ka.r
15.06.09, 08:48
Witajcie,
piszę na tym forum po raz pierwszy. Pogubiłam się i szukam kogoś,
kto doradzi, powie co zrobiłby na moim miejscu, nie zbluzgał i wylał
na mnie swój jad...
Mam 27 lat, za 3 miesiące wychodzę za mąż. Wszystko wspaniale, ale
oczywiście musi istnieć jakieś "ale".... Mój narzeczony to dobry
facet, troskliwy, opiekuńczy, jednak nie kocham go, tzn nie kocham
tak jak powinnam. Jest to raczej przywiązanie, przyjaźń i potrzeba
bezpieczeństwa. Nie ma ognia, pożądania i emocji. Wiem, wiem.
Związek przechodzi różne stadia i nie zawsze mogą być motyle w
brzuchu :) Ale u mnie tych motyli zabrakło także na początku naszego
bycia razem.
Nasze współżycie jest gorzej niż tragiczne. Pod tym kątem nie
różnimy się jak ogień i woda. Łóżko kończy się moimi łzami i
frustracją... Już nie mam sił.
I jak ja mam zostać jego żoną? Jak ja mam być szczęśliwą mężatką,
kiedy każdy dzień pogłębia pustkę w sercu i powoduje, że staję się
coraz bardziej obojętna na zycie, które przemyka obok mnie?
Co zrobić? Czy może z biegiem czasu uda się pogodzić w sobie
skłócone bieguny?