Gość: Kinior
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
11.10.03, 23:13
Wiecie, mam taki dylemat odnośnie moich oczekiwań wobec siebie i w ogóle
wobec życia. Mianowicie sprawa wygląda tak: kilka miesięcy temu skończyłam
studia (ekonomiczne) z wyróżnieniem, na dobrej, znanej uczelni, znam dwa
języki no i zaczęłam szukać pracy. Początkowo plany miałam ambitne (zawsze
sobie ze wszystkim świetnie radziłam) i uderzałam do dużych firm, prężnie
działających na rynku polskim i nie tylko . No ale jakoś nie wychodziło;
czasem w ogóle nie przychodziły odpowiedzi, czasem było interview albo
assesment centre; no i często byłam blisko, ale nigdy jakoś się nie udało
dostać tej pracy. Tych prób, dodam nie było znowu tak wiele, ale
stwierdziłam jak tu mnie nie chcą to może trzeba troszkę poprzeczkę opuścić.
Dodam, że mieszkam w małym miasteczku (ok. 40 000 miesz.) a pracy szukam w
mieście wojewódzkim, do którego musiałabym dojeżdżać około 40km. W
rezulatcie wylądowałam na stażu z Urzędu Pracy, który był na pewno jakimś
doświadczeniem - bardziej życiowym niz zawodowym. Uczyłam się tam pokory.
Zaciskałam zęby, bo nie tak wyobrażałam sobie pracę. Dodam że była to
instytucja państwowa. Będąc tam, poprostu widziałam/czułam się jak numer w
czyjejś bazie danych, która ma potwierdzić, jak rząd walczy z bezrobociem i
wspiera młodych i wykształconych poprzez umożliwienie im zdobycia tak
cennego dziś "doświadczenia"!!!. No już zaczynam schodzić z tematu. Po stażu
dostałam pracę na stanowisku sekretarki w małej firmie produkcyjnej. Byłam
taka szczęśliwa, że udało się w końcu, ale po 2 miesiącach pracy nie
zdecydowałam się przedłużyć umowy, choć "prezes" był bardzo zadowolony. Ja
natomiast zdążyłam znienawidzić tą pracę w tak krótkim czasie. Nie wiem czy
ja jestem jakaś nieprzystosowana, nie doceniam pracy, która w obecnych
czasach staję się dobrem luksusowym dla wielu? Niektorzy moi znajomi
patrzyli na mnie jak na idiotkę; taka super praca 8 godzin i do domu, prawie
nic nie robisz prócz odbierania telefonów, łączenia rozmów, wyciągania
listów z kopert, wkładania, naklejania znaczków. Żadnej korespondencji
biznesowej; maili, listów - nic nie musiałam pisać. I wszyscy uważają mnie
za jaką panienkę z przerostem ambicji. Ja jednak chciałam iść do pracy, żeby
móc się rozwijać, żeby myśleć nad tym co robię, czuć się za coś
odpowiedzialna. Już sama nie wiem; jeszcze na studiach takie miałam
wyobrqażenie o pracy, a teraz już jestem skołowana i zaczynam sądzić, że
moje otoczenie może ma rację??? Zaczynają krążyć nade mną myśli typu: ja
niewdzięcznica, teraz już szybko nie dostanę żadnej pracy, nie mówiąc już o
jakiejś ambitnej. Sorry, że to takie chaotyczne i takie długie, ale
lapidarność jakoś się mnie dziś nie trzyma.
A więc, koleżanki drogie; czy brać każdą pracę jak leci, zaciskać zęby itd.
czy "cenić się" i szukać pracy, jaka będzie mi odpowiadać? Zaczynam już
tracić wiarę we własne możliwości, ale to już inna rozmowa. Czekam na odzew.
Pozdrawiam
kioniorek