enumerator
29.01.03, 15:26
Moje małżeństwo od jakiegoś czasu przechodzi problemy. Zona oskarża mnie o
wiele rzeczy. Kiedy podczas rozmowy analizujemy po kolei całą konkretną
sytuacje zawsze okazuje się, że te oskarżenia są bezpodstawne. Takie wybuchy
występują średnio raz na jakiś czas. Po prostu w którymś momencie tak jakby
wyłączała się u niej możliwośc logicznego myślenia (np. zarobki a
wcześniejsze wracanie z pracy) i zaczyna się zupełnie emocjonalna jazda.
Wiem, że mój charakter nie należy do najłatwiejszych, ale równocześnie
uważam, że generalnie jednak moje zalety są spore. Znam wielu "gorszych"
męzów (i wiem co mówie) z którymi jakoś da się żyć. W zasadzie zdecydowalismy
się już na rozstanie, co mnie bardzo boli ze względu na dzieci. Nie mam
innego wyjścia, dlatego ze zaczynam się obawiac, że pewnego dnia dojdzie do
takiej sytuacji, ze jej emocjonalny stan niechęci do mnie urośnie do tego
stopnia, ze będzie nieodwracalny i bede musiał wyznaczać sądownie np. godziny
widywania z dziecmi. Proszę, pomózcie mi zrozumieć na czym to polega, że do
kobiet nie przemawiają racjonalne argumenty. I mam tu na myśli np. coś
takiego: mowię, że do końca zycia będziemy ze sobą związani, jako rodzice
dzeci w związku z tym powinno jej zależeć na tym bym miał dobrą prace itd,
itp bo to się bezpośrednio przekłada na sytuacje naszych dzieci. Brak
zrozumienia. Mogę zrozumieć, ze mimo woli zrobiłem jej jakąś krzywde. Ale
żeby nie być w stanie pomyśleć nawet o dzieciach? A był to mniej drastyczny
przykład.
Enum.
ps. Pytanie bonusowe: czy waszym zdaniem z takiej sytuacji jest jeszcze
wyjscie? Nie wiem czy ryzykować dalszą walke o przetrwanie.