ydorius
12.11.03, 15:57
owoc wieloletnich doświadczeń popartych badaniami terenowymi, empirycznymi i
paroma innymi (metodologia do wglądu u autora).
m,
.y.
----------------------------------
Apteka
Czasem, niestety, człowiek musi odbębnić swoje i się rozchorować. I niech mi
nikt nie opowiada, że on to niby nie musi, bo nie chorował od dziesięciu lat
nawet na katar, nie mówiąc o innych skazach na ciele i umyśle. Bo żeby była
jakaś sprawiedliwość – widać to jak na dłoni przecież – ktoś za tego
patentowanego lenia musi się rozchorować. W zastępstwie znaczy. Pójść do
lekarza, źle się czuć, postawić swoje gardło w ogniu i przetrzebić komórki
szare (jakby i tak występnym stylem życia nie były regularnie trzebione).
Wizyta u lekarza to zupełnie osobna historia, albowiem rozsądny człowiek
chory** udaje się do niego tylko w chwili bezpośredniego zagrożenia życia
dawno już poczętego. Ponieważ służba zdrowia jest publiczna, to, podobnie jak
do innych domów publicznych, dostać się tam można odsiedziawszy swoje
(niepolecane – poczekalnie pełne są expacjentów, którzy dokonali żywota w
oczekiwaniu na "nic pani nie jest, proszę brać rutinoscorbin") lub
zapłaciwszy opłatę zdecydowanie niezryczałtowaną, a zależną od wielu
czynników niezależnych. Wziąwszy urlop w pracy (bynajmniej nie na chorobę,
lecz na przewidywane wizyty u lekarza) z plikiem pokreślonych recept, z
których niezbicie wynika, iż zapłacimy 180% urzędowej ceny leku, udajemy się
do apteki. Ci nieliczni szczęściarze, którzy przeżyli lekarską ingerencję
inwazyjną (proszę otworzyć usta szeroko powiedzieć a, wziąć głęboki oddech,
wstrzymać przez dziesięć minut i zrobić piruet) wykańczają się w aptekach.
Ileż razy okazywało się, że ów miły zakatarzony jegomość przed nami wcale nie
pociąga nosem, bo ma katar! Pociąga nosem z przyzwyczajenia jeno, ale żadne
leki, prócz olejków do ostatniego namaszczenia nie są mu potrzebne już od
cirka ebałt tygodnia! Ile razy policja wypytywała zgodnie z ustawą o
ochronie, o nasze dane osobowe, bo rodzina wszczęła alarm, że zaginęliśmy!
Jeśli ktoś chce poczuć zapach peerelowskich kolejek, winien, wzorem pewnego
bohatera komiksu ustawić się nocą pod monopolem lub kiedykolwiek pod apteką...
Abstrahując jednakże od ciężkiego stanu zdrowia i przekonawszy się
nie raz na własnej skórze, iż choroba hartuje ducha, ciało, wolę i wszystko
inne, czasem do apteki udają się ludzie, których kostucha nie dotknęła
jeszcze swym kościstym paluchem. Zdrowi znaczy. Może uściślijmy, by nie było
żadnych niejasności: zdrowi przekraczają progi apteki w stronę oznaczoną
strzałką i staropolskim napisem "push". Zmarniali, wymizerowani oraz głodni
wypełzają, gdy pani magister litościwie pociągnie drzwi ze strzałką, której
towarzyszy równie staropolski napis "pull".
Czemu się tak dzieje? Jakaż niepojęta siła fizyczna trzyma ich tam do
granic (a czasem poza nie) ludzkiej wytrzymałości? Jak ją nazwać, gdzie
szukać wyjaśnienia? Otóż siła owa zwie się "staruszka". Ów mityczny potwór
niejednego stacza kolejkowo-aptecznego złamał i wyssał z niego siły życiowe,
odrywając go od nadziei, niczym Herakles Anteusza od życiodajnej ziemi.
Z pozoru potwór ów jest zupełnie niestraszny, mizerny nawet, ot,
nawet kolejki nie tworzy za specjalnej, kubatura również nie jest
przejmującą, w zasadzie waha się owa staruszka w wagowych granicach błędu
statystycznego roju muszek meszek. Zwiedziony zdrowy człek staje za potworem
i z rosnącym rozbawieniem powoli przeradzającym się z zmęczenie,
zniechęcenie, wreszcie wyczerpanie i śmierć kliniczną wysłuchuje mniej więcej
czegoś takiego:
- Pani magister, ja mam tu takie opakowanie i ono mi się skończyło,
bo musze to brać, bo pani doktor Leśniewska mi to przepisała, jak się
okazało, że mam zatory, znaczy zagrożenia miałam w żyłach i kiedy poszłam,
pani magister taki straszny ból w lewej ręce, a ona, to złoty człowiek, pani
magister, powiedziała, że to nic takiego, że będzie dobrze, tylko taką
receptę mi wypisała, ale powiedziała, że nawet recepta nie jest potrzebna, bo
to jest lekarstwo bez recepty, taka maść to była, co pani mówi pani magister,
przecież pani doktor Leśniewska wyraźnie mi mówiła, że niepotrzebne, ale pani
magister, bo mi po tej maści zupełnie wszystko przeszło i już mnie ręka nie
boli, bo Władek, mój mąż, smarował mi i było od razu lepiej, a pani mi mówi,
że to na receptę teraz jest, a może dałoby się bez recepty, strasznie długo
się czeka do pani doktor, bo to złoty człowiek, pani zna doktor Leśniewską,
nie zna pani, musi pani koniecznie poznać, bo jest cudem, nie lekarką, ona
mojego Władzia z takich kamieni nerkowych wyprowadziła, samymi tylko lekami,
bez operacji, bo pani wie, że operacja w tym wieku, to już jest, no ja
rozumiem, rozumiem, pani doktor, pani magister znaczy, ja rozumiem, że pani
nie może bez recepty, dobrze ja wrócę z receptą, może Władzia poślę, on ma
trochę zdrowsze nogi ode mnie, bo ja, to wie pani, nogi to już zupełnie nie
te, co kiedyś, to straszne, że teraz na wszystko musi już człowiek brać
lekarstwa, na ręce, na nogi, na głowę też, codziennie jakieś pigułki, pani
magister, ja rozumiem, dobrze, a czy ja takie coś dostanę...
Jeżeli jeszcze cokolwiek kontaktujemy, konstatujemy ze zgrozą, że oto
doszliśmy do końca załatwiania sprawy pierwszego leku, a z torby staruszki
wyzierają już kolejne puste opakowania, fiolki, tubki... Nie mówiąc już o
tym, iż wzmianka o lekach "na wszystko" zdaje się nabierać wiarygodności w
obliczu wysypujących się recept...
Kiedy po godzinach ciągnących się niczym dni (a może dniach
ciągnących się jak tygodnie?) dochodzi nasza kolej i pani magister pyta, czym
mogłaby nam służyć, odpowiadamy: "myślałem, że chcę prosić o paczkę
prezerwatyw, ale zamiast tego poproszę Prozac. I Geriavit. Albo cokolwiek, co
opóźni starzenie".
I żeby nie było niejasności, autor chciałby skonkludować tę ponurą
opowieść. Nie chodzi mi o ludzi starszych. Ja tylko nie rozumiem, czemu całej
kolejce, pani magister i w końcu podmiotowi opowiadającemu całe bogate życie
musi przemykać przed oczami akurat wtedy..?
© ydorius 12’XI’2003
P.S. Następny ciąg serii, o ile w ogóle nastąpi, będzie dotyczył problemu z
uzębieniem u mężczyzn, wiążących się z daremnymi próbami zakupu środków
czystości jamy ustnej w sklepie z kosmetykami. Odcinek będzie miał
tytuł "chciałem tylko kupić pastę do zębów, nie wiedziałem, że ta pani przede
mną zakłada hurtownię".
** Rozsądny człowiek chory, już wyjaśniam to zawiłe pojęcie, to taki
człowiek, który wiedziony altruizmem i poczuciem jedności z ludzkością
odwleka wizytę u uczonych w lekach (acz nie w piśmie, co można stwierdzić
studiując recepty) tak długo, aż nie poczuje, że i tak musi wyjść: albo do
lekarza, albo do grabarza.
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.