Kobieta wyemancypowana

27.11.06, 21:00
Jaka wedlug was jest ta kobieta. Mnie sie wydaje ze kobieta
nieszczesliwa nie moze nalezec do tej grupy. Osobiscie uwazam ze kura
domowa z pewnoscia nalezy do tych wyemancypowanych, choc wiadomo nie
kazda. Kobieta przekreslajaca wszystkie stereotypy moze byc
wyemancypowana ale to nie swiadczy o tym ze napewno jest. Feministka,
doradzajaca innym kobietom jak postepowac w zyciu, mowiaca o wolnosci
pelnej zycia kobiet tez moze byc wyemancypowana ale nie zawsze mozna ja
zaliczyc do tej grupy kobiet wyemancypowanych. Kobieta na traktorze
moze byc o wiele bardziej wyemancypowana niz kobieta ktora ugania sie w
biurze za swoja kariera. Takie jest moje zdanie. A jakie jest wasze?
    • alpepe Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:01
      że chyba się czegoś naćpałeś.
    • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:01
      Ja nia jestem :). Pytaj!
      • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:06
        Wlasciwie to nie mam o co pytac. Uznaje to za fakt skoro tak sie czujesz, czy
        taka jestes. Uznaje tez jako fakt, ze jestes szczesliwa kobieta. Oby takich
        bylo wiecej.
        • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:10
          Jestem szczesliwa. Moje wyemancypowanie polega na tym, ze moge
          byc szczesliwa z facetem lub nawet bez niego. Wierze w demokratyczne
          rownouprawnienie. Daje facetowi tyle ile on mi daje. Czasami wiecej :).
          • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:21
            Rownouprawnienie jest dzisiaj faktem, takze wiara w nie powinna wg mnie byc
            tez raczej faktem a nie wiara. Czy mozesz mi poszerzyc to co napisalas o tym
            dawaniu dla faceta. Chodzi mi glownie skad ta "sprawiedliwosc" u ciebie
            wynika, z rozsadku, z milosci do niego, czy poprostu tak jak napisalem -robisz
            to z czystego sumienia sprawiedliwosci by sie mu odwzajemnic. I jak bys sie
            zachowala (zachowujesz?) jesli on ci daje mniej niz byc chiala? Czy tez
            dajesz mu wtedy mniej, pomimo iz moglabys dac duzo wiecej.
            • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:25
              Prosze bardzo. Jezeli jestem pod urokiem faceta to daje
              jemu tyle ile dac moge. Nie rozliczam sie :). Jezeli
              czuje, ze dostaje za malo to reklamuje. Rozmawiamy raz
              i drugi. Trzeciej rozmowy nie ma. Jest nowy facet :).
              Moje wyemancypowanie stawia kobiete na rowni z mezczyznami.
              Nie wyzej i na pewno nie nizej. I tak widze kazdy swoj
              zwiazek. Krotszy lub dluzszy.
              • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:42
                Wydaje mi sie ze jednak rozliczasz,choc nie bede sie tu upieral, w koncu ty
                wiesz lepiej niz ja, bo to ty doswiadczasz rzeczywistosci. No i ten "urok" tez
                jest tu zawiklaniem, kiedy mam go zestawic ze szczesciem kobiety za jaka
                siebie uwazasz. Z pewnoscia urok jest i moze byc tu atutem, ale by
                przodowal czy byl najwazniejszy w zyciu ja bym mial tu swoje obiekcje. Ja
                osobiscie swoje szczescie wiaze nie z powierzchownoscia (urokiem) lecz z
                wieloma innymi, glebszymi jak dla mnie wartosciami i uczuciami. Nie pisze
                tego by cie zmartwic, lecz by napomniec raczej, ze uroda przemija. Obawiam
                sie ze twoje szczescie, ktore ciebie dzisiaj otacza i stanowi glowna jego
                baze, tez z czasem zniknie. A ten "nowy facet", czesto zmieniany, coz, w miom
                przypadku powinienem powiedziec -nowa kobieta, bylaby dla mnie raczej tylko
                urozmaiceniem. Trudno byloby raczej taki uklad nazywac szczesciem.
                • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 21:48
                  W zasadzie mamy podobne poglady. Pisalam, ze obecnosc odpowiedniego
                  mezczyzny wzbogaca moje zycie :). Bez mezczyzny tez nie czuje sie
                  uboga :). Mam swoj zawod i hobby. Fajnie jest to dzielic z mezczyzna.
                  Ale bez podporzadkowania swojego zycia komus. Sama tego tez nie
                  wymagam. Lubie gdy mezczyzna ma swoje ulubione zainteresowania.
                  Oboje sie wzbogacamy i uzupelniamy. Nie trwam nigdy w nierozwojowym
                  zwiazku. I nie specjalnie mnie obchodzi co inni ludzie mysla :).
                  Mam swoje wymagania co do mezczyzn. Same noszenie spodni i penis
                  to dla mnie za malo :).
                  • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 22:09
                    Ja tez mam zawod i kilka hobby, ale to jest tylko czesc mojego szczescia.
                    Nazwe je dodatkiem do szczescia, bo to nie jest glowne moje szczescie, choc
                    jak juz mozesz sie domyslic, szczescie sklada sie z wielu aspektow zycia.
                    Chodzi glownie o to, by je potrafic czy umiec poukladac tak by sie czuc
                    zadowolonym, szczesliwym.Ja jestem za dobrowolnym podporzadkowaniem zycia
                    komus, jesli sie ma na to zyczenie czy potrzebe (zazwyczaj wewnetrzna). Nie
                    powinno to zupelnie przeszkadzac nikomu, raczej pomagac, prostowac droge itp.
                    Wydaje sie ze ty masz na mysli podporzadkowanie zycia komus pod czyjas
                    presja, a to juz jest inna para kaloszy i przyznaje ci racje -racje obrony,
                    jesli masz sie czuc i byc kobieta wolna. Nie wiem jak mam podejsc do twojego
                    okreslenia nierozwojowego zwiazku. Jesli juz tak jest (nierozwojowo), to czyz
                    nie jestes wspolodpowiedniczynia tegoz nierozwoju? Wszak "polowa" zwiazku
                    nalezy do ciebie. Przyjmij wiec i polowe jego niepowodzenia na tej
                    intelektualnej drodze. Moze pasowaloby napisac ze powinnas poczuwac sie do
                    przyjecia czesci jego nierozwoju, bo odnosze wrazenie ze tu glownie, jesli nie
                    tylko i wylacznie, winisz faceta. Byc moze mam mylne odczucie.



                    • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 22:26
                      Rozumujesz poprawnie :). Jestem wspolodpowiedzialna za kazdy zwiazek.
                      Mam 50% udzialow. U mnie wyglada to tak. Musze byc w zwiazku bardziej
                      szczesliwa niz jestem sama. Sama jestem pogodna, optymistyczna i latwo
                      usmiechajaca sie kobieta. Mezczyzna moze mnie uskrzydlic. I cudownie
                      jest gdy mnie uskrzydla. Jezeli czuje sie w zwiazku nieszczegolnie
                      to rozmawiam, romawiam i rozmawiam... Jezeli nie ma poprawy w moim
                      czuciu sie lepiej zabieram polowe swojej winy (nawet jezeli niekoniecznie
                      jest to polowa) i mowie sayonara. Nie placze, nie jecze i nie pytam
                      na forach co robic :). Radze sobie sama. Przez tydzien moge bys smutna ale
                      po tygodniu juz sie usmiecham. I zaczynam sie lekko rozglada :).
                      • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 22:48
                        Rozumiem. Moge tez myslec ze twoje szczescie nie jest stabilne, choc tak
                        naprawde to nikt z nas obecnie szczesliwych nie moze mowic czy gwarantowac
                        trwalosci swojego szczescia. W twoim przypadku sa widoczne przerwy w jego
                        kontynuacji. Pokusze sie na zapytanie ciebie bezposrednio -odnosze wrazenie ze
                        jestes kobieta troche egoistyczna (moge sie wiadomo mylic) bo to ze wymagajaca
                        to jest pewne, i wolno ci zreszta taka byc. Odnosze wrazenie ze nie chcesz
                        (byc moze nie stac cie z pewnych powodow) sie zbytnio poswiecac dla dobra
                        zwiazku. Wolisz poprostu splawic faceta jesli nastepuje szwank, bo naprawe
                        uwazasz za kosztowna lub niemozliwa. Odnosze tez wrazenie ze lubisz, czy
                        wolisz miec latwe zycie, ale to nie tylko ty zreszta. Mowisz tu glownie o
                        swoich wyborach, a przeciez sa tu dwie strony -czy kiedykolwiek facet postapil
                        tak jak ty -zostawil ciebie bo mu niepasowalo byc z toba? Jesli tak, jak to
                        przyjelas i czy byc moze nie wyciagnelas z tego pewnych nauk czy innych
                        perspektywicznych pogladow na postepowanie w swoim zyciu? Czy w intencji
                        twojej (planach?) i nadziei lezy to, ze z czasem bedzie jeden jedyny facet z
                        ktorym bedzie ci najlepiej (powiedzmy wystarczajaco dobrze by z nim byc),
                        czy tez twoj swiat nie zamyka w sobie takiej rzeczywistosci w przyszlosci.No
                        i jesli juz tyle pytan tu postawilem, to chcialbym tez poprosic i
                        dowiedziec sie o moze najwazniejszej sprawie (przynajmniej dla mnie
                        waznej) -czy kochalas/kochasz swoich partnerow z ktorymi bylas i jestes?
                        • jolamala Re: Kobieta wyemancypowana 27.11.06, 23:06
                          Nie odpowiem na wszystkie twoje pytania wyczerpujaco :).
                          Uproszcze sprawe. O egoizmie piszesz. Ty jestes altruistyczny
                          meczennik :)? Wiazesz sie z dziewczyna glupia, niechlujna
                          tylko dlatego, zeby jej zrobic "nieegoistyczna" przyjemnosc.
                          Tutaj mamy inne opinie i nie bede tego wiecej wyjasniala.
                          Moze wiesz, ze tylko osoba szczesliwa moze uszczesliwic osobe
                          druga. Inacze to nie dziala. Czy facet odszedl ode mnie?
                          Jasne, zdarzylo sie. Szanuje jego decyzje. Gdy mi zwiazek zaczyna
                          nie lezec to po probie postawienia zwiazku na nogi zegnam sie rowniez :).
                          Twojego okreslenia permanentnego szczescia tez nie rozumiem.
                          Tzn. rozumiem okreslenie ale nie wierze w jego istnienie. Szczescie jest
                          przerywane okresami "nieszczescia" i dlatego doceniamy szczescie.
                          Odnosze wrazenie, ze lubisz dyskutowac akademicko :).
                          Ja wiem dokladnie kiedy jestem szczesliwa a kiedy nie. Obecnie jestem.
                          Jezeli bywam nieszczesliwa to probuje ten stan aktywnie zmienic.
                          Prosze nie pisz juz o stabilnosci szczescia :). Rozejrzyj sie i zapytaj
                          - permanentnego szczescia nie ma. Szczesie samo na szczescie jest :).
                          • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 28.11.06, 02:25
                            jolamala napisała:

                            Ty jestes altruistyczny
                            > meczennik :)?
                            *Dlaczego odrazu altruizm wiazesz z meczennictwem? Przeciez to nie na tym
                            polega.
                            Wiazesz sie z dziewczyna glupia, niechlujna
                            > tylko dlatego, zeby jej zrobic "nieegoistyczna" przyjemnosc.
                            *Pojecie glupoty jest pojeciem wzglednym. Ja i byc moze ty tez nalezymy
                            do tych glupich.
                            > Moze wiesz, ze tylko osoba szczesliwa moze uszczesliwic osobe
                            > druga. Inacze to nie dziala.
                            Moge myslec ze twoi poprzednicy nie byli szczesliwi z toba skoro tej drugiej
                            osoby(czyli ciebie) nie potrafili uszczesliwic. Jednak zgodze sie ogolnie tu
                            z toba. Tak osoba szczesliwa moze uszczesliwic druga osobe, ale nie jest to
                            jedyny wariant szczescia tej drugiej osoby. Dziala to roznie.

                            > Twojego okreslenia permanentnego szczescia tez nie rozumiem.
                            > Tzn. rozumiem okreslenie ale nie wierze w jego istnienie. Szczescie jest
                            > przerywane okresami "nieszczescia" i dlatego doceniamy szczescie.
                            * Przeciez pisalem ze nikt go gwarantowac na przyszlosc, na wieki nie
                            moze. Czy to tak trudno zrozumiec?
                            Rozejrzyj sie i zapytaj
                            > - permanentnego szczescia nie ma.
                            Ja bym sie przy tym tak nie upieral. Byc moze go nie ma byc moze jest, ale
                            wydaje sie ze masz racje. Tylko nie wiem czy stuprocentowa, bo wyjatki sie
                            zdarzaja. Ja moge mowic o swoim szczesciu, bo o twoim mi nic nie wiadomo. Ty
                            sie pokusilas z odpowiedzia wszystkich szczesc, kazdego z osobna. Ciekawe
                            skad o tym wiesz.
    • glonik Re: Kobieta wyemancypowana 28.11.06, 01:50
      wielo-kropek napisał:

      > Jaka wedlug was jest ta kobieta. Mnie sie wydaje ze kobieta
      > nieszczesliwa nie moze nalezec do tej grupy.


      Ja tam nie jestem wyemancypowana. Umiem zmienić koło w samochodzie - ale
      wolałabym, żeby ktoś to za mnie zrobił.
      Umiem, i robię parę innych rzeczy, ale nie jest to dowód mojej emancypacji.

      Kocham Glonikowego. Bardzo.
      Skarpetek mu nie piorę, bo sam dba o to.

      Jestem bardzo stereotypowa, do momentu, kiedy przekonuję Glonikowego, że
      jajecznica na fasolce szparagowej jest pyszna.

      Dopóki Glonikowy nie pożarł wręcz mojego "wynalazku" - czyli ustąpił, nie
      wiedziałam, że walczę o emancypację i feminizm.
      Nie znam tego. Szanujemy się. Kłócimy i... wracamy do siebie.
      PS Glonikowy zrobił geniaaaaaaalny gulasz. A wiesz dlaczego był genialny? Bo
      podpowiedziałam mu, co mógłby dodać.
      PPS Nie doradzam nikomu. Mogę sie tylko dzielić, tym, co przeżyłam.
      Nie mówię co i jak ma być, bo nie znam życia innych kobiet. Żyję swoim życiem.

      PPPS Pozdrawiam.
      • wielo-kropek Re: Kobieta wyemancypowana 28.11.06, 02:06
        Podoba mi sie twoj post glonikowa. Pomimo ze jestres kobieta ale napisalas
        go tak po chlopsku, ze nawet ja potrafie zrozumiec. Jest poprostu madry,
        zyciowo madry. Oczywiscie kazda z kobiet ma swoja madrosc zyciowa, a twoja
        wydaje sie byc dopasowana do potrzeb i wymagan zycia. Jednym slowem potrafisz
        je ulepszac, nawet sola i pieprzem czy jakas tam fasolka.Ja tez nie jestem
        zwolennikiem emancypacji na sile, zmian dla samych zmian itd. Wszystko musi
        miec rece i nogi, ma sluzyc, pomagac w zyciu, a nie je komplikowac.
    • glonik PS 28.11.06, 02:03
      wielo-kropek napisał:

      Do tej pory nie czytałam poprzednich postów.
      Po lekturze, uzupełniam.
      Twoja interlokutorka pojęcia nia ma o związku, tego, co w nim zachodzi.
      Nie podoba się? To wynocha. Bo jest optymistyczna. Dłużej niż tydzień się nie
      martwi. Bo następny ukochany będzie. I niech będzie.
      I tak cały czas??? Hmmmmm.......
      Jednak jestem staroświecka. Kiedyś się skończy.
      • wielo-kropek Re: PS 28.11.06, 02:09
        Widzisz ja mam pojecie o swoim zwiazku i doskonale wiem co w nim zachodzi.
        Wydaje sie ze ty wiesz co zachodzi w czyichs zwiazkach, no, ale ja
        osobiscie tej wiedzy ci nie zazdroszcze.
        • glonik Re: PS i moja wina.... 29.11.06, 19:20
          wielo-kropek napisał:

          > Widzisz ja mam pojecie o swoim zwiazku i doskonale wiem co w nim zachodzi.
          > Wydaje sie ze ty wiesz co zachodzi w czyichs zwiazkach, no, ale ja
          > osobiscie tej wiedzy ci nie zazdroszcze.

          Moja wina. Źle wkleiłam odpowiedź. To nie było do Ciebie, tylko do tej Pani,
          która pisze: a to ona zrywa związek, a to jakiś tam on, bo się nie podoba.
          Dla mnie nie ma w tym momencie "związku". Są przelotne znajomosci. Krótsze,
          dłuższe. Żaden tam zwiazek... no chyba, że dwa miesiace nazwiemy związkiem.
          Przepraszam Cię jeszcze raz.
          Pamiętam, co pisywałeś i piszesz o Swojej Żonie. Za to Cię szanuję.
          Wybaczysz?
          Pozdrawiam Ciebie i pozwolam sobie pozdrowić Twoją Żonę.
          • wielo-kropek Re: PS i moja wina.... 30.11.06, 01:38
            Zadna twoja wina. Nie masz za co tez mnie przepraszac. Wybaczac ci tez nie
            widze sensu bo naprawde nie wiem co tu mam wybaczac. Nie wazne gdzie
            wkleilas swoj watek. Ja zasugerowalem sie twoimi slowami gdzie piszesz ze
            ona pojecia nie ma o zwiazkach. Musze ci powiedziec ze ja tez nie mam go
            zaduzo jesli chodzi o czyjes zwiazki -tu sie powtarzam. Jak wiesz sa rozne
            zwiazki, z rozna historia, terazniejszoscia i wiadomo przyszloscia. Kazdy
            zwiazek stoi (buduje sie powinienem powiedziec, bo zwiazek nie stoi w miejscu,
            przynajmniej nie powinien i nikt nie moze czy nie powinien mowic mowic ze
            zbudowal swoj zwiazek) na swoim fundamencie. Kazdy z osobna widzi potrzebe
            istnienia zwiazku, kazdy ma swoje w nim granice ustepstw, wymagan, zrozumienia
            itd. Dlugo by pisac na ten temat, zreszta i tak wszystkim znany. Oczywiscie
            tez odnosze podobne wrazenie, ze wspolrozmowczyni tutaj widzi zwiazek swoimi
            oczyma, i co najwazniejsze chce widziec to co by chciala, a wiadomo ze w zyciu
            (zwiazkach) nie zawsze tak jest -stad tez i zmiana partnera czesta, ale to juz
            jej sprawa. Dla mnie osobiscie istnieje tylko i wylacznie zwiazek malzenski.
            Gdybym byl z kobieta na karte rowerowa nie nazywalbym tego zwiazkiem, ale nie
            przeszkadza mi jesli ludzie nazywaja takie uklady zwiazkami. Jak dla mnie nie
            wazne jak dlugo ludzie sie znaja (ty piszesz o dwoch miesiacach), wazne jest
            zas ich "glebokie odczucie", powaznosc wspolzycia i odwaga go
            zamanifestowac nie tylko przed partnerem ale oglonospolecznie. A o zonie
            pisze tu zawsze dobrze, ale za to nie naleza mi sie slowa poszanowania.
            Jezeli juz to wlasnie dla niej. Dla niej dlatego ze taka jest, ze zasluguje na
            moje dobre slowa, najlepsze. Tak czy inaczej dziekuje, od siebie jak tez i w
            imieniu zony. Rowniez pozdrawiam

            • glonik Re: PS i moja wina.... 30.11.06, 02:02
              wielo-kropek napisał:
              > Zadna twoja wina. Nie masz za co tez mnie przepraszac. Wybaczac ci tez nie
              > widze sensu bo naprawde nie wiem co tu mam wybaczac. Nie wazne gdzie
              > wkleilas swoj watek

              Ekhem, to Twój wątek.
              Rozumiem, że mona mieć 2 miesiące szaleństwa, które zakończą sie... no? Nijak.
              Ja zasugerowalem sie twoimi slowami gdzie piszesz że:

              > ona pojecia nie ma o zwiazkach. Musze ci powiedziec ze ja tez nie mam go
              zaduzo jesli chodzi o czyjes zwiazki

              Ja też.Ale jeśli czytam, że w tę, czy wewtę, to pstryk... to wybacz, nie nazwę
              tego czegoś związkiem.
              Chyba, że tylko bardzo chwilowym.

              > przynajmniej nie powinien i nikt nie moze czy nie powinien mowic mowic ze
              > zbudowal swoj zwiazek) na swoim fundamencie. Kazdy z osobna widzi potrzebe
              > istnienia zwiazku, kazdy ma swoje w nim granice ustepstw, wymagan, zrozumienia

              Ja też jeszcze nie zbudowałam. Staram się. Czasem moje lenistwo bierze górę
              Czasem, jak dziś, praca - wredny moment.
              Kawałek zdrowia, który muszę sprawdzić.
              I wiesz co? Jakby mi teraz Glonikowy powiedział - odejdź - odeszłabym.
              Ale On jest. I za chwilę włączając pranie, roztkliwię się nad jego
              podkoszulkiem.
              Jeeeeja..... Ty wiesz, o czym mówię, ja zaś zaczynam doceniać to, co Swojej
              Żonie mówiłeś.
              Głupio, prawda?
              • wielo-kropek Re: PS i moja wina.... 30.11.06, 02:17
                Powinno byc post a nie watek. Dobrze ze mam kogos kto mnie poprawia -dziekuje.
                Wiesz, a moze trzeba czy pasowaloby by mowic o zwiazkach wtedy kiedy dwoje
                ludzi sie zwiaza cielesnie, co? Pomijam tu "zwiazki" za kase, choc niejedna
                jest zwiazana ze stalym klientem i byc moze to jest najwazniejszy zwiazek w
                jej zyciu. Podobnie ma sie to tez do facetow. Czasem ma stala prostytutke i
                tylko z nia jest zwiazany, czyli w tym moim "nowym" pojeciu zwiazku. Co o tym
                myslisz.
                • glonik Re: PS i moja wina.... 30.11.06, 02:40
                  wielo-kropek napisał:

                  > Powinno byc post a nie watek. Dobrze ze mam kogos kto mnie poprawia -
                  dziekuje.
                  > Wiesz, a moze trzeba czy pasowaloby by mowic o zwiazkach wtedy kiedy dwoje
                  > ludzi sie zwiaza cielesnie, co? Pomijam tu "zwiazki" za kase, choc niejedna
                  > jest zwiazana ze stalym klientem i byc moze to jest najwazniejszy zwiazek
                  w
                  >
                  > jej zyciu. Podobnie ma sie to tez do facetow. Czasem ma stala prostytutke i
                  > tylko z nia jest zwiazany, czyli w tym moim "nowym" pojeciu zwiazku. Co o
                  tym
                  > myslisz.

                  Oj bardzo źle myślę. I nie chcę się dowiedzieć, że Glonikowy też ma "tylko"
                  prostytutkę.

                  A co do cielesności, to... teraz mam rozoranego kciuka, Glonikowy przypilnował,
                  żebym - może mniej sprawna - ale była.
                  Ostatnio mieliśmy kryzys. Nie "kciukowy", ale jedna noc, to było spanie
                  przyjacielskie, następny dzień... heheheheh.... ale już po rozmowie.
                  Nie chcę, nie chcę wiedzieć, że to tylko cielesność.... , bo Glonikowy jest
                  mój. Z wredotą, podnoszeniem głosu, ale i pielęgnowaniem mnie zagrypionej,
                  smarczącej, kichającej i potwornie pocącej się.
                  Dostałam pełną opiekę, bez jęków i żalów, i oddałam kiedy Jego zmogło. Nie, nie
                  z rewanżu, tylko z miłości.

                  Gdybyśmy tylko "cieleśnie" byli, to.... już by nas nie było. Bo w chorobie
                  jakoś mało atrakcyjnie wyglądamy. Nieprawdaż?
                  A prostytutka... Nie wiem Wielo-kropku... I nie chcę wiedzieć.
                  • wielo-kropek Re: PS i moja wina.... 30.11.06, 02:54
                    Jak to nie wiesz. Prostytutka tez cielesnie moze byc czy jest obecna i przy
                    grypie pomoze. I przytuli i "pokocha" jak trzeba. Zrobi wszystko. Ty z milosci
                    zrobilas mowisz, a ona za pieniadze do uslug zawsze chetna. Niby te same
                    czynnosci robicie, ale jakze roznie. Roznie w odczuciu szczegolnie, no ale
                    zeby odczuwac "wlasciwie" trzeba najpierw miec czucie, w rozumie czy sercu
                    przede wszystkim. Duzo ludzi skupia sie i dosc czesto kieruje tym czuciem w
                    srodkowej czesci ciala czlowieka. Nie powiem, tam tez sa wazne czujniki, ale
                    te musza byc podporzadkowane tym wazniejszym, na gorze. A moze powinno byc
                    odwrotnie, jak ty uwazasz.
                    • glonik Re: PS i moja wina.... 04.12.06, 20:56
                      wielo-kropek napisał:

                      > Jak to nie wiesz. Prostytutka tez cielesnie moze byc czy jest obecna i
                      przy
                      > grypie pomoze. I przytuli i "pokocha" jak trzeba. Zrobi wszystko. Ty z
                      milosci
                      > zrobilas mowisz, a ona za pieniadze do uslug zawsze chetna. Niby te same
                      > czynnosci robicie, ale jakze roznie. Roznie w odczuciu szczegolnie, no ale
                      > zeby odczuwac "wlasciwie" trzeba najpierw miec czucie, w rozumie czy sercu
                      > przede wszystkim. Duzo ludzi skupia sie i dosc czesto kieruje tym czuciem w
                      > srodkowej czesci ciala czlowieka. Nie powiem, tam tez sa wazne czujniki,
                      ale
                      > te musza byc podporzadkowane tym wazniejszym, na gorze. A moze powinno byc
                      > odwrotnie, jak ty uwazasz.

                      Wielo-kropku. Zmuszasz mnie nad zastanawianiem się, ćo Glonikowy robi, kiedy
                      nie jesteśmy razem.
                      A częściej nie jesteśmy, niż jesteśmy.
                      Ale pospekuluję...
                      Glonikowy chory, trza mu zastrzyki robić, lekarstwa wykupić...
                      Wstać i iść sam nie ma sił. Mnie nie ma.
                      Do kogo dzwoni?
                      Psiakrrrrrrrrrrrr........
                      Do byłej żony, choćby - jeśli się zgodzi.
                      Do przychodni. I niech nawet przyjdzie pielegniarka z baaaaaaaardzo długimi
                      nogami i nieanorektyczna - zgoda.
                      Ale prostytutka jako lekarstwo?
                      Nie zgadzam się! I nie chcę wiedzieć, że mu się numery pomyliły.
                      Bo to, że nie mieszkamy razem, mimo że jesteśmy małżeństwem, nakłada na nas
                      OBOJE szczególną troskę o dobre samopoczucie współmałżonka.
                      Nie kontrolujemy siebie, bo nie jesteśmy w stanie.
                      Możemy tylko wierzyć sobie i w siebie.
                      Pozdrawiam.
Pełna wersja