inne stanowisko, co w zasadzie było degradacją.
spotykam go <świeżo upieczonego kierownika> co jakiś czas i zauważam u niego
straszną pogardę do innych ludzi, szczególnie do tych, którzy mało zarabiają i
nie mają wyeksponowanego stanowiska. osobiście mam go w dupie, ale zastanawiam
się jaka jest granica, jaka musi być korzyść, żeby zostać kompletną szmatą.
to, że jest się bez zasad i bez kręgosłupa, to już jego problem sumienia, ale
iść po trupach do celu, to już zupełne skurwysyństwo.
patrzę na to z boku i nie powiem, trochę mnie mdli.