Gość: kretyn
IP: 195.94.203.*
07.10.02, 14:52
Czuję się fatalnie. Ledwo rozpczęty związek rozpadł mi się z hukiem. Iskrzyło
ostatnio, nie było najlepiej, ale nie było też jakoś skandalicznie źle. Fakt
nie miałem ostatnio od niej wiele ciepła ani uwagi. Ciągle jej nie było,
wracała po 24:00, nawet o sms, że wróci późno się musiałem upominać bo sama
jakoś nie myślała, że potrzeba, że będę się martwił itd. Czułem się
traktowany jak wygodny służący co to wypierze, posprząta, nakarmi. W innych
sprawach się sporo złego o sobie nasłuchałem, że jestem agresywny, że jestem
okropnym egocentrykiem, że nie kocham ludzi...
Ale na początku tak na mnie czule patrzyła, tak się we mnie wtulała, tak się
łasiła. Ładna jest, lekko przy kości z cudownym ciałem i ja tego jej
przytualnia nie mogłem się nasycić. Ciągle było mi mało.
Jakoś szybko od czułości i od słów, że jestem dobry i mądry przeszła do
nieprawdopodobnie częstej krytyki mnie, że jestem egocentrykiem, że pełno we
mnie agresji. No właśnie, a to mi się wydawało, że to w niej jest b. dużo
agresji. Ona w taki okropny sposób zwracała się do mnie jak uważała, że ja
jej przerywam. Cała się zamykała, głośno syczała, to było takie blokowanie
się na słowa, na komunikaty z zewnątrz. Manifestacyjnie podnosiła ręce i
spinała całe ciało.
Tyle znajduję jej cech niedobrych, a tak bardzo mnie boli, tak potwornie
czuję się źle, jestem koszmarnie rozbity. Wszystko na około takie szare. Jej
twarz dziś w windzie taka bezwzlędnie obojętna, bez odrobiny zainteresowania.
Patrzyłem na nią i poszukiwałem choć najdrobniejszego cypelka, możliwości
zahaczenia, pociągnięcia, ale nic.
Widzę, że ona jest bardzo gwałtowna. Podejmuje szybkie i nieodwoływalne
decyzje. To prędzej czy później tak by się skończyło, ale dlaczego tak boli?
Dlatego, że w sobie wyhodowałem ideał, że czułem się bezpiecznie i dobrze
choć to była ułuda?
A co zrobiłem? Byliśmy u znajomych i oni się strasznie do siebie odnosili. Ja
się z nią dogadać nie mogłem wszystko to się przenosiło na nas. Najbardziej
to chciałem ją wyciagnąć do domu, ale miałem już doświadczenie, że nie uda mi
się to. Ona ostatnio z nimi dużo więcej czasu niż ze mną spędzała. Z nimi i
innymi. Ciągle ktoś potrzebował pomocy, wsparcia, a ja od tygodni wracałem
ciągle do pustego domu. I ja kretyn jeden w furii, że mnie nie słucha, że
tylko nimi się zajmuje podbiegłem do nich i walnąłem ich o siebie głowami.
Jednemu stłukłem okulary i dotkliwie rozbiłem łuk brwiowy.
Jestem załamany nie tylko tym co zrobiłem ale i swoją reakcją, swoją agresją,
głupotą. Straciłem kobietę, w której zakochałem się szybko i szybko z nią
zamieszkałem. Stało się to po latach złego i zimnego związku z inną kobietą.
Myśląc, że oto jest ktoś kogo ja obchodzę, kto myśli, czuje i pragnie tego
samego wpakowałem się w kolejny szalony układ. Może była atrakcyjna bo taka
inna od poprzedniej?
Wszystko to wiem i mówią mi znajomi i przyjaciele, że to minie, będzie
lepiej, ale teraz tak okropnie boli. Nie mam siły pracować i dziś znów wrócę
do pustego domu. Nie ma nic gorszego niż pusty dom.
Dlaczego niby chcemy tak prostych rzeczy, a tak się okropnie ranimy?
Kretyn