gluchy73
17.10.06, 09:14
Sam nie wiem po co to pisze. Nawet nie wiem czy dobre forum wybrałem. Ale
właśnie opinia kobiet chyba najbardziej jest mi potrzebna.
Lat 30 mam - w miarę przystojny (żadnych problemów w relacjach z kobietami).
Skończyłem policealne, pracuję zarabiając średnią krajową. Mam żonę i syna.
Pomimo swojej ułomności nigdy nie miałem problemów z kobietami. Czy to ich
ciekawość, czy cokolwiek innego potrzeba matczenie itp ciągnęły ich do mnie
nie wiem. W każdym bądź razie powodzenie u kobiet miałem większe niż większość
zdrowych kolegów. Bedąc w szkole średniej zapowiadałem się na... dobrego
piłkarza bądź sprintera (100 i 200 m przez płotki). Niestety choroba
pokrzyżowała ambitne plany zarówno kariery sportowej jak i... studiów
prawniczych (moje marzenie zostać adwokatem). Obserwując otoczenie z jednej
strony wydaje mi się, iz jak na ograniczenia zdrowotne osiągnąłem dużo,
rodzina, praca, własny dom, samochód perspektywa podwyżki. Wielu zdrowych
ludzi miota się często nie stać ich na kupno mieszkania, auta czy innych dóbr
doczesnych. Ja to mam, mając 30 lat. Ale nie jestem usatysfakcjonowany, wciąż
odczuwam piętno "choroby", wciąż przeklinam ten ranek, gdy obudziłem sie w
"innym życiu". Wciąż nie rozumiem, dlaczego odebrano mi szanse na osiągnięcie
prawdziwego sukcesu, na pracę jaka mnie pociąga (adwokat). Wykonuję pracę,
która przynosi efekty finansowe, ale nie daje mi żadnej satysfakcji. Dlaczego
nie mogę tak jak inni mieć "wolnej ręki" iść w tym kierunku, w którym pragnę.
To prawda, że patrząc na ludzi podobnych do mnie rzec można iż osiągnąłem
wiele. Ale mnie to nie satysfakcjonuje. Brakuje mi akceptacji, brakuje mi
docenienia wysiłku jaki muszę włożyć w wykonanie danych czynności. Czasami aby
osiągnąć zamierzony efekt, muszę wykonać 2 a nawet 3 razy więcej pracy niż
zdrowi ludzie. To prawda, iż zawsze i wszędzie chcę aby traktowano mnie jak
zdrowego człowieka, ale czasem, czasami chciałbym u żony, u rodziców, u
znajomych zobaczyc ten błysk w oku, usłyszeć pochwałę, podziw za to co
osiągnąłem pomimo takich utrudnień. To prawda, że sam sobie poprzeczkę
postawiłem wysoko, ale czasem, gdy nie mam już siły, gdy przychodzi
zniechęcenie chciałbym usłyszeć jesteśmy z Ciebie dumni. A ja słyszę poradzisz
sobie zawsze sobie radziłeś. Czasem chcę usiąść i płakać (nie umiem), chcę
pokazać, że jest mi ciężko czasami z moją ułomnością, ale w takich chwilach
słyszę od żony, rodziców i znajomych, poradzisz sobie, a ja chciałbym usłyszeć
nie martw się, jak nie dasz rady pomożemy Ci.
Pewni dośc chaotycznie to brzmi, pewnie napiszecie, że inni maja gorzej ode
mnie - wiem to prawda.
Ale wyobraźcie sobie piosenkarza, który nagle traci głos i jego kariera się
kończy, dramat piłkarza, który bedąc na początku drogi do słąwy, będąc juz
rozpoznawalnym i szanowanym, nagle traci wszystko, tak jak CECH, bramkarz,
który został kontuzjowany w głowę. Czy on wróci do zdrowia, pewnie tak,
lekarzy ma dobrych, w przeciwieństwie do mnie. Ale czy będzie nadal grał, nie
wiem. Może jednak zostać trenerem, być blisko tego co lubi. A ja... ja ciągnę
ten wózek, zdając sobie sprawę, że pociągnąłbym jeszcze większy i z większa
werwą, gdyby mi pozwolono.
ps/żona jest zdrowa - pełnosprawną osobą, syn także. Tylko ojciec nieudany.
pzdr