melpomene01
29.11.03, 19:35
Witajcie,
Chciałabym się dowiedzieć, czy sa tutaj osoby w podobnej sytuacji, a jeśli
nie to może ktoś ma pomysł co z tym zrobić.
Jesteśmy małżeństwem od 3 lat, z inicjatywy mojego męża (a własiwie jego
rodziny) zawarliśmy intercyzę. Nie oponowałam, gdyż on jest bogaty z domu, a
ja wręcz przeciwnie - spłacam kredyt hipoteczny, który zaciągnęłam żeby kupić
mieszkanie matce, którą ojciec po rozwodzie puścił z torbami.
Mieszkamu w dużym domu, który mój mąż dostał od swoich rodziców, dom jest
zapisany wyłącznie na niego, co więcej ja nawet nie jestem tam zameldowana,
tylko w mieszkaniu matki, które spłacam.
Wydatki związane z utrzymaiem domu zawsze dzieliliśmy po połowie, podobnie z
żywnością i innymi rzeczami, mamy oddzielne konta bez upowaznienia. Rzeczy do
własnego użytku każdy kupuje sobie sam, takie na jakie go stać, nie dajemu
sobie prezentów, w lokalach i na wyjazdach zawsze płacimy kazdy za siebie.
Nie było z tym problemów, dopóki nie zdecydowaliśmy się na dziecko. Mamy 6-
miesięczną córkę, wydatki na dziecko mąż traktuje jako moje osobiste.
Dzieckiem sie nie zajmóje w ogóle, argumentując że przecież jest od tego
opiekunka, z tym że tylko ja wypłacam jej pensję. W zasadzie można by to
jakoś wytrzymać, gdyby nie to że kiedy wróciłam do pracy po urlopie
macierzyńśkim na moim stanowisku był już ktoś inny, a mnie przesunięto do
miej płatnej pracy. W rezultacie popadłam w tarapaty finansowe, gdyż
większość moich dochodów pochłania rata kredytu na mieszkanie matki. Mąż
wypomina mi, że od 2 miesięcy zalegam ze swoją częścia czynszu i grozi
wyrzuceniem na bruk jeśli to się nie zmieni. Teściowa, kiedy się o tym
dowiedziała, zrobiła mi straszna awanturę, że wykorzystuję ich rodzinę i
kazała wynosić się razem z bachorem. Nie wiem, co mam robić, bo nie mam dokąd
się wyprowadzić (mieszkanie matki jest w innym mieście). Myślałam o tym aby
wystąpić o alimenty na dziecko, ale po pierwsze mamy rozdzielność majątkową,
po drugie nie chce rozbijać dziecku rodziny. Kiedy o tym wspomniałam mąż
powiedział że wniesie pozew o zaprzeczenie ojcostwa, on wie ze niczemu nie
zaprzeczy chodzi tylko o utrudnienie mi zycia. Mąż i jego rodzina oczekują,
że bedziemy dzielić się wydatkami tak, jak przed urodzeniem dziecka, jednak
ono będzie w całości na moim utrzymaniu. Argumentują, że jeśli nie stać mnie
na dziecko to nie powinnam była zachodzić w ciążę, a była to nasza wspólna
decyzja, fakt że mąż chciał syna i był bardzo rozczarowany że będzie miał
córkę, namawiał mnie nawet na aborcję po wynikach USG, ale czy to ma
tłumaczyć jego zachowanie? Czy byłoby inaczej gdybyśmy mili syna? Czuje się
kompletnie bezradna w tej sytuacji.