wiu
22.08.08, 09:46
Zacznę może od tego, że jestem o wiele mniej otwarta na ludzi niż
mój mąż, wiąże się to z moją przeszłością, rodziną i wychowaniem.
Mam zaledwie kilku znajomych, z którymi mój kontakt jest raczej
luźny. Rzadko zapraszam gości i zawsze jest to dla mnie rodzaj
mobilizacji (wewnętrznej i ...można by rzec mieszkaniowej). Moi
rodzice wpoili mi powściągliwość w odwiedzinach, czyli np.
konieczność odpowiednio wcześniejszego umawiania się, "świętość
niedzieli i świąt", poszanowanie cudzego domu/terytorium, selektywne
dobieranie znajomych... itd. Jestem typem samotniczej outsiderki,
która jedynie od czasu do czasu wychodzi ze swojej kryjówki, ale
tylko jeśli ma naprawdę ochotę. Czasem fantazjuję nt. przeprowadzki
gdzieś w odludne tereny… kontakt z naturą, zwierzętami, lektura czy
oglądanie TV z powodzeniem zastępuje mi kontakty towarzyskie.
Mój mąż jest bardzo towarzyski, jego kontakty z wszystkimi są bardzo
swobodne i przychodzą mu naturalnie. Jest w stanie wieść pogodną
życzliwą rozmowę niemal z każdym, nie przeszkadzają mu bariery typu
wiek, status materialny, styl bycia itd. Jego ideał leży blisko
typu "domu otwartego". On niemal potrzebuje do szczęścia kontaktów z
ludźmi. Mniej przejmuje się tzw. „pozorami” – nie musi być ładnie
ubrany, mieć posprzątanego domu i zaopatrzonej lodówki, żeby przyjąć
kogoś pod swój dach. Żyje generalnie bardziej luzacko, nie przejmuje
się konwenansami.
Na te różnice nakładają się, albo raczej współistnieją z nimi,
różnice między naszymi rodzinami. Moi rodzice – właśnie – dbają o
konwenanse, są jakby „układniejsi”. Zawsze dążyli w życiu do „czegoś
lepszego” – starali się elegancko zachowywać, mieć „klasę”,
interesować się czymś więcej. Łatwiej mi wieść z nimi rozmowę,
wdawać się w intelektualną dyskusję, po prostu mamy więcej tematów.
Moi rodzice w lot łapią niektóre „kody”, jak np. mówię, że „tym
razem nie możemy przyjechać, bo postanowiliśmy spędzić trochę czasu
w domu, ze sobą, mamy trochę pracy… itd.”. Wiedzą, że trzeba się
zapowiadać, a jak przyjeżdżają, szanują cudze terytorium. Operujemy
tymi samymi pojęciami.
Jego rodzice pochodzą ze wsi, są ludźmi prostymi, choć ze średnim
wykształceniem, którym zapewne brakło w życiu „wyższego przykładu”.
Trudniej się im pewne rzeczy tłumaczy, przynajmniej mnie. Potrafią
przyjechać niż stąd ni z owąd w środku tygodnia roboczego i snuć się
pod domem w oczekiwaniu aż wrócimy z pracy (a wracamy koło 17-18).
Do głowy nie przyszły by im takie sprawy jak zakłócanie miru
domowego, narzucanie się, wpadania nie-w-porę, konieczność
przygotowania się na gości, poszanowanie cudzego terenu (nawet jeśli
gospodynią/panią domu jest synowa. Wyrywają im się czasem niezbyt
subtelne teksty w stylu „daj coś zjeść”. Ignorują moje sprzeciwy,
jeśli łamią pewne moje domowe „zasady” (np. uważam, że rodzice
przyjeżdżają do dzieci nie po to, by odwalać fizyczną robotę w
ogrodzie, do tego chcę ogród urządzić po swojemu i w swoim
tempie).Zasypują nas płodami rolnymi – a ja nie robię przetworów,
więc nie mam co z tą „klęską urodzaju” potem zrobić, poza tępieniem
chmar muszek owocówek. Prezenty wręczają niedbale opakowane
i „zwykłe” (np. bawełniany T-shirt czy skarpetki). Jakoś nie da się
z nimi wieść żadnej rozmowy na tematy „wyższe”, czasem nie łapią po
prostu o co chodzi interlokutorowi (czyt.mnie).
Przy tym wszystkim to poczciwi ludzie, którzy nie wyrządzili mi
żadnej krzywdy. Teściowa nie wtrąca się do nas. Mieszkają ok. 80 km
od nas.
Mój mąż jest dobrym synem, kocha rodziców, jest z nimi związany,
chce z nimi utrzymywać kontakt, zapraszać ich i odwiedzać, pomagać
im. To jego rodzice, więc nie ma żadnych zahamowań, wychował się
przecież w ich domu. To naturalne.
Rozumiem, że nie mogę zakazać mężowi kontaktów z rodzicami. Ma nawet
obowiązek odwiedzać ich od czasu do czasu i święte prawo zapraszać
ich do nas. To też jego dom, a oni go kochają i dobrze mu życzą.
Tylko….i tu następuję kluczowe wyznanie…te kontakty są dla mnie
zawsze „ciężkostrawne”. Kiedy mają miejsce, czuję się nieco odarta z
własnej strefy intymnej, zmuszona zadawać sobie gwałt i robić dobra
minę do złej gry. Zmuszona być uprzejmą w sytuacji, gdy nie mam na
to żadnej ochoty. Zawsze mam poczucie że ich wizyta lub nasza u nich
to rodzaj „dopustu”, który muszę po prostu :jakoś przetrzymać”. To
dla mnie obcy ludzie. Mówię co prawda do nich per „mamo/tato”,
ale….trzymam ich na dystans od siebie.
I pojawia się konflikt, na którym cierpię ja, mój mąż i jego
rodzice. Staram się, aby to wszystko nie przekroczyło „granic”, ale…
bywa trudno. Za każdym razem tracę humor. Do mojego życia
mają „glejt” ludzie, z którymi nic (no poza mężęm) mnie nie łączy.
Właśnie, poza mężem. W tym momencie rozumiem, jakie znaczenie ma
podobieństwo rodzin nowożeńców i ile zgrzytów oszczędza.
Boję się jednak osądu, że „to wszystko moja wina, bo jestem taka
dzika”. Z drugiej strony, mam już swoje lata i minął okres, kiedy
dawałam się tak swobodnie kształtować otoczeniu. Czuję, że mam prawo
do odmienności, ale mam świadomość, że jest ona powodem dyskomfortu.
Dla mnie po prostu bardzo liczy się święty spokój, bezpieczeństwo,
własna kryjówka w której można odizolować się od świata
zewnętrznego. Nie potrzebuję ludzi do szczęścia, a tych których
zapraszam do swojej „strefy intymnej”, naprawdę w niej CHCĘ.
To „okienko dla ludzi” otwiera się mi sporadycznie i na krótko.
Teraz jeszcze kolejna sprawa – za kilka miesięcy urodzi się nam
dziecko. Co jemu przekazać, jak go nie unieszczęśliwić?? Jakiego
świata go nauczyć? To będzie też Ich wnuk….