natrix78
25.07.07, 09:45
Mamy ostatnio mały kryzys w związku. Wychodzę wciąż z inicjatywą , żeby cos z
tym zrobić. Brakuje mi/potrzebuję ( i jak ktos to trafnie okreslił, nie
zamierzam za to przepraszać) po prostu rozmów-nie prostej informacyjnej
komunikacji,ale rozmów głebokich, intelektualnych. Czuję się zaniedbana jako
kobieta-( mój mąż -jeszcze sie nie przyzwycziłam:) od niedawna -3 lata w
zwiazku nieformalnym , malutki synek) i zaczynam miec schizy. Staram sie z
tym walczyc ...jestem teraz niestety na etapie ze przestało mi sie chciec
odzywac , tłumaczyc czy prosic "porozmawiaj ze mna", "czy cos ciekawgo działo
sie w pracy ?" , "Ładnie wygladam?" etc. Bo...przechodzi mi wtedy pod skóra
dreszczyk "Kobieto poniżasz sie". Powiedziałam mu ostatnio,że nasze kontakty
charakteryzuja się "niezbednym minimium " dla zachowania jako takich
stosunków . Nie wiem jak to rozegrac zeby było z klasą ,dosadnie i
uświadamijąco . Nie chcę jęczeć ,prosić , upokarzać sie. I wybuchac gniewem i
żalem. Bo on mnie wtedy załatwia swoim stoickim spokojem. I owszem przynaje
mi racje ,ze cos nie gra, ale mam wrażenie ze nie chce sie postarać zeby to
zmienic. Zdarza sie,ze czytając niektóre wypowiedzi znajduję w nich proste,
dosadne prawdy.Ludzie mają swoje doświadczenia, różne ,często świeższe
spojrzenia na pewne kwestie..dlatego wybrałam ta drogę ....