negra28
08.07.03, 19:20
a mianowicie - zdrada.
Moje drogie! Potraktujmy zagadnienie z należyta powagą - to, że każdy, bez
wyjątku (pomijam w tym momencie kwestię, czy każda bez wyjątku) mężczyzna
zdradzał, zdradza lub zdradzi żonę swą lub partnerkę - nie ulega dla mnie
kwestii. Pytanie - co z owym występkiem zrobić już "po"? Załóżmy - wyszło na
jaw, żona była wierna, jest to dla niej szok, jest bliska załamania, życie
traci sens, przestaje wierzyć w ideały, wartości stają się słowami na
papierze...ona była przekonana, że jej to nigdy nie spotka, dałaby sobie
głowę uciać! po jakimś czasie, wiadomo, wszystko w jakiś tam sposób się
stabilizuje, ale rany na duszy i w sercu pozostają.
Co owa zdradzona kobieta ma zrobić? chce wybaczyć, ale ciągle w niej to
siedzi. Następuje poprawa, maz jest niczym tabula rasa, ale wciąż pozostaje
owo nadszarpnięte zaufanie.
Zdradzić w odwecie? co to da i jak się po tym czuje?
wybaczyc? tak do końca sie przeciez nie da - juz nic nie bedzie takie, jak
kiedys.
odejsc? tylko dlaczego ja mam ponosic konsekwencje jego wyskoku?
zatruc zycie tej drugiej?
trwac w ziazku i zatruwac zycie partnerowi, a on, w pokorze, bedzie to
znosil? jak długo?
temat jest mi bliski, znam go z autopsji, niestety...sama tkwie w zwiazku, w
ktorym kazdy robi to, co chce - takie ultimatum zostalo mi postawione na
poczatku: albo akceptuje jego wyskoki ("mowie uczciwie: nie potrafie byc
wierny jednej kobiecie; ale jednoczesnie Ty wiesz, ze kocham tylko ciebie")
albo adieu! kochalam go szalenczo, demonicznie, do dzisiaj go kocham i za nic
nie rozstalabym sie z nim. coz mi zatem pozostalo - robic to samo...
Negra