chicquita
19.03.05, 23:38
dziś znowu przechodziłam przez /epi/centrum świata społeczno-polityczno-
religijno-kulturalnego naszego kraju- placyk przy graffiti przy stacji metra
centrum. Tylko tam można w biały dzień spotkać tak ogromny
wachlarz "wielkich" osobowości w tak dużym stężeniu. Jest tam prorok zza
wielkiej wody, wykrzykujący z wielkim zaparciem "sze jezus pszyjrzje!", armia
ulotkowciskaczy, pan waldek z gitarką /imienia pewna nie jestem/ pełniący
rolę naszego stołecznego elvisa, panie z partii zielonych nakłaniające do
złożenia podpisu i wstąpienia w ich zielone szeregi, pan ikonowicz prowadzący
swą kampanię wyborczą, bo "to inaczej miało być przyjaciele...", członkowie
młodzieżówki pisu rozdający zapałki, skośnookie panie rozdające wafelki ze
zbawianiem gratis, jacyś bębniarze, no i zawsze trafi się jakiś żebrak z psem
i bez nogi. fajnie tam jest ;)
no ALE... jest tam też pewien zespół /?/, którego znieść nie mogę, a
mianowicie INDIANIE. do szału doprowadzają mnie tą swoją psełdomuzyką, która
zagłusza całą resztę, w tych swoich pseudoindiańskich strojach. i na prawdę
pojąć nie mogę, że ludzie się zatrzymują, oglądają a nawet im płacą! tylko
indianie mają taką oglądalność/słuchalność. dlatego się pytam /z czystej
ciekawości/: na czym polega fenomen indian?