lucrezia_borgia
09.08.02, 21:29
Piję. Nie wiem, czy jestem alkoholiczką. Zdecydowanie jestem pijaczką.
Pijuską. Tankerką.
Zawsze lubiłam alkohol, ale przez wiele lat moje picie było "w normie".
Imprezy, imieniny, czasem "kielonek" przy okazji jakiejś wizyty - standard.
Dokładnie 3 lata temu, w wakacje, w sklepie stwierdziłam, że mam ochotę na
szampana - ot tak kompletnie bez przyczyny. Szampan trafił do koszyka.
Pamiętam, jak mnie to rozśmieszyło - ot tak biorę i kupuję alkohol, z czystej
fantazji.
Zaczęłam pić bez okazji coraz częściej. Kupowałam zazwyczaj butelkę wina i
sączyłam sobie wieczorami. Po kilku miesiącach okazało się, że mogę taką
butelkę wypić w ciągu jednego wieczoru i nawet się nie porzygam. Rano czułam
się chora, ale wiedziałam, że to cena za moje ciągoty...
Był mężczyzna, nie było picia. Mężczyzna odszedł. Przyjaciele są, ale albo
daleko, albo mają już własne życie rodzinne, zajęci są partnerami, dziećmi.
Ja mam swoje mieszkanie i kota. I komputer.
Pewnego dnia okazało się, że to już jest picie codzienne. Wciąż to samo wino.
Pewnego dnia okazało się, że skończyłam butelkę, a chętnie bym jeszcze coś
wypiła. Więc poszłam do oddalonego o 20 minut drogi supermarketu. Tylko po to
wino.
Schemat zawsze był taki sam. Po powrocie z pracy - piwo. Dla ugaszenia
pragnienia. Potem, wieczorem - wino albo dwa wina. Niespokojna noc, wiadomo
przecież, że alkohol uwalnia substancje mocno pobudzające organizm. Po
pierwszym pijackim twardym odpłynięciu - płytki sen. Nad ranem wyrzuty
sumienia, wymyślanie sobie od pijaczek, dziwek, alkoholiczek i twarde
postanowienie, że to już był ten ostatni raz... Pół dnia, żeby dojść do
siebie po kiepsko przespanej nocy. Po południu już o tym wszystkim nie
pamiętałam... nie, pamiętałam, ale nie myślałam. Myślałam tylko o tym lekkim
radosnym feelingu, jaki daje mi "moje" wino. I szłam do sklepu. I rano znów
było to samo, plus lekkie pobolewanie wątroby...
Kilka miesięcy temu zrobiłam (nieważne z jakiej przyczyny) poważny rachunek
sumienia. Ważyłam 20 kg za dużo (do wina potrzebny jest serek, paluszki,
chipsy), miałam kłopoty z pamięcią i koncentracją, traciłam pieniądze w
sposób niekontrolowany. Spojrzałam sobie prosto w oczy. Nie powiem, co
zobaczyłam.
Od trzech miesięcy jestem na restrykcyjnej diecie. Biegam, ćwiczę, jeżdżę
konno, piję wodę mineralną i czerwoną herbatę. Piszę felietony do lokalnej
gazety, uczę się języka obcego (kiedyś płynnie posługiwałam się trzema).
Zmieniłam image, schudłam 13 z owych 20 alkoholowych kilogramów. Przesypiam
spokojnie noce, czuję się wyspana i wypoczęta. I tylko jedno mnie martwi. Od
czasu do czasu zdarza mi się powrót do "mojego" wina. Tak raz na dwa-trzy
tygodnie. Okazja jest banalna - sukces zawodowy, finansowy, towarzyski,
albo... "z okazji braku okazji". Rano budzę się ciężko chora (organizm już
nie toleruje alkoholu tak jak jeszcze pół roku temu) i ciężko zmartwiona. Dwa
dni dochodzę do siebie i wracam do mojego nowego stylu życia, aż pewnego
wieczoru znów...
Wiem i widzę po sobie, że umiem żyć bez alkoholu i dobrze mi bez niego. Muszę
tylko odepchnąć od siebie tego demona, który raz na jakis czas kusi mnie
wizją krótkotrwałego zapomnienia. Czy potrafię dać sobie z tym radę sama -
bez niczyjej pomocy, tylko siłą swego charakteru?...
PS. Ten sam post umieszczę na jakimś forum psychologicznym, ponieważ wierzę w
szczere dobre rady tu na "Kobiecie", a tam - na ewentualną pomoc specjalisty.
Proszę, uwierzcie, że to nie jest żadna prowokacja, tylko szczera prawda. Mój
pamiętnik ostatnich trzech lat.