carry1
28.04.05, 09:52
Hej dziewczyny.
Czytam sobie wasze wypowiedzi z łezką w oku. Kiedyś też byłam taka
szczęśliwa, naiwna, usychałam z tęsknoty. A teraz twarda rzeczywistość.
Mineło 13 lat od kiedy zaczeliśmy znajomość i 11 lat od ślubu. Minął rok od
rozstania i początku walki. Zdecydowałam się napisac aby was przestrzec i dac
trochę rad. Mój Marynarz sobie pływał a ja wychowywałam dzieci (2) budowałam
dom, pracowałam i uczyłam się zaocznie. Nie miałam do pomocy nikogo poza
moimi rodzicami. Kochani teściowie mimo że mieszkali 2 klatki od nas nie
kwapili się nawet żeby odwiedzać wnuki a już nie wspomne o jakiejkolwiek
pomocy. Nie podobało im się wszystko co robię. Całe 10 lat uważali że
krzywdze ich syna jedynaka który "tylko" spełnia swoje marzenia o pływaniu. A
ja ta niedobra czasem śmiałam wyjść do znajomych na imieniny, pojechać z ich
wnukami na wczasy (sama!)i raz na jakiś czas zaprosić znajomych do siebie na
kawę. Mamusia cierpiąca na toksyczną miłość do synka uważała że mam założyć
habit i siedzieć w domu smażąc konfitury. Nie wolno broń Boże lepiej ubrać
dzieci bo przecież na to zarabia ciężko jej synek. A co na to synek? NIc.
zamiast mnie wspierać twierdził że nie może matce zwrócić uwagi. Na początku
małżeństwa miałam obiecane krótkie rejsy. Z upływem, czasu dowiedziałam się
że jego marzeniem jest awansowiać do stopnia kapitana. Wiecie zapewne jak to
wygląda. Odpowiednia ilość wypływanych miesięcy w stopniu oficera najpierw
III potem II itd. No i kursy w Szczecinie bądź w Gdyni. Mieszkamy na południu
Polski wiec oczywiście jego powroty do domu kończyły się i tak osobno. Rejsy
trwały 8, 9 a nawet 16 miesięcy! Pobyty w domy początkowo 6 miesięczne
przeszły na 2 miesiące. Stawaliśmy się sobie obcy, mamusia ciagle się
wtrącała a M nic nie robił. Jak było źle to pakował się stwierdzają że on
wyjeżdża a my mamy załatwić to między sobą. Oczywiście od 2 lat jest
kapitanem, dom nawet nie wie kiedy się wybudował ponieważ nawet nie
uczestniczył w przeprowadzce. Wrócił na gotowe. A teraz przejdę do sedna
sprawy. Małżeństwo się rozpadło. Dwoje obcych sobie ludzi nie może żyć razem,
to nie ma sensu. I w tym momencie się dowiedziałam że: to ja mam się
wyprowadzić z domu ponieważ gdy kupowaliśmy działkę córka miałą 2 miesiące,
ja nie mogłam iść dopełnić formalności z nim u notariusza wieć poszła mamusia
( nie wiedziałąm o tym wcześniej!) i wpisał że kupuje działkę z odrębnego
majątku! mimo że razem na nią zaoszczędziliśmy. Teraz wszystko co na niej
stoi jest jego. Mam mu oddać samochód ponieważ kredyt wzięty jest na niego.
Do sądu na sprawie o alimenty załatwił sobie od spółki z Gdynie gdzie jest za
której pośrednictwem jest zatrudniony u holendrów zaświadczenie że zarabia
2600$ i pływa 6/6mies. W pozwach rozwodowych pisze ze jestem leniem (a dom
się sam budował!?), nie pracowałam (a wychowywanie 2 dzieci sama? plus
zaświadczenia z 7 lat pracy-bo oczywiście pracowałam!), do domu oczywiście
wprowadziła sie mamusia a ja wylądowałam z dzieci w wynajetym mieszkaniu.
Walcze przez komornika o polowe majatku. Jak udowadniam wysokosc zarobkow?
Zdążyłam poodbijać na ksero jego kontrakty, wnoszę do sądu o zobowiązanie go
do przyniesienia tychże kontraktów(oryginałów), książeczki marynarza (tam są
daty mustrowania), zaswiadczeń które przedkłada w bankach gdy bierze kredyt
(tam sa prawdziwe dochody). Przypuszczam że niejedną żonę w trakcie rozwodu
tak ich mąż marynarz załatwił. Ja sama nie wiedziałam bym co robić gdyby nie
opowieści mojego męża którymi mnie raczył przez lata małżeństwa jak to jego
koledzy oficerowie załatwili żony na rozwodach właśnie takimi lewymi
zaświadczeniami, oczywiscie był pełen podziwu dla nich. Cały czas mówi że
wykończy mnie psychicznie, fizycznie i finansowo. Bo on ma kasę a ja nie.
Trochę mu mina zrzędła gdy się postawiłam. Myślał że mnie przestraszy. Bez
kasy też można być silnym! Mój mąż jako kapitan zarabia 4300$ / mies. Daje w
tej chwili dobrowolnie 500 zł alimentów. To jest kpina. Uzurpuje sobie
jeszcze do tego jakieś prawa do dzieci po powrocie z rejsów. Pomysły typu:
dzieci mają się spakować i przeprowadzić do mnie na 2 miesiące dopóki nie
popłynę w rejs. W nosie ma to że dzieci są związane ze mną mocno i bedzie to
dla nich szok gdy na tak długo rozstaną się z matką. Dzieci płaczą.
Wynajełam najlepszą adwokatkę w mieście. Walczę i się nie poddaję. Zabrał mi
wszystko, 10 lat życia - 10 lat obiecanek. Leczę sie na nerwicę, refluks, mam
zaświadczenia do sądu ze nie wolno mi się denerwować. Gdy wraca na 2 miesiące
zabiera dzieci, wyłancza tel, wywozi ich nad morze na kilka dni a ja ich
szukam. Wraca za 2 tyg, już się boję. Zdradzał mnie w rejsach, o czym wiem a
on mi się śmieje w twarz że wiedzieć sobie mogę ale w sądzie potrzebne są
dowody. Może mnie potepicie po tym co teraz napiszę. Dziewczyny! Uważajcie i
obserwujcie, zabezpieczcie sie zebyście kiedyś nie musiały walczyć tak jak
ja. Może jest tutaj jakaś żona w podobnej sytuacji? Może powymieniamy się
radami? Co jeszcze mozna zrobić? Co zanieść do sądu? Pozdrawiam wszystkie
rozwódki po marynarzach. Tzrymajcie się ciepło! Pozdrawiam wszystkie przyszłe
żony marynarzy. Życze dużo siły bo uwierzcie mi - będzie wam potrzebna.