Gość: uzalezniona
IP: *.gl.digi.pl
13.04.03, 01:44
coz...pewnie nie napisze nic madrego ani nowego. Zakochalam sie, ale za
pozno,za pozno docenilam osobe kterj na mnie zalezalo. Teraz to juz nie ma
znaczenia, minelo 8 miesiecy, w ciagu ktorych zdazylam sie upokorzyc...bo
staralam sie zrobic wszystko zeby on mnie znowu chcial.A im bardziej sie
poswiecalam,tym bardziej on sie odsuwal i tym gorzej ja sie
czulam....Dodam,ze cos sie miedy nami dzialo,ale nie spalismy ze soba. Minely
trzy miesiace intensywnej "terapii odwykowej" i wydawalo sie ze juz w miare
mozemy wrocic do przyjazni(bo na poczatku to wlasnie nas laczylo)... Az dwa
tygodnie temu znowu nas ponioslo,znowu sie calowalismy i bylo cudownie.
Postanowilam ze zeby o nim zapomniec, przestane sie z nim widywac-choc jest
to trdune,bo jestesmy w gronir przyjaciol. spotkalismy sie dwa tygodnie
pozniej i oczywiscie moje postanowienie leglo w gruzach. Ale czulam sie
dobrze, wydawalo mi sie ze moje uczucia do niego oslably. dzisiaj,dwa dni
pozniej poszlam na impreze wiedzac ze ona tam bedzie, pewna siebie i
zadowowlona. Dopoki ten kutas nie zaczal podrywac jawnie na mocih oczach
innej dziewczyny... Ja oczywiscie wiem, ze powinnam dawno o nim zapomniec, ze
nie moge sie dac tak traktowac. Ale nie potrafie sobie z tym poradzic, on
jest jak narkotyk..... Nikt mnie jeszcze nie skrzywdzil tak bardzo jak on.
Chcialabym wykrzyczec mu to w twarz, ale okazalabym wtedy slabosc...i to ze
tak bardzo mnie to zabolalo. Nawet nie wiem czy oczekuje od Was pocieszenia,
nagany rady.... Po prostu czuje sie tak zle, ze musialam to napisac. w tej
chwili odechcialo mi sie zyc. nie moge uwierzyc ze jestem az tak glupia.