Dodaj do ulubionych

TEMAT: ROSZCZENIA.

06.03.04, 21:32
Na starym forum to bylo pewnie i ze 100 postow na ten temat, to trzeba to
zaczac ponownie.

Proponuje od tekstu w dzisiejszym Dzienniku. Mysle, ze Nasz Dziennik, wbrew
powszechnie panujacej opinii, jest calkiem niezly. Ta babka Malgorzata Goss
jest bomba. Co ja mowie, ona jest naprawde takim taranem dziennikarskim.
Przyznam sie, ze chetnie zapoznalbym sie z nia. Kawal niezlej laski od strony
szarych komorek. No to cytuje:

"Po wejściu Polski do Unii Europejskiej polska własność na Ziemiach
Odzyskanych będzie narażona na roszczenia ze strony niemieckich
przesiedleńców - wynika z piątkowej debaty sejmowej nad uchwałą, która ma być
odpowiedzią na niemieckie żądania majątkowe. Uchwała została przyjęta w
komisji w drugim czytaniu. Sprzeciwia się jej rząd i SLD. Także Platforma
Obywatelska wycofała swe poparcie. Głosowanie Sejmu ma się odbyć w przyszłym
tygodniu.
- Polska musi wypowiedzieć jurysdykcję trybunałów europejskich w sprawach
własnościowych na Ziemiach Odzyskanych, inaczej czeka nas zagłada państwa
polskiego - oświadczył z trybuny sejmowej poseł Antoni Macierewicz (RKN). O
tym, że niemieckie roszczenia będą, zapewnił posłów wiceminister spraw
zagranicznych Jakub Wolski. - Każde dziecko to wie - oświadczył. Jednak MSZ
jest stanowczo przeciwne podjęciu uchwały przez parlament, utrzymuje bowiem,
że i tak nie możemy tym roszczeniom zapobiec. Minister potwierdził
informację, iż resort spraw zagranicznych prowadził ostatnio poufne rozmowy w
tej sprawie z "wybitnymi przedstawicielami niemieckiej doktryny". O tych
rozmowach posłowie nie byli poinformowani przez MSZ, dowiedzieli się o nich
od strony niemieckiej.
- A o czym rozmawialiście z prawnikami niemieckimi, gdy nie chcieliście
rozmawiać z polskimi posłami? I na dodatek w tajemnicy przed polskimi
posłami? - pytał Macierewicz. Oskarżył rząd o 14-letnią bezczynność, jeśli
chodzi o zabezpieczenie polskiej własności na Ziemiach Odzyskanych.
Przypomniał, że po akcesji ewentualna ustawa reprywatyzacyjna będzie musiała
obejmować wszystkich, którzy tu posiadali majątki, a więc i przesiedlonych
Niemców. Jego zdaniem, rząd celowo z tą sprawą zwlekał. - Czy to wygodnictwo,
czy tajna ugoda? - dopytywał się Macierewicz. Zarówno on, jak i kilku innych
posłów wskazywało na istnienie w Polsce "partii niemieckiej", która od lat
blokuje wszelkie próby dostarczenia Polsce narzędzi prawnych, które w Unii
Europejskiej pozwoliłyby nam obronić się przed roszczeniami ze strony
Niemców. Zygmunt Wrzodak (KP LPR) poinformował, że przedstawiciel PO,
wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych Bogdan Klich, jest
założycielem instytucji finansowanej przez trzy niemieckie fundacje
działające w Polsce - Eberta, Schumanna i Adenauera. Chodzi o Międzynarodowe
Centrum Demokracji, które Klich założył w 1993 r. - Jaka jest rola tych
fundacji? Czy nie działają one na zasadzie "wywiadowni"? - dopytywał się
Wrzodak. Zażądał on od ministra pełnej informacji w tej sprawie. Poseł Klich
wystąpił w debacie jako przeciwnik uchwały. Podobne stanowisko zaprezentował
Antoni Kobielusz w imieniu SLD. Janusz Dobrosz (KP LPR) przypomniał, że w
1991 r. taki sam sprzeciw rządzących "elit" wzbudziła podobna próba
zabezpieczenia polskich interesów w uchwale o ratyfikacji traktatu polsko-
niemieckiego. Gdyby to wtedy zrobiono, nie byłoby dzisiaj roszczeń
niemieckich.
Małgorzata Goss


www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20040306&id=po48.txt
Obserwuj wątek
    • przycinek.usa Na Ziemiach Odzyskanych, czyli u siebie 06.03.04, 21:36
      Na Ziemiach Odzyskanych, czyli u siebie

      Rozmowa z posłem Januszem Dobroszem (Liga Polskich Rodzin), wiceprzewodniczącym
      sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych.

      Jest Pan posłem z Wrocławia. Jakie nastroje panują w tej chwili na Ziemiach
      Odzyskanych?
      - Dobrze, że pani redaktor powiedziała "na Ziemiach Odzyskanych", bo tak się
      składa, że wielu ludzi mediów, kreujących się na arbitrów w sprawach
      międzynarodowych, zarzuciło to określenie, a nawet stara się je zdeprecjonować.
      A przecież jest ono adekwatne do przeszłości historycznej tych terenów. Gdy
      ktoś podważa historyczne i moralne prawo powrotu Polski na Ziemie Odzyskane,
      powołując się na to, że przez lata dominowała tu kultura niemiecka, warto zdać
      sobie sprawę, że ci sami historycy nie kwestionują np. tego, że Żydzi wrócili
      do Izraela po 2 tysiącach lat! Zresztą na terenach, które odzyskaliśmy po
      wojnie, do połowy XIX wieku w wielu miejscach dominował język polski. Nawet na
      Pomorzu Szczecińskim, Przedgórzu Sudeckim, które były mocno zgermanizowane,
      pozostały ślady słowiańskiej przeszłości. Przecież te ziemie znalazły się w
      ramach państwa niemieckiego dopiero od roku 1871, tj. w momencie powstania
      Cesarstwa Niemieckiego. Wcześniej przechodziły z rąk do rąk. Należały także do
      królestwa czeskiego, wielonarodowej monarchii austriackiej, a i samo państwo
      pruskie też było państwem wielonarodowym.
      Jednak rdzennie Ziemie Odzyskane są absolutnie słowiańskie.

      Zofia Kossak-Szczucka, opierając się na starych kronikach, opisała w "Troi
      Północy" boje Słowian z zalewem plemion germańskich. Wtedy słowiańszczyzna
      sięgała aż pod dzisiejszy Berlin.
      - Jeszcze dalej - po Hanower, Hamburg, Pomorze Wołgołowskie. Wyspa Rugia to
      przecież kolebka słowiańszczyzny. Jeżeli dzisiaj Niemcy są takimi
      maksymalistami i twierdzą, że gdziekolwiek niemiecki pług przeorał ziemię, to
      była to już ziemia niemiecka, to w tych kategoriach w zasadzie cały teren
      dawnej NRD był słowiański.

      Czy wśród mieszkańców Ziem Odzyskanych istnieje świadomość, że są u siebie?
      - Niestety, ta świadomość z roku na rok staje się mniejsza.

      A kiedyś istniała?
      - Oczywiście. Trzeba przyznać, że w poprzednim systemie nie żałowano środków na
      szukanie pierwocin słowiańskości. Lata 50., 60. zaowocowały ogromnym dorobkiem
      Instytutu Zachodniego w Poznaniu, Instytutu Śląskiego... Dzięki badaniom
      historyków coraz bogatsza stawała się faktografia. Na tej glebie wyrosła np.
      wspaniała publicystyka i eseistyka Pawła Jasienicy. Jednak to kończy się wraz z
      nadejściem epoki Gierka. Może nie kończy się całkowicie, ale zaczyna być
      wyciszane...

      Czy za Jaruzelskiego Ziemie Odzyskane nie były już traktowane jak oczko w
      głowie?
      - Takie odnoszę wrażenie. Polska zaczęła mniej zdecydowanie stawiać kwestie
      historyczne już w momencie, kiedy został podpisany traktat między PRL a NRF,
      pomiędzy Brandtem a Gomułką. To był 1970 rok, a ratyfikacja w niemieckim
      Bundestagu nastąpiła dopiero w 1972 r. Niemcy uznały częściowo granicę na Odrze
      i Nysie i między obydwoma państwami nawiązane zostały stosunki dyplomatyczne,
      których wcześniej nie było. Jako ciekawostkę powiem, że tylko dwa ówczesne
      państwa socjalistyczne miały stosunki dyplomatyczne z NRF - to był Związek
      Sowiecki i Rumunia.
      Od momentu zawarcia traktatu PRL - NRF - rozpoczęły się wzajemne kontakty,
      pojawiły się umowy, kredyty, i jednocześnie zaczęła się powoli zmieniać optyka
      w stosunku do ziem zachodnich...

      Sugeruje Pan, że współpraca i sponsorowane przez stronę niemiecką wspólne
      przedsięwzięcia spowodowały, iż po polskiej stronie myślenie o ziemiach
      zachodnich zaczęło się zmieniać?
      - Przestało być ekspansywne. To nie znaczy, że coś zmieniło się w nauce czy w
      podręcznikach, ale w prasie i telewizji te sprawy nie były już tak nagłaśniane.
      Po ustaleniach helsińskich w sprawie łączenia rodzin nagle w Polsce pojawiło
      się wielu Niemców...
      A zatem to wszystko zaczęło się nie w roku 1989, lecz wcześniej. W 1989 r.
      nastąpiła natomiast eskalacja zjawiska. Nawet ci politycy, których trudno
      podejrzewać o złe intencje, często dają się wciągnąć w pułapkę nowomowy.
      Wyciszają nasze prawa historyczne i moralne do Ziem Odzyskanych, kładąc nacisk
      na to, że to rekompensata za ziemie utracone na Wschodzie. Tymczasem my prawa
      do ziem zachodnich czerpiemy z wielu źródeł. Poza tym trzeba pamiętać, że
      likwidacja państwa pruskiego dawała rękojmię pokoju. Cywilizowany świat uznał,
      że Prusy były nieustannie zarzewiem wojny w Europie, od 1740 roku, kiedy
      napadły na inne państwo niemieckie - Austrię.

      Miejscem, gdzie ogniskowały się badania naukowe nad tymi terenami, był Instytut
      Zachodni. Czy napływające tam granty niemieckie zmieniły charakter tych badań?
      - W moim przekonaniu - tak. W 1990 r. dwukrotnie jeździłem na konsultacje
      związane z traktatem polsko-niemieckim do znakomitego znawcy tej tematyki - śp.
      profesora Alfonsa Klafkowskiego. Muszę powiedzieć, że już wtedy dostrzegał on
      to zjawisko. Od połowy lat 70. zaczęła się powolna erozja polskiej piastowskiej
      myśli politycznej dotyczącej ziem zachodnich - pod wpływem fundowanych przez
      Niemcy grantów na badania naukowe, wyjazdów, spotkań, konferencji, fundacji...
      Jak widać, nie jest to tylko owoc roku 1989.

      Nadchodzi rok 1990 i traktat z Niemcami. Jako poseł był Pan przy tym...
      - Kiedy w 1990 r. Niemcy łączyły się, pamiętam - wygłosiłem oświadczenie
      poselskie. Było to wezwanie do prezydenta, wówczas jeszcze Jaruzelskiego, w
      którym żądałem uczestnictwa Polski w negocjacjach 2+4, a wspierali mnie w tym
      posłowie ówczesnego koła PAX, a nawet niektórzy z lewicy. Chociaż krytycznie
      oceniam ówczesnego szefa MSZ - ministra Skubiszewskiego, to muszę uczciwie
      przyznać, że w tamtym czasie nie było oporu z jego strony. Raczej wszyscy
      działali solidarnie, łącznie z premierem Mazowieckim.
      Samo uczestnictwo Polski w rozmowach 2+4 trochę przypominało Poczdam. Tak jak
      wtedy Polacy byli wpuszczani tylko na niektóre "punkty" w celu konsultacji, a
      decyzje podejmowano w gronie czterech mocarzy. Po konferencji przez
      polskie "elity" rozpowszechniony został mit na temat przyjaźni kanclerza Kohla
      wobec Polski.

      Słynny pocałunek w Krzyżowej...
      - Pocałunek Kohla z Mazowieckim w Krzyżowej - "pocałunek śmierci", jak
      niektórzy mówią. Na czym polega cała tragedia dzisiejszych roszczeń ze strony
      niemieckiej i coraz gorszych stosunków oficjalnych polsko-niemieckich? Przecież
      utrzymywano, że te stosunki są świetne! Z czego to wynika? Otóż z
      zafałszowanego obrazu, który był nieustannie serwowany przez media i elity
      polityczne.
      Kanclerz Kohl tylko dlatego w traktacie 2+4 zgodził się na granicę na
      potwierdzenie Poczdamu, że był naciskany przez trzech przywódców. Największą
      pozytywną rolę odegrała wtedy Margaret Thatcher jako premier Wielkiej Brytanii,
      która - niezależnie od sprawy polskiej - bardzo bała się wzmocnienia Niemiec
      wskutek zjednoczenia. Wiedziała, że Niemcy będą próbowały rozdawać karty w
      Europie. W rokowania zaangażowani byli także prezydent Bush senior i Michaił
      Gorbaczow, który jako prezydent Związku Sowieckiego też w tamtym czasie odegrał
      pozytywną rolę, gdy zapowiedział, że nie będzie wycofania sowieckich wojsk z
      terenu byłej NRD, jeśli sprawa granic nie zostanie definitywnie załatwiona.
      Kanclerz Kohl uległ naciskom trzech prezydentów - zdając sobie sprawę, że nie
      będzie zjednoczenia Niemiec, jeśli nie wyrazi zgody na ustalenia poczdamskie.
      To nie była z jego strony żadna dobra wola!
      A u nas wykreowano mit "Kohla - przyjaciela Polski", przyjmowano kanclerza
      oklaskami na stojąco, a prezydent Kwaśniewski uhonorował go Orderem Orła
      Białego. Orderu nie dostali natomiast ani Margaret Thatcher, ani Bush, ani
      Mitterand, ani Gorbaczow.

      Potem był traktat polsko-niemiecki...
      - Nazywam go "traktatem za zamkniętymi drzwiami". Niemcy zawsze kładły nacisk
      na to, że Traktat Poczdamski odsyłał do przyszłej konferencji pokojow
      • przycinek.usa dokonczenie. 06.03.04, 21:38
        do przyszłej konferencji pokojowej, która potwierdzić miała ustalenia...

        A której nigdy nie było.
        - Nie było, bo trwała zimna wojna. Zachód coraz bardziej umacniał podmiotowość
        Niemiec jako przeciwnika bloku wschodniego, zaś Niemcy nie chciały się zgodzić
        na konferencję pokojową. Kiedy szykowało się zjednoczenie, w prasie niemieckiej
        widać było pogodzenie się z myślą, że traktat 2+4 będzie pełnić rolę traktatu
        pokojowego. Jednak trzeba pamiętać, że są środowiska naukowe w Niemczech, które
        dalej to kwestionują, twierdząc, że traktatu pokojowego nie ma.

        Gdy tymczasem strona polska traktuje ustalenia konferencji 2+4 jako ostateczne
        zamknięcie tamtego rozdziału?
        - Absolutnie tak. Takie jest oficjalne stanowisko władz i pogląd doktryny. I
        tak zaczyna się otoczka traktatu polsko-niemieckiego. Przypominam, że są dwa
        traktaty - traktat graniczny i traktat o dobrym sąsiedztwie. Pierwszy z nich
        był potwierdzeniem granicy w imieniu zjednoczonych Niemiec. Trzeba jednak
        zauważyć, że to uznanie jest kwestionowane w wewnętrznym prawie niemieckim
        poprzez artykuł 116 niemieckiej konstytucji. Zakłada on, że każdy urodzony na
        Ziemiach Odzyskanych ma prawo otrzymać niemieckie obywatelstwo.

        Jest to niewątpliwie agresja prawna.
        - Gdyby każdy, kto się poczuje Polakiem we Lwowie, Grodnie, Wilnie, od razu
        dostawał w konsulacie polski paszport, Litwini, Ukraińcy, Białorusini
        podnieśliby krzyk, że to polski nacjonalizm. Tutaj nikt nie protestuje. Minęło
        12 lat od traktatu polsko-niemieckiego, a artykuł 116 jak stał w niemieckiej
        konstytucji, tak stoi. Choć w tym czasie artykuł 16 - traktujący o azylantach,
        który był dla Niemców niewygodny, zniknął. A więc mogą Niemcy zmienić
        konstytucję? Mogą. Ale artykułu 116 nie ruszyli. To jest jakiś probierz
        intencji.

        Ale wróćmy do "traktatu za zamkniętymi drzwiami". Dlaczego Pan go tak nazwał?
        - Otóż na miesiąc przed debatą ratyfikacyjną w Sejmie jeden - podkreślam:
        jeden - egzemplarz traktatu został wyłożony do wglądu u przewodniczącego
        komisji spraw zagranicznych Geremka. Dopiero na tydzień przed debatą tekst
        pojawił się w Sejmie. Przecież to jest ogromna, skomplikowana materia
        międzynarodowa, której przestudiowanie wymaga czasu.
        Już wtedy obecne problemy w stosunkach polsko-niemieckich były do przewidzenia:
        kwestia listów intencyjnych, w których stwierdzono, że traktat nie zajmuje się
        kwestią własności, brak uregulowania statusu polskiej mniejszości w Niemczech w
        sposób analogiczny do mniejszości niemieckiej w Polsce. Jest też w traktacie
        polsko-niemieckim zdumiewający zapis, że oba państwa będą wzajemnie walczyć...
        z przejawami antysemityzmu. Z jakiej racji traktat pomiędzy Polską a Niemcami
        tym się zajmuje?! O co tu chodzi? Ktoś czytający ten traktat pomyśli tak:
        zarówno Polacy, jak i Niemcy odpowiadają za antysemityzm i zbrodnie...
        Rozumiem, jeśli w takim traktacie są zapisy, w których strony zobowiązują się
        walczyć z przejawami antyniemieckości i antypolskości, ale antysemityzm? Co to
        ma do rzeczy?!
        Oprócz mnie zwrócili na to uwagę posłowie Jan Łopuszański i Marek Jurek. Ale
        traktatu nie można już było zmienić.
        Kolejna fatalna sprawa to kwestia odszkodowań. Niemcy twierdzą, że Bierut
        zrzekł się reparacji. Tymczasem reparacji i odszkodowań cywilnoprawnych zrzekł
        się minister Żabiński w imieniu Skubiszewskiego.

        Nie rozumiem...
        - Jest w traktacie klauzula, że polska strona nie będzie się upominała o
        odszkodowania.

        Odszkodowania cywilnoprawne czy reparacje?
        - Jedno i drugie. Skubiszewski mataczył, nie wprowadzając rozróżnienia tych
        dwóch kategorii odszkodowań.
        Oczywiście Bierut nie mógł skutecznie zrzec się reparacji, bo jego
        oświadczenie, nawet w świetle komunistycznego prawa, powinno być potwierdzone
        uchwałą Sejmu lub Rady Państwa, a nie było. Było to tylko oświadczenie Bieruta
        i części rządu.

        I dotyczyło tylko obszaru byłej NRD.
        - Tak jest. Wrzucając w liście intencyjnym obie sprawy do jednego worka,
        Skubiszewski dał pretekst do uznania, że obie zostały uregulowane. Proszę więc
        zauważyć, ile zostawiono niedomówień, niedoróbek w traktacie. Przy ratyfikacji
        nie można niczego zmienić - albo się umowę odrzuca, albo przyjmuje. Mogliśmy
        tylko podjąć uchwałę o ratyfikacji. Wtedy zgłosiłem poprawkę do tej uchwały, w
        której był zapis, że Niemcy nie mogą dalej wracać do koncepcji istnienia Rzeszy
        w granicach z 1937 roku w kwestiach obywatelstwa i w kwestiach własnościowych.
        Ta poprawka została jedenastoma głosami odrzucona.

        Kto się sprzeciwił?
        - Podziały były bardzo różne. Oleksy obiecywał, że PZPR poprze uchwałę, a nie
        poparła. Nie możemy jednak sięgnąć do źródeł, bo wtedy nie było w Sejmie
        głosowania imiennego, a tylko ilościowe.

        A więc traktat został przyjęty z dobrodziejstwem inwentarza, z haczykami, które
        teraz dają o sobie znać?
        - No właśnie. Kanonem poprawności politycznej było wyciszanie spraw spornych.
        Muszę przyznać, że jedynym dziennikiem, który od chwili powstania zajmował się
        tą problematyką, był "Nasz Dziennik". Do tego parę tygodników. Co do prasy
        lokalnej, to kiedy jeszcze "Słowo Polskie" było w polskich rękach, publikowało
        moje uwagi, po których rugał mnie prof. Kieres, wówczas przewodniczący sejmiku.
        Raz w "Polityce" ukazał się drobny artykuł, że "kiedyś straszono polskie dzieci
        Hupką i Czają, a teraz niemieckie będzie się niebawem straszyć Dobroszem". A ja
        się przecież nie upominałem o nic innego, jak tylko o partnerskie stosunki
        polsko-niemieckie oparte na prawdzie, a nie na fałszu, tak jak dawniej przyjaźń
        polsko-sowiecka. Uważałem, że na takim traktacie prawdziwej współpracy nie
        można zbudować. Nawet Klaus Bachman, dziennikarz austriacki, nazwał to "kiczem
        pojednania".

        Jaki był następny po traktacie polityczny etap wzajemnych stosunków Polski i
        Niemiec?
        - Potem zaczęły się schody. W 1998 r. Bundestag niemiecki podjął rezolucję, w
        której uznał powojenne wysiedlenia Niemców za niezgodne z prawem
        międzynarodowym i wyraził de facto poparcie dla roszczeń tzw. wypędzonych.
        Zaapelował do rządu federalnego, aby "nadal działał na rzecz legalnych
        interesów wypędzonych". Takie stwierdzenie padło po raz pierwszy w oficjalnym
        dokumencie państwowym, bo w doktrynie było to zawsze obecne. W rezolucji
        niemiecka władza powiedziała otwarcie, że integracja Polski i Czech z Unią
        Europejską ułatwi rozwiązanie "bilateralnych otwartych jeszcze kwestii" między
        tymi krajami a Niemcami oraz pozwoli na swobodne osiedlanie się tam obywateli
        niemieckich.
        Jako przewodniczący klubu PSL zrobiłem wówczas raban. Przygotowałem projekt
        uchwały Sejmu. Jej tekst został następnie gruntownie zmieniony w komisji, ale
        uchwała mimo wszystko przeszła w Sejmie. Zawarta w niej była krytyka rezolucji
        Bundestagu, która - jak napisano - "nie służy współpracy Polski i Niemiec"
        i "zawiera pewne dwuznaczności, wobec których nie możemy przejść obojętnie".
        Uchwała stwierdzała też, że "podstawą pokoju musi być akceptacja terytorialnego
        porządku w Europie i polskich tytułów własności nieruchomości". Udało się ją
        przeforsować, ale z zastrzeżeniem, że "bez dyskusji w Izbie". Jest to - jak do
        tej pory - jedyny dokument zawierający polską odpowiedź na niemiecki sposób
        uprawiania polityki.

        Czy to było już po wystąpieniu ministra spraw zagranicznych Bartoszewskiego w
        Bundestagu?
        - Tak. W 1995 roku minister Bartoszewski przeprosił za cierpienia towarzyszące
        przesiedleniom Niemców. Dał jakby asumpt do tego, co potem uchwalił Bundestag.
        Nie posądzam go o złe intencje, ale w swojej naiwności dał pretekst do
        dzisiejszej dyskusji o centrum wypędzonych, choć dzisiaj sam jest budowie
        takiego centrum przeciwny.
        Wracając jednak do tematu. Potem zwołano w Sejmie Konwent Seniorów, w którym
        uczestniczył premier Buzek. Zaatakował mnie, że jakoby psuję stosunki polsko-
        niemieckie. Odparłem, że proponuję, aby poszedł z tym do tych, którzy
        negocjowali traktat i którzy dobr
        • przycinek.usa dokonczenie2 06.03.04, 21:39
          którzy dobrze wiedzą, na czym rzecz polega.

          Jaka była reakcja mediów na uchwałę?
          - W liberalnej prasie spłyca się te kwestie, uspokajając, że przecież rząd
          niemiecki nie wysuwa pretensji. Tymczasem pułapką dla Polski jest Unia
          Europejska. Niemcy liczą na to, że poprzez system prawny UE, zwłaszcza przez
          wpisaną do nowej konstytucji nadrzędność prawa europejskiego nad konstytucjami
          krajów członkowskich, uzyskają nowe instrumenty prawne do realizacji własnych
          interesów. A jaka jest siła Niemiec w ramach UE, to widać po projekcie
          konstytucji, według której była NRD jest jedynym terenem w Unii, który może od
          państwa macierzystego otrzymywać pomoc publiczną.

          Niemcy ogłoszono naszym adwokatem na drodze do Unii. Czy były jeszcze jakieś
          kamienie milowe na tej drodze?
          - Próbowaliśmy w Sejmie uchwalić powszechne uwłaszczenie i przekształcenie
          użytkowania wieczystego w prawo własności, z myślą o utrwaleniu polskiej
          własności.
          Sygnały na temat niemieckich roszczeń wracały zawsze w trakcie kampanii
          wyborczych w Niemczech, podczas których każdy pretendent do fotela kanclerza
          jeździł na zjazdy tzw. wypędzonych i składał oczekiwane przez nich deklaracje.
          U nas bagatelizowano to, pisząc, że "to tylko element kampanii wyborczej". A
          przecież jeśli ktoś w kampanii wyborczej używa takich argumentów, to powinno
          się nam zapalić czerwone światełko.

          To może oznaczać, że deklaracje trafiają na podatny grunt i że chodzi o duży
          elektorat, bo inaczej kandydat by o niego nie zabiegał...
          - Większość mediów w Polsce jest adwokatem niemieckiej sprawy, a prokuratorem
          polskiej. Gdyby Dobrosz w trakcie kampanii wyborczej na Dolnym Śląsku jeździł
          po okręgu wyborczym i mówił, że jak zostanie posłem czy prezydentem, będzie
          zabiegał, aby Lwów wrócił do Polski, to ta sama prasa uznałaby mnie za groźnego
          nacjonalistę. Stosowana jest podwójna miara.

          Jaki był następny istotny moment w stosunkach polsko-niemieckich?
          - Takim przełomowym momentem w sensie negatywnym było opowiedzenie się Polski,
          wbrew Ojcu Świętemu, po stronie NATO podczas agresji w Jugosławii. Wtedy
          położony został fundament pod rodzącą się nową doktrynę, która mówi, że prawa
          człowieka stoją ponad prawami suwerennych państw. Polska poparła coś, co stało
          się argumentem dla Związku Wypędzonych.

          Prawami człowieka można uzasadnić praktycznie każdą agresję na suwerenne
          państwo.
          - Przypominam, że prawo do własności też jest prawem człowieka. Na tę kwestię
          zwrócił też uwagę poseł Łopuszański.

          I tak dotarliśmy do Kopenhagi...
          - Proszę zwrócić uwagę na podkreślaną w tym czasie fraternizację między
          Schroederem a Millerem. Wspólne obiady, kolacje...
          W Sejmie zwracaliśmy uwagę, że bez względu na to, czy ktoś jest za akcesją czy
          przeciw niej, trzeba zabezpieczyć interesy Polski. Chodziło o to, aby w
          traktacie kopenhaskim wynegocjować klauzulę, która potwierdzałaby polską
          własność, zabezpieczała przed wykupem ziemi polskiej. Głos ten zginął jednak w
          kakofonii propagandy prounijnej.

          W tym czasie rządził SLD. To ekipa, która w przeciwieństwie do
          ludzi "Solidarności" ma niejakie doświadczenie w polityce międzynarodowej. Oni
          przecież wiedzieli, jak się w to gra. Znali z doświadczenia, jak się traci
          suwerenność w stosunkach z mocniejszym. Dlaczego nie zadbali o to, aby tę
          świeżo odzyskaną polską niepodległość zabezpieczyć w drodze do UE.
          - Politycy prawicy utrzymywali dobre stosunki z partią CDU/CSU. To samo łączyło
          SLD i SPD. Tym ludziom imponowały europejskie salony, socjalistyczna
          Międzynarodówka i to, że traktuje się ich jako socjaldemokratów, choć przed
          chwilą byli komunistami. Przepustki na owe salony polityczne rozdawali Niemcy.
          W stosunkach z nimi polska strona brała pozory za dobrą monetę. Jest w tym
          naiwność. Ale także przekupstwo.

          Teraz toczymy się siłą bezwładu - ku akcesji. Co nam grozi?
          - Pewne złe precedensy już nastąpiły. Jeśli ktoś usiłował dowodzić, że prawo
          nie działa wstecz i roszczenia indywidualne przesiedleńców nie mogą być
          dochodzone przed europejskimi trybunałami, to się pomylił. Są już przed
          Trybunałem Praw Człowieka precedensy. Doktryna się rozbudowuje. Trwa też próba
          odwracania historii. Następuje erozja obrazu II wojny światowej. Temu właśnie
          ma służyć centrum wypędzonych. Ma ono odwrócić proporcje, pokazać, że wszyscy
          byli jednocześnie i ofiarami, i katami. Kompletny relatywizm. Wielu tzw.
          intelektualistów dało się na to nabrać. Podpisywali się pod ideą centrum
          wypędzeń we Wrocławiu, tak jakby nie wiedzieli, że to będzie mekka dla
          wszystkich fałszerzy historii. Bo jak inaczej określić twierdzenie, że podczas
          przesiedleń zginęło miliony Niemców? Otóż miliony Niemców zginęło w wyniku
          działań wojennych, kiedy Rosjanie przełamywali niemiecki front. Była wtedy
          paniczna ucieczka. Straty wśród ludności spowodowały też decyzje niemieckich
          dowódców nakazujące mieszkańcom opuszczenie domów w środku zimy. Opisuje to
          niemiecki ksiądz katolicki Pajkert w książce o twierdzy Wrocław. Pokazuje, ilu
          Niemców zginęło na trasie do Strzelina, ilu na trasie w stronę Berlina, ilu
          zamarzło. Profesor Jędrzej Giertych napisał kiedyś: proszę znaleźć dwieście
          przypadków, kiedy kogoś podczas przesiedlenia zamordowano, prześladowano... Gdy
          przejmowane były gospodarstwa niemieckie w Kotlinie Kłodzkiej, to nawet matki
          hitlerowców, którzy mordowali Polaków, czuły się upokorzone i pokrzywdzone...
          Oczywiście przesiedlenie samo w sobie jest tragedią. Jednak nie można do tego
          przykładać tej samej miary co do zbrodni, jakich dopuścili się Niemcy wobec
          podbitych narodów.

          Co Polska powinna teraz zrobić?
          - Pod żadnym pozorem nie możemy przyjąć unijnego traktatu konstytucyjnego.
          Nasze władze w ogóle nie kwestionują najważniejszego jego artykułu, a
          mianowicie - o wyższości tego traktatu nad prawem i Konstytucją narodową. Tu
          nie jest możliwy żaden kompromis. Byłoby to oddanie Niemcom władzy nad Polską.
          Powinna być uchwalona również uchwała wykluczająca drogę sądową dla roszczeń
          niemieckich wypędzonych. Niewiele zostało czasu do maja - a spółdzielnie i
          niektóre samorządy nadal blokują uwłaszczenie mieszkańców. Musi być pełna
          mobilizacja w kraju.
          Wreszcie - trzeba szukać sojuszników na arenie międzynarodowej - myślę o
          Wielkiej Brytanii, Francji, Stanach Zjednoczonych. I stale być czujnym. Nie
          możemy też zaniedbać badań nad narodową historią i utrwalania śladów
          martyrologii Polaków.

          A co z mieszkańcami Ziem Odzyskanych? Czy dostrzegają zagrożenia dla polskości?
          - Dzięki Bogu ta świadomość się budzi. Byłem w Lubaniu, Oławie, Bolesławcu. Nie
          tylko elektorat prawicowy, ale także ludzie związani z lewicą dostrzegają już
          grożące niebezpieczeństwo, często dzięki własnym doświadczeniom. Po mojej
          interpelacji w sprawie Opolszczyzny, publikowanej w "Naszym Dzienniku", miałem
          bardzo dużo pozytywnych listów. Ludziom otwierają się oczy.

          Dziękuję za rozmowę.
          Małgorzata Goss


          www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040306&id=my11.txt
    • robisc Ja tam wolę Rzepę 06.03.04, 21:41
      ND nie czytam i nie zamierzam, chcoćby nawet pisali tam zdolni dziennikarze.
      Nie ta opcja światopoglądowa. Za to w Rzepie dziś też był artykuł na temat.

      Cel ten sam, inne metody

      PIOTR JENDROSZCZYK

      Z KÖNIGSWINTER

      Związek Wypędzonych (BdV) oficjalnie nie chce mieć nic wspólnego z Pruskim
      Powiernictwem, organizacją powołaną do wspierania żądań odszkodowawczych
      wypędzonych w polskich sądach oraz w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w
      Strasburgu.


      - Przyjęliśmy niedawno uchwałę wzywającą Pruskie Powiernictwo, aby w swej
      działalności nie identyfikowało się w żadnym stopniu z BdV" - tłumaczy "Rz"
      Bernd Hinz, członek 15-osobowego prezydium BdV. Dlaczego? - Uważamy, że
      działalność Pruskiego Powiernictwa niszczy dorobek organizacji wypędzonych w
      postaci nawiązywania przyjaznych kontaktów w Polsce. Nie akceptujemy gróźb
      wytoczenia procesów odszkodowawczych w Polsce z myślą o doprowadzeniu tych
      spraw do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - odpowiada Hinz.

      Całość tu:

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040306/swiat/swiat_a_3.html
      • przycinek.usa Re: Ja tam wolę Rzepę 06.03.04, 21:50
        "ND nie czytam i nie zamierzam, chcoćby nawet pisali tam zdolni dziennikarze.
        Nie ta opcja światopoglądowa. Za to w Rzepie dziś też był artykuł na temat."

        Rozumiem. Kierujesz sie moda. Nie ma problemu, w koncu mamy demokracje.
        To naturalne zjawisko. Odrzucanie slusznych pogladow, ze wzgledu na akceptacje
        srodowiska.

        Poglady Goss sa bardzo zbiezne z moimi. Jestem zdania, ze ND jest fajna gazeta,
        pomimo swojej niewatpliwie katolickiej oprawy, ktora mnie odrzuca. Nie znaczy
        to, ze nie jest interesujacy i opiniotworczy.

        W Rzeczpospolitej jest wiecej naprawde fachowych artykulow, lecz takie artykuly
        poruszajace zywotne tematy zdarzaja sie nieczesto.

        Dodatkowo platne archiwum powoduje, ze nawet nie zagladam na tamta strone.
        Nie ta opcja swiatopogladowa.
        • robisc Chyba nie jest tak źle 07.03.04, 08:22
          Zwróć uwagę na ten fragment z artykułu, który cytuję. Wygląda na to, że dzieki
          brakowi ustawy reprywtyzacyjnej mamy duzę sznse wygrac procesy. Z drugiej
          strony dzieje się to kosztem tysięcy poszkodowanych Polkaów, którym komuna
          odebrała bezprawnie mienie.

          (...)Szanse na sukces pozwów odszkodowawczych Pruskiego Powiernictwa są jednak
          niewielkie. - Polacy postąpili mądrze, nie uchwalając ustawy reprywatyzacyjnej -
          przyznaje w prywatnej rozmowie prof. Dieter Blumenwitz. Na jego wiedzy, powadze
          i doświadczeniu buduje swe aspiracje do odzyskania majątków lub odszkodowania
          Pruskie Powiernictwo.
          Zdaniem prof. Blumenwitza, kluczem do całej problematyki jest nie sam akt
          wywłaszczenia, ale sposób przeprowadzenia reprywatyzacji. Wywłaszczenie Niemców
          nastąpiło przed podpisaniem przez Polskę Europejskiej Konwencji Praw Człowieka
          i prawo nie może działać wstecz. Dopiero jeżeli w trakcie procesu
          reprywatyzacji jedna grupa zostałaby inaczej potraktowana niż inne, istnieje
          możliwość wystąpienia z roszczeniami odszkodowawczymi na gruncie prawa
          europejskiego. W Polsce taka sytuacja nie istnieje, ale mimo to prof.
          Blumenwitz nie traci nadziei, twierdząc, że wyjaśnienia wymaga kilka spornych
          zagadnień prawnych. Jednym z nich jest kwestia ziem rolniczych. Uważa, że
          jeżeli w procesie reprywatyzacji tych ziem obywatele Unii (czytaj Niemcy) będą
          w Polsce dyskryminowani poprzez np. niedopuszczenie do przetargów, będzie to
          naruszenie prawa europejskiego. Uznaje jednak, że państwo ma prawo uwzględnić w
          procesie odszkodowawczym swych obywateli, wyłączając cudzoziemców, pod
          warunkiem, że pozbawiło ich wcześniej obywatelstwa w celu wyłączenia z procedur
          reprywatyzacyjnych. Blumenwitz jest zdania, że w celu wyjaśnienia wątpliwości
          prawnych powstanie konieczność przeprowadzenia tzw. procesów wzorcowych.

          Procesy te trudno oprzeć na pojęciu "prawa do stron ojczystych". Tego
          dowiedzieli się przedstawiciele wypędzonych kilka dni temu z ust kilku
          poważnych ekspertów zaproszonych na specjalną konferencję do malowniczego
          miasteczka K?nigswinter nad Renem. Nawet jeżeli z wielkim trudem udałoby się
          takie prawo wyprowadzić na podstawie szczątkowych norm prawnych, to - jak
          twierdzi prof. Dietrich Murswieck - i tak dotyczyć może ono wyłącznie
          wypędzonych, a nie ich potomków. Zdaniem profesora, ostatnią szansą do
          uregulowania spraw majątkowych były negocjacje akcesyjne Polski do UE. Takie
          stwierdzenia wywołują rozgoryczenie wśród obecnych na sali wypędzonych. Wiedzą
          już, że rozszerzenie UE nie zmieni ich statusu. Wielu z nich wierzy jeszcze
          jedynie w powodzenie projektów Pruskiego Powiernictwa. "
          • przycinek.usa Re: Chyba nie jest tak źle 07.03.04, 08:35
            Wiesz - dobrze, ze juz jestes. Jak widzisz staralem sie dosyc wiernie przeniesc
            watki z XFiles. Po to jest Forum i po to wszystko przekopiowalem, aby teraz
            sobie podyskutowac. Jak wiesz nie jestem prawnikiem i moge jedynie opierac sie
            o wypowiedzi innych w tym zakresie. Niemniej jednak martwi mnie caly ten temat.

            Bo widzisz, doswiadczenie pokazuje, ze najtrudniejszym partnerem w negocjacjach
            jest zawsze PANSTWO. Jest wielkie oporne, a jak sie wladza uprze, to
            przedstawiciele wladzy na rozmowy nie pojada, jak to sie stalo w przypadku
            Cimoszewicza i Powella. No mniejsza z tym. Jednak tutaj ten etap zostanie juz
            pominiety, jako ze Polska stanie sie czescia wiekszego ukladu prawnego i
            bedziemy mieli do czynienia z mniejsza skala trudnosci, bowiem roszczeniami
            zajma sie prawnicy w obrebie Panstwa a ci, jako ludzie omylni, beda
            najprawdopodobniej musieli sie oprzec w ostatecznosci na orzeczeniu Sadu
            Najwyzszego, w jak mniemam, pelnym skladzie.

            I tu mamy juz pewne niebezpieczenstwo. Bo widzisz, mamy mase przykladow
            wplywania podejrzanego elementu na kluczowe decyzje Parlamentu w Polsce z
            przekupstwem calych partii politycznych wlacznie. Tutaj zas mamy do czynienia z
            kilkunastoma osobami, ktorych decyzja bedzie dotyczyc milionow ludzi.

            Pomysl o tym w przerwie po sniadaniu.
            • robisc Re: Chyba nie jest tak źle 07.03.04, 08:44
              przycinek.usa napisał:

              > Pomysl o tym w przerwie po sniadaniu.

              Dziekuję, już zjadłem smile

              Oczywiście niebezpiezeństwo zawsze istnieje, szcególnie jezeli sprawy wymkną
              sie spod kontroli polskich sądów, na co sie zanosi. Ale i tak cieszy mnie
              sceptycyzm niemieckim prawników. Z drugiej strony obawiam sie, że poskie władze
              zapędziły sie w kozi róg, bo jeżli nie powstanie szybko ustawa
              reprywatyzacyjna, to procesy państwu wytoczą sami Polacy. I słusznie, bo każdy
              ma prawo dochodzić swoich słusnych praw. Tylko, że wtedy głowy podniosą i Nimcy
              i Żydzi. I tak źle i tak niedobrze.
            • robisc I jescze jedno 07.03.04, 08:46
              Dziękuje Ci za posiecenie czasu na przeniesienie tych wszystkich postów. To
              jeden z najważniejszych wątków i warto, żeby te posty ujrzały "światło dzienne".

              PS.

              Koniecznie zwróć uwagę na watek o cenach stali
    • przycinek.usa Protest. 06.03.04, 21:45

      Informacja o sprzedaży polskiego kościoła w Berlinie wywołała duże poruszenie
      wśród Polaków w kraju i w Niemczech. Interpelację w tej bulwersującej sprawie
      złożył w Sejmie poseł Tadeusz Samborski. Jej tekst zamieszczamy poniżej.

      Warszawa, 23 lutego 2004 r.

      Poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej
      Tadeusz Samborski
      Klub Parlamentarny PSL

      Pan
      Włodzimierz Cimoszewicz
      Minister Spraw Zagranicznych

      Interpelacja
      Szanowny Panie Ministrze!
      Decyzja Episkopatu Niemiec o sprzedaży kościoła pw. św. Jana Kapistrana bez
      względu na oficjalną wykładnię tego kroku przez stronę niemiecką świadczy o
      lekceważeniu potrzeb duchowych i narodowych polskiej grupy etnicznej w Berlinie
      i w całych Niemczech.
      Kościół św. Jana Kapistrana - jak powszechnie wiadomo - pełnił ważne funkcje
      zarówno w wymiarze religijnym, jak też i z punktu widzenia procesów integracji
      polskiej mniejszości narodowej wokół tradycji narodowych i języka ojczystego.
      Teza o autonomii Kościoła nie zwalnia nas od przypuszczenia, że decyzja o
      sprzedaży świątyni jest w jakimś stopniu pochodną stosunku rządu niemieckiego
      do mniejszości narodowych, a polskiej - której odmawia się statusu tejże
      mniejszości - w szczególności.
      Wobec tej sprawy władze polskie (kościelne i świeckie) nie mogą pozostawać
      obojętne.
      Czy decyzja o sprzedaży świątyni była zaskoczeniem dla polskich
      przedstawicielstw w Niemczech, czy też o przygotowaniach do tego aktu miały one
      jakiekolwiek informacje i czy centrala była o tym powiadomiona?
      Czy czynniki polskie podejmowały w przeszłości lub czy też podejmują teraz ten
      problem w relacjach urzędowych z Niemcami?
      Czy fakt sprzedaży kościoła św. Jana Kapistrana, zdaniem MSZ, należy
      rozpatrywać jako sporadyczny przykład działań typowo komercyjnych, czy też jest
      to sygnał pogarszającej się atmosfery wokół zagadnienia prawnej regulacji
      statusu polskiej mniejszości narodowej?

      Z poważaniem
      Tadeusz Samborski


      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20040306&id=my16.txt
    • przycinek.usa Dlaczego NIE Rzeczpospolita? 06.03.04, 21:54
      No, wlasnie trafil mi przed oczy taki wywiad:

      "Sparaliżowani Niceą"

      Może krążące od kilkunastu tygodni po Polsce hasło "Nicea albo śmierć",
      wypowiadane zarówno przez opozycję, jak i rząd, to tylko zwykła wrzawa medialna?

      TADEUSZ MAZOWIECKI: To bardzo niemądre hasło. I przyniosło wiele szkody zarówno
      na zewnątrz, jak i wewnątrz kraju. Nie wiem, kto podsunął Janowi Rokicie ten
      niemądry slogan. Buta i zacietrzewienie w zwalczaniu SLD nie pozwoliło
      Platformie Obywatelskiej zachować umiaru. Opozycja, i to opozycja
      proeuropejska, zapędziła rząd w kozi róg."


      RZYGAC MI SIE CHCE. Rozumiecie?
      NIE CHCE WIDZIEC TEGO TYPA NIGDZIE. Tym bardzie w gazecie za ktora kaza mi
      zaplacic.

      Niemniej jednak wiem, ze jest masa osob, ktore lubia takie rzeczy.

      www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040306/plus_minus_a_1.html

    • przycinek.usa Rozmowa z Wroblem: 06.03.04, 22:12
      "delikatna kwestia dotykająca suwerenności. Wydaje się jednak, że relacji
      między prawem wspólnotowym a prawem "polskim" nie da się wyjaśnić wyłącznie na
      podstawie rozwiązań Konstytucji RP ani zasad wypracowanych w prawie
      międzynarodowym. Doświadczenie państw członków UE uczy, że miarodajna jest tu
      perspektywa wspólnotowa, którą wyrażają najpełniej dwie zasady prawa
      wspólnotowego: bezpośredniego skutku i pierwszeństwa. Sądy państw
      członkowskich, w tym zwłaszcza trybunały konstytucyjne, które początkowo
      kwestionowały powyższe zasady w imię ochrony konstytucyjnego porządku,
      ostatecznie uznały, że nie mają uprawnień do oceny prawidłowości prawa
      wspólnotowego pod kątem wymagań i standardów konstytucji. Oznacza to, że
      konflikt wartości unijnych i konstytucyjnych powinien być rozstrzygany z
      uwzględnieniem zasady pierwszeństwa prawa wspólnotowego."

      Rozmowa z prof. Andrzejem Wróblem, sędzią Sądu Najwyższego:
      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040305/prawo/prawo_a_16.html
      • przycinek.usa Och i to: 06.03.04, 22:14
        "Jaka będzie tu rola sędziego (polskiego)?

        Sędziowie polscy staną się sędziami wspólnotowymi i będą obowiązani do
        stosowania przepisów wspólnotowych celem rozpoznawania roszczeń opartych na
        tych przepisach. Będą przy tym obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze
        stosowanymi w danej sprawie przepisami wspólnotowymi i niestosowania prawa
        polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi. Wreszcie będą orzekać o
        odszkodowaniach za szkody wyrządzone obywatelom naruszeniem prawa wspólnotowego
        przez organy państwa, nie wyłączając samych sądów."


        Jak moglem tego nie wkleic?
        Chcieliscie Rzepe, to macie. Panie Robercie.
        • przycinek.usa POWTARZAM: 06.03.04, 22:17
          Aby Panie Robert nie bylo watpliwosci. Swiatopoglad nie zalezy od gazety, ale
          od pogladu. Jezeli poglad jest zbiezny w przypadku dwoch roznych gazet, to
          znaczy, ze OPINIE SA ZGODNE. Odrzucajac jedna gazete, odrzucamy rowniez
          swiatopoglad drugiej. Czy jednak nie jest to amputacja WLASNEGO JA?

          Wiec POWTARZAM:
          Polscy Sedziowie:
          "Będą (...) obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze stosowanymi w
          danej sprawie przepisami wspólnotowymi i NIESTOSOWANIA prawa
          polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi."

          JASNE?
          • przycinek.usa Jedno z drugim sie wiaze: 07.03.04, 04:50
            Nielegalne wywłaszczenia w Niemczech
            Czwartek, 22 stycznia 2004
            Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu uznał, że władze zachodniej
            części Niemiec bezprawnie wywłaszczyły obywateli byłej NRD po zjednoczeniu
            kraju, kilkanaście lat temu. Niewykluczone więc, że niemiecki rząd będzie
            musiał wypłacić rekompensaty.
            Zdaniem ETS, rząd wywłaszczając obywateli ze wschodniej części kraju powinien
            wypłacić im odszkodowania. Tymczasem tak się nie stało. Cała historia zaczęła
            się w 1990 roku. W jednej ze swoich ostatnich decyzji parlament NRD potwierdził
            obywatelom własność niektórych gruntów, przyznanych w trakcie reformy ziemskiej
            po 1945 roku (przeprowadzali ja Rosjanie).

            Tuż po zjednoczeniu Niemiec, rząd Kohla wywłaszczył takie osoby, nie dając im w
            zamian nawet 1 marki. Decyzja ta dotknęła niemal 70 tys. osób. Kilka z nich
            zdecydowało się wytoczyć państwu proces.

            Po orzeczeniu ETS niewykluczone, że niemiecki rząd będzie musiał wypłacić
            kilkaset milionów euro odszkodowań. Zanim jednak do tego dojdzie, władze
            prawdopodobnie złożą wniosek o rewizję wyroku.

            23:35

            Na postawie analogii, bedziemy mieli procesy przeciwko Polsce, ale OCZYWISCIE
            PO WSTAPIENIU DO UNII.

            www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=64590
    • przycinek.usa Ujazdowski: nadrzędność prawa UE a roszczenia 07.03.04, 04:14
      Ujazdowski: nadrzędność prawa UE a roszczenia
      Autor: robisc
      Data: 25.02.2004 21:47 + dodaj do ulubionych wątków

      --------------------------------------------------------------------------------
      Uuu...zrobi sie jeszce z tego kolejna afera. Nic dziwnego, że Cimoszko unika
      debaty.


      (...)Według PiS, podczas sejmowej debaty powinny zostać wyjaśnione sprawy
      związane ze stosunkami polsko-niemieckimi. Jak powiedział Ujazdowski, na
      wniosek szefa MSZ Włodzimierza Cimoszewicza od dwóch miesięcy odwlekane jest
      głosowanie w Sejmie nad projektem uchwały wzywającej do zdezawuowania
      kampanii Eriki Steinbach w sprawie niemieckich roszczeń na ziemiach
      odzyskanych.

      "To jest pierwszy wypadek, że uchwała przyjęta zgodnie przez członków komisji
      spraw zagranicznych od dobrych dwóch miesięcy nie może być poddana pod
      głosowane plenarne" - powiedział Ujazdowski. Podkreślił, że jego partii
      zależy na tym, by "polskie tytuły własnościowe zostały w tysiącu procentach
      potwierdzone" poprzez ustawową zamianę prawa użytkowania wieczystego we
      własność.

      Według wicemarszałka Sejmu Tomasza Nałęcza, Cimoszewicz rzeczywiście
      przyszedł na Konwent Seniorów i "prosił o czas na wykorzystanie projektu
      uchwały w działaniach dyplomatycznych". Podczas kolejnego Konwentu, w którym
      Nałęcz już nie uczestniczył, minister miał zdać sprawozdanie z tych działań.

      Zdaniem Ujazdowskiego, potwierdzenie prawa własności Polaków na ziemiach
      zachodnich może utrudnić zgoda na przyjęcie zasady nadrzędności prawa Unii
      nad konstytucjami państw członkowskich. Do tej pory taka zasada nie
      obowiązywała, a konstytucjonaliści w Niemczech i Francji bronili wyższości
      konstytucji poszczególnych państw.

      Tymczasem - według Ujazdowskiego - z odpowiedzi Cimoszewicza na jego
      interpelację wynika, że "w Brukseli uzgodniono zasadę nadrzędności prawa
      europejskiego nad konstytucjami państw narodowych", bo - jak twierdzi
      wiceszef PiS - polski rząd zgodził się na przyjęcie włoskiej propozycji, by
      obowiązywał prymat prawa UE nad krajowym, wynikający z dotychczasowego
      orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

      "Pierwsze słyszę i wydaje mi się to wręcz nieprawdopodobne" - tak na pytanie,
      czy rzeczywiście w Brukseli została uzgodniona zasada wyższości prawa UE nad
      konstytucjami narodowymi, odpowiedział rzecznik rządu Marcin Kaszuba. "To
      jakaś bzdura" - powiedziała z kolei rzeczniczka Komitetu Integracji
      Europejskiej Ewa Haczyk.


      euro.pap.com.pl/cgi-bin/europap.pl?grupa=1&dzien=0&ID=53253
    • przycinek.usa Harmonizacja polskiego prawa 07.03.04, 04:16
      Autor: robisc
      Data: 26.02.2004 20:00 + dodaj do ulubionych wątków
      --------------------------------------------------------------------------------
      Harmonizacja polskiego prawa
      UE/ Eksperci: UE opiera się na prymacie prawa unijnego nad narodowym
      26.02.2004 Bruksela (PAP) - Cała Unia Europejska opiera się na zasadzie prymatu
      wspólnie uzgodnionych praw nad ustawodawstwem narodowym, ale tylko w
      dziedzinach, których dotyczą te prawa - podkreślają unijni eksperci, pytani o
      tę zasadę.
      Wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości Kazimierz Michał Ujazdowski powiedział w
      środę na konferencji prasowej w Warszawie, że zgoda na przyjęcie zasady
      nadrzędności prawa Unii nad konstytucjami państw członkowskich może utrudnić
      potwierdzenie prawa własności Polaków na ziemiach zachodnich.

      "Zasada ta nie była zapisana w traktatach unijnych. Ugruntowało ją orzecznictwo
      Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości" - powiedział PAP belgijski europeista,
      profesor Luc Bernard z Uniwersytetu Katolickiego w Louvain-la-Neuve. "Jest to
      więc prymat bardziej de facto niż de iure, ale stanowi on już część wspólnego
      dorobku prawnego i nie jest kontestowany przez żadne z państw członkowskich" -
      dodał Bernard.

      Zasadę tę uznawały wszystkie państwa przystępujące kolejno do Unii od 1973
      roku, począwszy od bardzo czułej na tym punkcie Wielkiej Brytanii, a
      skończywszy na nie mniej czułej Szwecji. Podobnie zasadę tę uznały Polska i
      pozostałe kraje przystępujące 1 maja. Traktat Akcesyjny nie wspomina wprost o
      prymacie prawa unijnego nad narodowym, ale tak należy interpretować te jego
      artykuły, w których mowa o przejęciu przez nowe państwa praw i obowiązków
      członkowskich.

      "Do tej pory tak to funkcjonowało, ale szokowało to prawników wychowanych na
      szkole prawa rzymskiego. Ci puryści chcieli to uregulować de iure. Dlatego
      Konwent Europejski wpisał tę zasadę do projektu konstytucji europejskiej" -
      podkreślił Bernard. Artykuł I-10 projektu głosi: "Konstytucja i prawo przyjęte
      przez instytucje Unii w wykonywaniu powierzonych jej kompetencji mają
      pierwszeństwo przed prawem państw członkowskich". Zatem, jak podkreślił
      Bernard, dotyczy to wyłącznie dziedzin, w których Unia ma kompetencje i w
      których istnieje wspólne prawo.

      Do dziedzin tych nie należy prawo własności, a więc nie można w tej dziedzinie
      niczego narzucić państwu członkowskiemu, o ile nie stanowi to pogwałcenia
      zasady swobodnego przepływu kapitału i zakupu nieruchomości (Polska ma w tym
      zakresie okres przejściowy, pozwalający jej na restrykcje w zakupie ziemi).

      Zapis o prymacie prawa unijnego w projekcie konstytucji europejskiej nie
      wywołał w zeszłym roku większych kontrowersji i został zaakceptowany przez
      wszystkie 25 państw uczestniczących w konferencji międzyrządowej na temat
      konstytucji.

      "Ten punkt uznano za uzgodniony już po nieformalnej naradzie ministrów spraw
      zagranicznych pod koniec listopada 2003 roku w Neapolu. Jednak nic nie jest do
      końca uzgodnione, dopóki wszystko nie zostało uzgodnione" - powiedział w
      czwartek PAP rzecznik Komisji Europejskiej Stefaan De Rynck.

      Przypomniał, że grudniowy szczyt w Brukseli zakończył się nie tylko brakiem
      zgody w sprawie systemu głosowania w Radzie UE, ale też nie przyjął formalnie
      żadnego dokumentu potwierdzającego zgodę konferencji międzyrządowej na inne
      punkty, nie budzące już kontrowersji.

      Obawiając się reakcji własnych eurosceptyków, rząd brytyjski wymógł na
      przewodniczących wtedy Unii Włochach, żeby dołączyli do projektu konstytucji
      dodatkową deklarację: "Konferencja (międzyrządowa) zauważa, że postanowienia
      artykułu I-10 odzwierciedlają istniejące orzecznictwo Trybunału
      Sprawiedliwości".

      Według De Ryncka, zadowoliło to Brytyjczyków i wszystko wskazywało na to, że
      jeśli dojdzie do porozumienia w innych sprawach, artykuł I-10 przejdzie bez
      dalszej dyskusji. [powrót]


    • przycinek.usa czy rząd Niemiec poprze roszczenia przesiedleńców 07.03.04, 04:17
      RNa poparcie tego co pisałeś - głośno o sprawie
      Autor: robisc
      Data: 26.02.2004 20:02 + dodaj do ulubionych wątków
      --------------------------------------------------------------------------------
      Polska/ RKN: czy rząd Niemiec poprze roszczenia przesiedleńców


      26.02.2004 Warszawa (PAP) - Czy rząd Niemiec będzie popierał roszczenia
      niemieckich przesiedleńców z polskich ziem zachodnich i północnych - zapytał w
      przekazanym PAP liście otwartym do ambasadora Niemiec w Polsce Reinharda
      Schweppe szef Ruchu Katolicko-Narodowego Antoni Macierewicz.

      To reakcja RKN na zamieszczoną we wtorkowej "Rzeczpospolitej" wypowiedź
      Schweppe, że "niemiecki rząd federalny nie popierał w przeszłości działalności
      Pruskiego Powiernictwa - spółki powołanej przez niemieckich wypędzonych w celu
      odzyskania majątków w Polsce lub odszkodowań za nie - i nie będzie tego czynił
      także w przyszłości".

      Macierewicz zapytał w związku z tym, czy to stanowisko rządu niemieckiego
      dotyczy także "roszczeń niemieckich przesiedleńców z polskich ziem zachodnich i
      północnych oraz ich spadkobierców co do odszkodowań". "Proszę o wyjaśnienie,
      czy rząd NRF będzie popierał takie roszczenia, czy też nie" - czytamy w liście.

      Szef RKN nawiązał także do stwierdzenia Schweppe, że "nie ma on żadnych
      wątpliwości co do tego, że ewentualne składanie pozwów (o odszkodowania-PAP)
      jest zupełnie bezcelowe". "Uprzejmie proszę o jasne ustosunkowanie się, czy Pan
      i pański rząd uważacie takie pozwy za nieuzasadnione i dlaczego" - chce
      wiedzieć Macierewicz. W ostatnich dniach dyskusje o roszczeniach niemieckich
      wysiedleńców wywołała informacja, że Pruskie Powiernictwo, reprezentujące
      interesy Niemców wysiedlonych z Polski po 1945 roku, zagroziło skierowaniem
      skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli Polska nie zaspokoi ich
      roszczeń.

      O takiej perspektywie poinformował szef Pruskiego Powiernictwa Rudi Pawelka w
      wywiadzie dla najnowszego "Welt am Sonntag". "Będziemy rozmawiali z polskimi
      władzami i jeśli nam się nie uda, wówczas skierujemy sprawę do europejskiego
      trybunału - powiedział gazecie Rudi Pawelka, który jest przewodniczącym rady
      nadzorczej Pruskiego Powiernictwa (Preussische Treuhand GmbH & Co.) i szefem
      Ziomkostwa Ślązaków.

      Celem Pruskiego Powiernictwa jest zbieranie informacji o roszczeniach Niemców
      wysiedlonych m.in. z obecnych ziem polskich; firma oferuje im pomoc w
      ewentualnym odzyskaniu mienia na drodze sądowej. Pruskie Powiernictwo powstało
      po upadku muru berlińskiego w 1989 r.

      Według Preussische Treuhand, co tydzień zgłaszają się do nich "dziesiątki"
      byłych niemieckich właścicieli pragnących odzyskać posiadłości, bądź uzyskać za
      nie odszkodowanie. Według Pavelki, około miliona wysiedlonych Niemców posiadało
      jakieś majątki na terenie dzisiejszej Polski - pisze agencja AFP za "Welt am
      Sonntag". Polskie MSZ kilkakrotnie na forum Sejmu tłumaczyło, że nie ma podstaw
      do obaw, że prawo wspólnotowe UE mogłoby stać się podstawą do roszczeń
      rewindykacyjnych lub odszkodowawczych za mienie utracone przez Niemców w wyniku
      wysiedleń po II wojnie światowej.

      Wiceminister SZ Sławomir Dąbrowa mówił w czerwcu ub.r., że kwestia następstw II
      wojny światowej została uregulowana zgodnie z prawem międzynarodowym w sposób
      całościowy w traktacie o regulacji końcowej w odniesieniu do Niemiec,
      podpisanym w Moskwie 11 września 1990 roku. Byłe nieruchomości niemieckie
      zostały przejęte przez Polskę w ramach procesu reparacyjnego, a ich status
      został uregulowany polskim prawem wewnętrznym, opartym na umowie poczdamskiej z
      1945 roku. Ostatnio kilka sejmowych kół wystąpiło z projektem uchwały, mającej
      na celu zablokowanie ewentualnych niemieckich roszczeń wobec Polski. Komisje
      sejmowe rozpatrzą go 3 marca.


    • przycinek.usa nie ufam Niemcom 07.03.04, 04:18
      Autor: klip-klap
      Data: 26.02.2004 20:59 + dodaj do ulubionych wątków
      -------------------------------------------------------------------------------
      Te pozwy raczej przeszkadzają niemieckiej polityce zagranicznej. Wydaje się,że
      ma ona wobec Polski dwa zasadnicze cele : 1)krótkookresowy to osłabienie Polski
      poprzez wciągnięcie do UE 2)dalekosiężny to odzyskanie ziem zachodnich.
      Wykonanie pierwszego znacznie ułatwia drugi. Wiem,że drugi brzmi
      nieprawdopodobnie(w końcu od 50 lat pokój mamy),ale wystarczy trochę nabrać
      dystansu i spojrzeć na całość z perspektywy,a nie wydaje się już tak głupi. UE
      prędzej czy później się rozpadnie i w interesie Niemiec jest żeby to było
      później,a także by następowała coraz dalej idąca integracja ze stworzeniem
      jednego państwa włącznie. Gdyby minęło wystarczająco dużo czasu i UE się
      rozpadła,to dystans 50lat od II WS do wstąpienia Polski do UE będzie
      niezauważalny. Wtedy Niemcy sobie przypomną ,że przecież nigdy nie zrzekli się
      swych ziem,że nie podpisali traktatu pokojowego z Polską,itd. W takim
      kontekście starania o odzyskanie majątku przez Niemców juz teraz zwraca Polakom
      uwagę na ten problem i to zapewne nie jest dla polityki niemieckiej zbyt
      dobre.Chyba że to po prostu sondowanie nastrojów,ale to by było zbyt wcześnie.



    • przycinek.usa Wysiedleni nadal straszą 07.03.04, 04:19
      NIEMCY - CZECHY
      Wysiedleni nadal straszą

      Ziomkostwa niemieckie i Związek Wypędzonych ostro zaprotestowały przeciwko
      uhonorowaniu przez czeski parlament byłego prezydenta kraju Edwarda Benesza,
      który doprowadził do wysiedlenia z Czech Niemców sudeckich. Nie licząc się z
      prawdą historyczną, liderzy niemieckich rewizjonistów ponownie zażądali
      potępienia i anulowania dekretów, na mocy których mniejszość niemiecka musiała
      opuścić Czechy.
      24 lutego czeski parlament podjął uchwałę, na mocy której uhonorował byłego
      prezydenta Czechosłowacji Edwarda Benesza. Natychmiast w specjalnym
      oświadczeniu decyzję czeskiego parlamentu w ostrych słowach potępił Związek
      Wypędzonych (BdV), który nazwał ją nie do przyjęcia. Erika Steinbach
      stwierdziła, iż uhonorowanie Benesza przez czeski parlament jest nie do
      zaakceptowania przez "ofiary" jego działalności. Dla Steinbach Benesz kojarzy
      się ze śmiercią 250 tys. ludzi i z masowym wypędzaniem jej rodaków.
      Przewodnicząca BdV określiła Benesza mianem ekstremalnego nacjonalisty,
      zwalczającego zarówno niemiecką, jak i węgierską grupę etniczną. Steinbach
      ponownie wezwała do unieważnienia dekretów, na mocy których z Czech wysiedlono
      Niemców sudeckich. Ich związek, powołując się na "wartości europejskie",
      zażądał, aby rząd czeski potępił dekrety Benesza.
      Podczas zjazdu Niemcy sudeccy skrytykowali również szefa niemieckiej dyplomacji
      Joschkę Fischera, który podczas wizyty w Pradze stwierdził, że władze
      niemieckie nie zamierzają ingerować w działanie czeskiego parlamentu i
      uhonorowanie Benesza przez władze czeskie w żaden sposób nie wpłynie na
      stosunki pomiędzy obydwoma krajami.
      Waldemar Maszewski, Hamburg

      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040301&id=sw12.txt
    • przycinek.usa Komentarz znaleziony na Interia.pl 07.03.04, 04:20
      Metamorfoza PO
      kapie /28.02.2004 10:40/ Kosmopolityczna Platforma Obywatelska zwana też
      Pomarańczową Opozycją, ustami swych wolnomyślicieli/ek, nierzadko sepleniących
      i hochsztaplerów intelektualnyh przekonywała nas całymi miesiącami, że
      najlepiej to będzie nam w UE. Obecnie, przyłącza się do psioczącego na UE
      społeczeństwa/obywatelskiego chyba/.Co więcej, PO obecnie twierdzi, że zawsze
      była przeciwna UE, jako kosztownemu socjalistycznemu molochowi niszczącemu
      każdy zdrowy podmiot.
    • przycinek.usa Wysiedleni grożą sądem 07.03.04, 04:22
      21.02.2004 17:17 (aktualizacja 17:34)
      Firma reprezentująca interesy Niemców wysiedlonych z Polski po 1945 roku
      zagroziła skierowaniem skarg do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jeśli
      Polska nie zaspokoi ich roszczeń.

      O takiej perspektywie poinformował szef Pruskiego Powiernictwa w wywiadzie,
      który ma ukazać się w najnowszym "Welt am Sonntag".

      "Będziemy rozmawiali z polskimi władzami, i jeśli nam się nie uda, wówczas
      skierujemy sprawę do europejskiego trybunału - powiedział gazecie Rudi
      Pawelka, który jest przewodniczącym rady nadzorczej Pruskiego Powiernictwa
      (Preussische Treuhand GmbH & Co.) i szefem Ziomkostwa Ślązaków.

      Celem Pruskiego Powiernictwa jest zbieranie informacji o roszczeniach Niemców
      wysiedlonych m.in. z obecnych ziem polskich; firma oferuje im pomoc w
      ewentualnym odzyskaniu mienia na drodze sądowej. Pruskie Powiernictwo
      powstało po upadku muru berlińskiego w 1989 r.

      Według Preussische Treuhand, co tydzień zgłaszają się do nich "dziesiątki"
      byłych niemieckich właścicieli pragnących odzyskać posiadłości, bądź uzyskać
      za nie odszkodowanie. Według Pavelki, około miliona wysiedlonych Niemców
      posiadało jakieś majątki na terenie dzisiejszej Polski - pisze agencja AFP
      za "Welt am Sonntag".

      Polskie MSZ kilkakrotnie na forum Sejmu tłumaczyło, że nie ma podstaw do
      obaw, że prawo wspólnotowe UE mogłoby stać się podstawą do roszczeń
      rewindykacyjnych lub odszkodowawczych za mienie utracone przez Niemców w
      wyniku wysiedleń po II wojnie światowej.

      Wiceminister SZ Sławomir Dąbrowa mówił w czerwcu ub.r., że kwestia następstw
      II wojny światowej została uregulowana zgodnie z prawem międzynarodowym w
      sposób całościowy w traktacie o regulacji końcowej w odniesieniu do Niemiec,
      podpisanym w Moskwie 11 września 1990 roku. Byłe nieruchomości niemieckie
      zostały przejęte przez Polskę w ramach procesu reparacyjnego, a ich status
      został uregulowany polskim prawem wewnętrznym opartym na umowie poczdamskiej
      z 1945 roku.

      Ostatnio kilka sejmowych kół wystapiło z projektem uchwały, mającej na celu
      zablokowanie ewentualnych niemieckich roszczeń wobec Polski. Komisji sejmowe
      rozpatrzą go 3 marca.

      (PAP)
    • przycinek.usa Oprawcy chcą zamienić się w ofiary 07.03.04, 04:23
      "Oprawcy chcą zamienić się w ofiary"

      Obywatele Niemiec wysiedleni po II wojnie światowej grożą Polsce masowymi
      pozwami do sądów europejskich. Przewodniczący Pruskiego Towarzystwa
      Powierniczego i szef Ziomkostwa Ślązaków Rudi Pawelka zagroził, iż jeśli rząd
      polski nie przystąpi do rozmów na temat odszkodowań dla niemieckich
      wysiedlonych, to już niedługo pierwsze pozwy trafią do Europejskiego Trybunału
      Praw Człowieka.
      "Coraz więcej Niemców zamierza odebrać swoje majątki pozostawione w Polsce i w
      innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej po drugiej wojnie światowej" - pisze
      wczorajszy dziennik "Welt am Sonntag". - W tym celu będziemy rozmawiali z
      polskimi władzami, a jeżeli nam się to nie uda, wystąpimy do Europejskiego
      Trybunału Praw Człowieka - stwierdził Rudi Pawelka w wywiadzie dla
      niedzielnego "Welt am Sonntag". Według jego słów, co tydzień zgłaszają się do
      Towarzystwa tuziny byłych niemieckich właścicieli, którzy pragną odzyskać swoje
      utracone domy i gospodarstwa w Polsce. Stwierdził on, że około jednego miliona
      niemieckich przesiedleńców pozostawiło swoje majątki w naszym kraju.
      Informując o grożącej Polsce fali roszczeń, niemiecka gazeta przypomniała
      jednocześnie niedawną wypowiedź desygnowanej na komisarza Unii Europejskiej
      Danuty Huebner, która oświadczyła, że "ten rozdział historii jest zamknięty i
      nie ma szans na odwrócenie jej biegu". Gazeta informuje również o inicjatywie
      władz Warszawy, które oszacowały wojenne straty polskiej stolicy spowodowane
      przez Niemców na ponad 31 mld dolarów i gotowości wystąpienia z roszczeniami w
      momencie, kiedy zaczną napływać niemieckie pozwy.
      "Welt am Sonntag" nie ukrywa, że sprawa niemieckich roszczeń o zwrot utraconego
      mienia zdecydowanie pogarsza obecne wzajemne stosunki pomiędzy obu krajami.
      Ponadto - jak pisze gazeta - sprawa ta "rodzi u naszego wschodniego sąsiada
      strach, że po wstąpieniu do Unii nastąpi gwałtowny wzrost niemieckich żądań
      zwrotu pozostawionego majątku".
      Rząd niemiecki co prawda oficjalnie odcina się od działań Pruskiego Towarzystwa
      Powierniczego, twierdząc, iż oficjalnie organizacja Pawelki nie ma nic
      wspólnego z polityką niemieckiego rządu, ale jednocześnie niejednokrotnie
      stwierdzał, iż uznaje problem ewentualnych odszkodowań za sprawę otwartą.
      Obok zainicjowanych przez Związek Wypędzonych planów budowy Centrum Przeciwko
      Wypędzeniom działania Pruskiego Towarzystwa Powierniczego należą do
      najskrajniejszych przejawów niemieckiego rewizjonizmu. Wzorowane na
      organizacjach żydowskich (co przyznają sami założyciele) towarzystwo powstało z
      inicjatywy niemieckich przesiedleńców, a głównym jego zadaniem jest pomoc
      merytoryczna i prawna wszystkim Niemcom, którzy pozostawili swój majątek na
      wschodzie Europy po 1945 r. i zamierzają go teraz odebrać. Jako spółka akcyjna
      (Preussischer Treuhand GmbH und KG aA) organizacja ta została zarejestrowana 18
      września 2001 roku w Bonn.
      Na stronach internetowych Pruskiego Towarzystwa Powierniczego znajdują się
      gotowe instrukcje, jak należy postępować w przypadku chęci odebrania swojego
      pozostawionego majątku, a także gotowe druki wzorów pozwów o odszkodowania i
      zwrot majątku.
      Rewizjonistom sprzyja brak ustawy reprywatyzacyjnej w Polsce. Umożliwia im to
      bowiem sądowne wystąpienia o pozostawiony majątek i to w całości. Pruskie
      Towarzystwo Powiernicze zamierza najpierw wystąpić z roszczeniami do polskich
      sądów, a jeżeli to im się nie uda lub pozwy zostaną odrzucone, to - jak
      zapewnia Pawelka - sprawa trafi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
      Jeśli i to nie poskutkuje, zostaną złożone zbiorowe pozwy do sądów
      amerykańskich - podobnie jak to zrobiła żydowska organizacja roszczeniowa
      Jewish Claims Conference.
      Waldemar Maszewski, Hamburg


      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20040223&id=sw11.txt
    • przycinek.usa Wojna i dzialania IPN. 07.03.04, 04:24
      Ponizej tekst jak niemcy lubili zabierac Polakom nieruchomosci. Sam wiem, bo
      stracilismy w powstaniu kamienice. Co prawda wskutek uderzenia bomby, ale tez
      przez niemcow. Cokolwiek by nie powiedziec, winni niemcy.

      www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20040221&id=po01.txt
      "- Z zajmowanego przez nas mieszkania Niemcy wysiedlili nas zimą 1939 roku. Do
      mieszkania weszło wtedy dwóch mundurowych z trupimi czaszkami na czapkach.
      Kazali je opuścić. Niemcy nie zważali na to, że mama miała chorą nogę i dostała
      skierowanie do szpitala. Cały czas krzyczeli, byli bardzo ordynarni. Po
      opuszczeniu lokalu zostaliśmy ciężarówką zawiezieni na Główną, w obozie
      umieszczono nas w baraku, w którym nie było łóżek tylko słoma. Pamiętam, że na
      samym początku w naszym baraku jedna z kobiet urodziła dziecko, które później
      Niemcy zabrali. Chodziły słuchy, że potem je zabili - wspominała w śledztwie
      Teresa Ś."
    • przycinek.usa jest problem - zajebiemy go smiechem! 07.03.04, 04:26
      "• jest problem - zajebiemy go smiechem! adres: *.kamir.com.pl
      Gość: PABLO 21-02-2003 14:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując

      czytając posty w tej dyskusji mam jedno wrażenie:
      eurofani stosuja metodę jest problem - zajebiemy go
      smiechem. szczegolnie przoduje w tym niejaki snajper ale
      kimmjiki oraz kai tez sprowadzili wszystko do żartów z
      beebok'a eurofoba.
      A problem niemieckiej własności na ziemiach odzyskanych
      ISTNIEJE. W Polsce niestety nasze elyty pro-europejskie
      zamiotły to pod dywan i udają że sprawy ni ma.
      Próba dyskusji w magazynie Sprawy Międzynarodowe i
      Arcanach nie wypaliła; prof. Kieżun tez próbował na ten
      temat pisac ale jak to u nas bywa jakoś nie zainteresował
      tym tzw. "wolnych mediów"
      jeszcze raz przypomnijmy panom eurofanom iż po akcesji
      Polski do Unii powstanie problem prawny, który ta unia
      będzie musiała w ramach swojego prawodawstwa rozwiązać:
      do tej samej nieruchomości będą istniały dwa tytuły
      prawne stwierdzające własność: jeden polski jeden
      niemiecki. Niemiecki jest starszy a do tego jego utrata
      na rzecz polskiego właściciela jest spowodowana
      przymusowym przesiedleniem i wywłaszczeniem. Jak
      prawodawstwo unijne wg szanownych eurofanów odnosi się do
      przymusowych wywłaszczeń i przesiedleń bez odszkodowań
      przeprowadzanych na podstawie kryteriów rasowych bądź
      narodowościowych? Wiedza Panowie czy nie wiedzą? Uznaje
      takie wywłaszczenie czy nie uznaje? No Kimmjiki rusz
      głową! Przypominam że polsko-niemiecki traktat o
      granicach podpisany przez TW Skubiszewskiego Krzysztofa
      zaznacza w jednym z punktów (na co szczegolnie naciskał
      Kohl) iz nie reguluje on kwestii własnościowych (uznaje
      natomiast nienaruszalnośc granic); po wejsciu do UE
      granice będziemy sobie mogli wsadzic gdzieś a tereny będą
      należec do tego kto będzie ich właścicielem. Niemiecka
      polityka jest długofalowa i bardzo konsekwentna a jej
      celem jest powrócenie do granic z 1937 roku. Polska
      polityka prowadzona przez tajnych współpracowników
      specsłużb lub komuchów jest oparta na zasadzie interesu
      klasowego klasy politycznej. No ale zdrade zawodowych
      zdrajców mozna zrozumieć. Natomiast kimmjiki, snajper,
      kai to tzw. pożyteczni idioci, ktorych tłumaczy tylko ich
      głupota. "
    • przycinek.usa Podaje za Pepe..dla porzadku. 07.03.04, 04:31
      www.dwelle.de/polish/nachrichten/2.26829.2.html
      "Ekspert nie widzi szans na odszkodowania dla wypędzonych

      Prof. Christian Tomuschat, jeden z największych autorytetów w dziedzinie prawa
      międzynarodowego, nie widzi szans na wyprocesowanie zwrotu majątku bądź
      odszkodowań przez wypędzonych. Według niego stan prawny nie pozostawia tu
      najmniejszych wątpliwości. “Dawne tereny niemieckie są uznanym przez prawo
      międzynarodowe terytorium Polski. Na terytorium Polski obowiązuje prawo
      polskie” – powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle Christian Tomuschat.
      Zdaniem profesora żaden z sądów europejskich ani amerykańskich nie ma uprawnień
      do rozpatrywania roszczeń wypędzonych wobec Polski."


      I od razu wklejam ADEKWATNA WYPOWIEDZ sedziego prof. Andrzeja Wróbla, sędziego
      Polskiego Sądu Najwyższego. (te co byla pare postow wyzej):

      Polscy Sedziowie:
      "Będą (...) obowiązani do oceny zgodności prawa polskiego ze stosowanymi w
      danej sprawie przepisami wspólnotowymi i NIESTOSOWANIA prawa
      polskiego, które uznają za sprzeczne z nimi."


      I kto tu jest ekspertem????? Macie watpliwosci, bo ja nie.

      Dalszy link podany przez Pepe:

      "Wypędzeni grożą Polsce pozwami

      Niemieccy wypędzeni grożą Polsce pozwami przed sądami europejskimi.
      Przewodniczący organizacji “Preussischer Treuhand” Rudi Pawelka powiedział w
      niedzielnym wydaniu gazety "Welt am Sonntag", że jeśli rząd Polski nie zgodzi
      się na rozmowy w sprawie odszkodowań dla niemieckich właścicieli to jego
      organizacja wniesie pierwsze pozwy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w
      Strasbourgu. Według danych “Preussischer Treuhand”, na obecnych polskich
      ziemiach zachodnich majątki posiadało około miliona Niemców. Minister do spraw
      europejskich i desygnowana komisarz UE Danuta Huebner oświadczyła, że "Ten
      rozdział historii jest zamknięty i nie ma szans na odwrócenie jej biegu". Rząd
      Niemiec nie popiera żądań wypędzonych, jednak z obawy przed roszczeniami pod
      własnym adresem uznaje tę kwestię za otwartą."

      www.dwelle.de/polish/nachrichten/2.26647.2.html
    • przycinek.usa Re: TEMAT: ROSZCZENIA. 07.03.04, 04:34
      I znowu Pepe. pepe49 24.02.2004 23:39

      http://www.glos.com.pl

      Fragment artykułu p. Macierewicza:
      http://www.glos.com.pl/Awyd/am.html (link niestety juz nie dziala.)

      (...)głównym narzędziem działania Niemiec jest Unia Europejska. Niemcy, jak mało
      kto, potrafiły podporządkować swoją politykę dialektycznym wskazaniom: “trzeba
      zrezygnować z niepodległości, by odzyskać potęgę. Trzeba zlikwidować granice, by
      odzyskać całość terytorium.” Niemcy zawarły z Polską układ, uznając granicę na
      Odrze i Nysie, lecz nigdy nie pogodziły się z wysiedleniem swoich rodaków z ziem
      polskich i nie zaakceptowały wywłaszczenia ich majątków. To Unia Europejska ma
      stać się narzędziem pozwalającym odzyskać to, co utraciły po Drugiej Wojnie
      Światowej. Zadaniu temu dobrze służy szczególna konstrukcja prawno-polityczna
      Unii, zwłaszcza w tym kształcie, jaki nadaje jej Konstytucja UE. Powstaje bowiem
      jedno państwo, w którym nie ma wewnętrznych granic, za to każdy ma prawo do
      swobody osiedlania się, a Trybunały strzegą bezwzględnie prawa własności,
      ewentualnie prawa do odszkodowania. Jeżeli dodamy, że w państwie tym głos
      decydujący mają mieć Niemcy (a o tym stanowi tzw. zasada podwójnej większości
      uzależniająca siłę głosu w Radzie UE od liczby mieszkańców) to widzimy, że
      zostały przygotowane wszystkie warunki dla pokojowej ekspansji Niemiec na wschód
      i wypchnięcia Polski z terenów Ziem Odzyskanych.

      Centropa

      Nie ma wątpliwości, że plany niemieckie idą dużo dalej, niż ekspansja
      gospodarcza, wsparcie dla rewindykacji odszkodowawczych, osadnictwo potomków
      wysiedlonych. Do osiągnięcia tych celów prawodawstwo UE jest już przystosowane.
      Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyjął pierwsze orzeczenia nakazujące
      odszkodowania za wywłaszczenia w latach 40-ych. Ale ewentualna presja setek
      tysięcy czy nawet milionów domagających się odszkodowań, to tylko narzędzie
      zamiarów dalej sięgających. Oto we wrześniu 2002 r. podczas konferencji w
      Feldkirchu w Austrii prof. Alexander von Waldow, Zastępca Federalnego
      Przewodniczącego Stowarzyszenia ds. Problemów Gospodarczych Wschód przedstawił
      program “rozwiązania problemów polsko-niemieckich”. Plan wygląda następująco: 1.
      Tereny utracone przez Niemcy na rzecz Polski oraz obszary enklawy królewieckiej
      zostaną odłączone od Polski i Rosji i objęte protektoratem międzynarodowym.
      Obszar ten będzie konstytucyjnie związany z Unią Europejską; 2. W ramach
      rekompensaty Polska otrzyma te utracone po wojnie terytoria na wschodzie, które
      obecnie wchodzą w skład Białorusi i Ukrainy; 3. Powstały twór państwowy, von
      Waldow nazwał go Centropą, wypłaci odszkodowania wysiedlonym i ich potomkom.

      Ten plan może się wydawać śmiesznym, gdy przedstawia się go tak, jak zrobiła to
      niedawno “Rzeczpospolita”, w reportażu rysującym marzenia starszego, oderwanego
      od życia arystokraty. Rzecz wygląda inaczej, gdy okazuje się, że jest to
      oficjalny program ogólnoniemieckiego stowarzyszenia oraz głównego narzędzia
      rewizjonistów Preusische Treuheunder. Jeżeli dziś, gdy Polska jeszcze nie jest w
      Unii Europejskiej, a więc jeszcze nie podlega bezwzględnie prawnemu dyktatowi,
      takie koncepcje publicznie są przedstawiane, to po wejściu do UE możemy jedynie
      spodziewać się ich realizacji.

      Jak do tego doszło?

      Polska znajduje się dzisiaj w bardzo trudnej sytuacji wobec Niemiec i musi
      dokonać pełnej mobilizacji swych sił, by wydostać się z opresji, w jaką
      wepchnęły ją siły komunistyczno-liberalne. Źródeł błędu szukać należy w pełnym
      podporządkowaniu polityki polskiej rosyjskiej koncepcji “Europejskiego Wspólnego
      Domu”. Ten pomysł Gorbaczowa zakładał zjednoczenie Niemiec, rozwiązanie Układu
      Warszawskiego i NATO, decydowanie o Europie poprzez OBWE. Politycy polscy,
      którzy w wyniku układu “okrągłego stołu” przejęli władzę, niewolniczo
      realizowali plany rosyjskie. Tylko tak można zrozumieć, dlaczego w Traktacie
      Polsko-Niemieckim nie zamknięto kwestii roszczeń własnościowych (choć w tym
      samym czasie zrobiła to Rosja!), nie uzyskano pełni praw dla polskiej
      mniejszości w Niemczech (choć dano takie Niemcom w Polsce!), nie wymuszono zmian
      w Konstytucji Niemiec wciąż zawierających odniesienie do Rzeszy w granicach z
      1937 r. poprzez przyznawanie obywatelstwa wszystkim, którzy narodzili się na tym
      terytorium. Przepis ten tworzy niebezpieczny punkt zaczepienia do ewentualnego
      powrotu do kwestii terytorialnych. W istocie stało się nawet coś nieporównanie
      gorszego: Minister RP Krzysztof Skubiszewski pozwolił sobie na dołączenie do
      Traktatu, wymiany listów z Ministrem spraw zagranicznych RFN H. D. Genscherem, w
      których stwierdza się, że Traktat nie zajmuje się kwestiami obywatelstwa i
      własności. Do kolejnego zaś układu Minister Skubiszewski dołącza deklarację
      stwierdzającą, że w perspektywie wejścia Polski do Unii Europejskiej tworzone
      będą ułatwienia dla osiedlania się Niemców w Polsce.

      Odpowiedzialność postkomunistów

      Traktat Polsko-Niemiecki zostaje podpisany, gdy prezydentem jest Wojciech
      Jaruzelski, a PZPR dysponuje nie tylko głównymi ministrami w rządzie, ale i
      sprawuje faktyczną kontrolę nad parlamentem i administracją Polski. Rychło
      zresztą okazuje się, że ekipy postkomunistyczne są najbardziej zainteresowane w
      ustępstwach na rzecz Niemiec i Niemców. Dobitnym przykładem jest przeprowadzona
      przez SLD ustawa z 1996 r. liberalizująca zasady sprzedaży ziemi cudzoziemcom.
      Chodziło przede wszystkim o ułatwienie nabywania mieszkań i niewielkich
      nieruchomości (do 1 ha) bez wymaganej dotąd zgody ministra spraw wewnętrznych.
      Ale najbardziej kompromitujący z punktu widzenia polskiego interesu narodowego
      jest systematyczny sprzeciw postkomunistów wobec ustawodawstwa
      reprywatyzacyjnego i uwłaszczeniowego. Projekty takich ustaw zgłaszano już w
      1992 r., ale zawsze koalicja SLD i partii liberalnych je utrącała. Dopiero w
      1999 i 2000 r. udało się uchwalić, choć przy zażartym sprzeciwie SLD, zarówno
      ustawę reprywatyzacyjną jak i uwłaszczeniową. Obie zawierały klauzule
      wyłączające z dobrodziejstw ustawy osoby, które zrzekły się polskiego
      obywatelstwa. W ten sposób unikano niebezpieczeństwa fali roszczeń niemieckich.
      O ile bowiem niemiecka doktryna prawna kwestionuje prawomocność wywłaszczeń
      dokonanych w latach 1945-90 uznając, że w tym czasie Polska jedynie
      administrowała ziemiami zachodnimi i północnymi, to takich zastrzeżeń oczywiście
      nie można wnieść po uznaniu suwerenności polskiej na tych obszarach, co dokonało
      się z punktu widzenia niemieckiego w 1990 roku.
      Do wejścia w życie ustaw reprywatyzacyjnych i uwłaszczeniowych wówczas jednak
      nie doszło. Zakwestionował je na wniosek SLD prezydent Kwaśniewski. Niemcy mogli
      odetchnąć z ulgą

      Pour la Roi de Prousse

      Konsekwencje stanowiska postkomunistów będą tragiczne. Ustawę reprywatyzacyjną
      wymusi na Polsce społeczność międzynarodowa zapewne po wejściu do UE. Tyle, że
      wówczas ustawa nie będzie mogła już zawierać klauzuli wyłączającej osoby
      pozbawione obywatelstwa polskiego, gdyż byłoby to sprzeczne z prawem UE. Tak
      więc postkomuniści i wszyscy, którzy ich wówczas wspierali, świadomie lub z
      głupoty działali na rzecz rewindykacji niemieckich. Mogę zrozumieć niewiedzę
      emocjonalnie działających posłów chłopskich. Nie wierzę jednak w naiwność panów
      Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Szmajdzińskiego i towarzyszy. Myślę raczej,
      że na tym przykładzie mamy do czynienia z tą samą myślą zaprzeczną, która kazała
      komunistom z KPP w 1936 r deklarować, że zrobią wszystko, by Śląsk wrócił do
      “niemieckiej macierzy”. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć dwa jeszcze
      przykłady. Po pierwsze, w 1997 roku do tworzonej przez SLD Konstytucji
      wprowadzono nowe przepisy dotyczące obywatelstwa polskiego. Zgodnie z nimi:
      ”Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba, że sam się go
      zrzeknie.” Konsekwencje tego zapisu w stosunkach polsko-niemieckich są
      katastrofalne. W latac
      • przycinek.usa Antoni Macierewicz i calosc artykulu. 07.03.04, 04:42
        Poniewaz tego tekstu NIE MA obecnie nigdzie, wiec pozwolilem sobie wkleic to w
        calosci tu na forum. Mam nadzieje, ze Tosiek nie bedzie mial o to do mnie
        pretensji. He he he.

        "Wśród rosnących zagrożeń musimy znaleźć siłę ratowania kraju
        Jeszcze Polska nie zginęła...

        Cztery problemy związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej budzą dziś
        największe zaniepokojenie Polaków.

        MittlePolska
        Po pierwsze - to zagrożenia gospodarczo-finansowe. Wskazuje się więc, że Polska
        pozbawiona własnego przemysłu stanie się rynkiem zbytu dla towarów niemieckich.
        Polskie rolnictwo na skutek fatalnych warunków wynegocjowanych przez rząd SLD
        na trwałe pozostanie zacofane, a polscy chłopi otrzymując 25% zasiłek skazani
        będą na wegetację. Do tego dochodzi jeszcze prawdopodobieństwo, iż będziemy
        płatnikiem netto. W efekcie Polska, która przez ostatnie lata likwidując swój
        przemysł stworzyła ponad milion miejsc pracy w Niemczech, nadal będzie
        zapóźnionym i niestabilnym społecznie, na skutek wysokiego bezrobocia,
        zapleczem dla gospodarki niemieckiej. Taką wizje streszcza plan Polski
        sprowadzonej do 15-milionowej kolonii wciśniętej między Niemcy i Rosję

        Przeciw chrześcijaństwu
        Po drugie – zagrożenia moralno-cywilizacyjne. Unia, to konkretny projekt ideowo-
        cywilizacyjny pod pozorem tolerancji i liberalizmu skrywający totalitarne
        zapędy, pogardę dla wartości, kult siły i władzy elit nad motłochem. Wojna
        wydana chrześcijaństwu, wartościom narodowym i poszanowaniu życia ludzkiego
        oraz rodzinie powoli uświadamia Polakom przed jak dramatycznym wyborem
        stanęliśmy. W projekcie Konstytucji UE nie ukrywa się, że warunkiem sine qua
        non jest odrzucenie cywilizacji chrześcijańskiej. U źródeł nowej, zjednoczonej
        Europy mają jak granitowe fundamenty tkwić idee Rewolucji Francuskiej. I niech
        nikt się nie łudzi, że Unię będzie można oszukać: choć dziś się zgodzimy, jutro
        zrobimy swoje. Konstytucja UE przewiduje cały szereg działań i mechanizmów
        wymuszających posłuszeństwo. To musi niepokoić zwłaszcza w sytuacji, gdy z
        wielkim trudem odzyskujemy równowagę moralną po dziesięcioleciach
        komunistycznej destrukcji.

        Mocarstwo Europa
        Po trzecie - Unia to wielki projekt geopolityczny, to pomysł na budowę
        mocarstwa, które na Zachodzie wydarłoby palmę pierwszeństwa Stanom
        Zjednoczonym. Pozornie chodzi o wzmocnienie Zachodu poprzez zjednoczenie
        wysiłków krajów europejskich. W istocie jednak projekt skierowany jest przede
        wszystkim przeciwko USA, których obecność w Europie i dominacja na świecie
        coraz częściej uważana jest za przejaw “imperialistycznego dyktatu”.
        Zjednoczona Europa ma więc być nie tyle sojusznikiem, ile rywalem USA. Takie są
        plany, a może, mówiąc wprost, złudzenia. Europa bez względu na to czy jest
        zjednoczona, czy też podzielona na państwa narodowe, przede wszystkim jest
        wygodna i nie ma zamiaru płacić ceny niezbędnej dla utrzymania mocarstwowego
        statusu. A to oznacza, że po wyrzuceniu ze swego obszaru wojsk amerykańskich
        zostanie zdana na łaskę i niełaskę innego mocarstwa, tego, które nigdy nie
        zaprzestało polegać przede wszystkim na potędze militarnej. Bez względu na to,
        jakie są źródła i komu zawdzięczamy ideę zjednoczonej Europy, budowy “mocarstwa
        Europa” prawdziwym beneficjantem tej operacji będzie przede wszystkim imperium
        rosyjskie. To ono bowiem, siłą rzeczy zastąpi USA jako europejski hegemon.

        Wielki gambit
        Patrząc z dzisiejszej perspektywy na przebieg wydarzeń ostatnich 15 lat trudno
        już wątpić, że wielki gambit roku 1989 polegający na zburzeniu berlińskiego
        muru i oddaniu niepodległości okupowanym krajom Europy środkowo-wschodniej może
        się Rosji tysiąckrotnie opłacić, jeśli powstanie zjednoczona Europa napędzana
        antyamerykańskim nacjonalizmem i niszczona wewnętrznie biurokratyczno-
        socjalistyczną ideologią. Już dziś istniejąca oś kontynentalna Moskwa-Berlin-
        Paryż skierowana jest przede wszystkim przeciwko USA. A to oznacza, że w ciągu
        15 lat dokonano zasadniczego odwrócenia sojuszy kształtujących świat od 1941
        r., gdy to Hitler zerwawszy pakt Ribbentrop-Mołotow napadł na Związek Sowiecki.
        Geopolityka dyktowana przez powstanie “mocarstwa Europa” powraca do koncepcji,
        które legły u źródeł sojuszu sowiecko-niemieckiego z 1939 r. I tu tkwi źródło
        największego niepokoju, jaki towarzyszy nam u progu wejścia do Unii
        Europejskiej. Czy w takiej konfiguracji geopolitycznej Polska ma szansę na
        zachowanie niepodległości państwowej? Głównym motorem gospodarczym i
        politycznym Unii Europejskiej są Niemcy. To one decydując o unijnym pieniądzu,
        gospodarce, budżecie chcą też decydować o unijnej polityce. Niemcy sięgają
        coraz dalej na wschód. Z Rosją wiążą je porozumienia energetyczne i finansowe.
        Sieć gazociągów budowanych przez Gazprom ma gwarantować energię UE. Bez względu
        na to, czy Rosja wejdzie, czy też nie wejdzie do Unii, już dziś powstaje jeden
        obszar gospodarczy od Gibraltaru po Władywostok. Jakie miejsce zajmuje w nim
        Polska poza tym, że przechodzą przez nią główne linie przesyłowe i
        komunikacyjne wschód-zachód?

        Między USA a Rosją
        Nie trudno zrozumieć, że jeśli dopuścimy do powstania takiej sytuacji
        geopolitycznej znajdziemy się już o krok od rozbiorów. Dlatego właśnie w
        polskim interesie leży, by zrobić wszystko dla uniemożliwienia
        powstania “mocarstwa Europa”. Niedawno jeden z polityków amerykańskich na
        pytanie o politykę wobec Unii Europejskiej odpowiedział jednym słowem –
        “dezintegracja”. Dobrze to świadczy o jego patriotyzmie i zrozumieniu
        amerykańskiej Racji Stanu. Tym bardziej jednak powinni to powiedzieć Polacy –
        jedyną właściwą odpowiedzią na zagrożenia, jakie niesie z sobą Niemiecka Unia
        Europejska, jest dążenie do jej dezintegracji. Tak oczywiście być nie musiało.
        Unia Europejska mogła ukształtować się jako porozumienie niepodległych państw
        narodowych respektujących swoją tożsamość i współpracujących w ramach strefy
        wolnego handlu. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze jednak były plany i
        zamierzenia Niemiec. To Niemcy bowiem nadały Unii kształt jednoczącego się
        mocarstwa i Niemcy (wraz z Francją) coraz bardziej zdecydowanie spychają Unię
        do antyamerykańskiego sojuszu z Rosją. Takie działanie nie jest przypadkowe.
        Przez czterdzieści lat po Drugiej Wojnie Światowej Niemcy były najwierniejszym
        sojusznikiem USA w Europie. Dzięki temu odbudowały swój przemysł i swoją
        pozycję mocarstwa gospodarczego. A przede wszystkim mogły dokonać zjednoczenia.
        Wraz z wchłonięciem NRD Niemcy zaczęły się oddalać od USA i zbliżać do Rosji.
        Zadecydowały o tym dwa powody. Po pierwsze, coraz słabsza staje się wspólnota
        interesów niemiecko-amerykańskich z punktu widzenia Niemiec. Amerykanie
        spełnili już swoją rolę i nie są w stanie nic więcej dać Berlinowi. A Rosja - i
        owszem. To Rosja jest głównym partnerem gospodarczo-polityczno-
        militarnym “mocarstwa Europa”. Przede wszystkim jednak to Rosja jest
        tradycyjnym partnerem w pacyfikacji Polski. Jeżeli bowiem przyjąć, że dążenie
        do zjednoczenia było i jest głównym motorem polityki niemieckiej, to trzeba
        sobie zdać sprawę, że po NRD następnym celem są polskie Ziemie Zachodnie i
        Północne. A na tym obszarze dotychczas więcej do powiedzenia miała Rosja niż
        USA.

        Niemiecka Unia Europejska
        Na tym etapie głównym narzędziem działania Niemiec jest Unia Europejska.
        Niemcy, jak mało kto, potrafiły podporządkować swoją politykę dialektycznym
        wskazaniom: “trzeba zrezygnować z niepodległości, by odzyskać potęgę. Trzeba
        zlikwidować granice, by odzyskać całość terytorium.” Niemcy zawarły z Polską
        układ, uznając granicę na Odrze i Nysie, lecz nigdy nie pogodziły się z
        wysiedleniem swoich rodaków z ziem polskich i nie zaakceptowały wywłaszczenia
        ich majątków. To Unia Europejska ma stać się narzędziem pozwalającym odzyskać
        to, co utraciły po Drugiej Woj
        • przycinek.usa Re: Antoni Macierewicz i calosc artykulu. 07.03.04, 04:43
          (...) Drugiej Wojnie Światowej. Zadaniu temu dobrze służy szczególna
          konstrukcja prawno-polityczna Unii, zwłaszcza w tym kształcie, jaki nadaje jej
          Konstytucja UE. Powstaje bowiem jedno państwo, w którym nie ma wewnętrznych
          granic, za to każdy ma prawo do swobody osiedlania się, a Trybunały strzegą
          bezwzględnie prawa własności, ewentualnie prawa do odszkodowania. Jeżeli
          dodamy, że w państwie tym głos decydujący mają mieć Niemcy (a o tym stanowi
          tzw. zasada podwójnej większości uzależniająca siłę głosu w Radzie UE od liczby
          mieszkańców) to widzimy, że zostały przygotowane wszystkie warunki dla
          pokojowej ekspansji Niemiec na wschód i wypchnięcia Polski z terenów Ziem
          Odzyskanych.

          Centropa
          Nie ma wątpliwości, że plany niemieckie idą dużo dalej, niż ekspansja
          gospodarcza, wsparcie dla rewindykacji odszkodowawczych, osadnictwo potomków
          wysiedlonych. Do osiągnięcia tych celów prawodawstwo UE jest już przystosowane.
          Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyjął pierwsze orzeczenia nakazujące
          odszkodowania za wywłaszczenia w latach 40-ych. Ale ewentualna presja setek
          tysięcy czy nawet milionów domagających się odszkodowań, to tylko narzędzie
          zamiarów dalej sięgających. Oto we wrześniu 2002 r. podczas konferencji w
          Feldkirchu w Austrii prof. Alexander von Waldow, Zastępca Federalnego
          Przewodniczącego Stowarzyszenia ds. Problemów Gospodarczych Wschód przedstawił
          program “rozwiązania problemów polsko-niemieckich”. Plan wygląda następująco:
          1. Tereny utracone przez Niemcy na rzecz Polski oraz obszary enklawy
          królewieckiej zostaną odłączone od Polski i Rosji i objęte protektoratem
          międzynarodowym. Obszar ten będzie konstytucyjnie związany z Unią Europejską;
          2. W ramach rekompensaty Polska otrzyma te utracone po wojnie terytoria na
          wschodzie, które obecnie wchodzą w skład Białorusi i Ukrainy; 3. Powstały twór
          państwowy, von Waldow nazwał go Centropą, wypłaci odszkodowania wysiedlonym i
          ich potomkom.
          Ten plan może się wydawać śmiesznym, gdy przedstawia się go tak, jak zrobiła to
          niedawno “Rzeczpospolita”, w reportażu rysującym marzenia starszego, oderwanego
          od życia arystokraty. Rzecz wygląda inaczej, gdy okazuje się, że jest to
          oficjalny program ogólnoniemieckiego stowarzyszenia oraz głównego narzędzia
          rewizjonistów Preusische Treuheunder. Jeżeli dziś, gdy Polska jeszcze nie jest
          w Unii Europejskiej, a więc jeszcze nie podlega bezwzględnie prawnemu
          dyktatowi, takie koncepcje publicznie są przedstawiane, to po wejściu do UE
          możemy jedynie spodziewać się ich realizacji.

          Jak do tego doszło?
          Polska znajduje się dzisiaj w bardzo trudnej sytuacji wobec Niemiec i musi
          dokonać pełnej mobilizacji swych sił, by wydostać się z opresji, w jaką
          wepchnęły ją siły komunistyczno-liberalne. Źródeł błędu szukać należy w pełnym
          podporządkowaniu polityki polskiej rosyjskiej koncepcji “Europejskiego
          Wspólnego Domu”. Ten pomysł Gorbaczowa zakładał zjednoczenie Niemiec,
          rozwiązanie Układu Warszawskiego i NATO, decydowanie o Europie poprzez OBWE.
          Politycy polscy, którzy w wyniku układu “okrągłego stołu” przejęli władzę,
          niewolniczo realizowali plany rosyjskie. Tylko tak można zrozumieć, dlaczego w
          Traktacie Polsko-Niemieckim nie zamknięto kwestii roszczeń własnościowych (choć
          w tym samym czasie zrobiła to Rosja!), nie uzyskano pełni praw dla polskiej
          mniejszości w Niemczech (choć dano takie Niemcom w Polsce!), nie wymuszono
          zmian w Konstytucji Niemiec wciąż zawierających odniesienie do Rzeszy w
          granicach z 1937 r. poprzez przyznawanie obywatelstwa wszystkim, którzy
          narodzili się na tym terytorium. Przepis ten tworzy niebezpieczny punkt
          zaczepienia do ewentualnego powrotu do kwestii terytorialnych. W istocie stało
          się nawet coś nieporównanie gorszego: Minister RP Krzysztof Skubiszewski
          pozwolił sobie na dołączenie do Traktatu, wymiany listów z Ministrem spraw
          zagranicznych RFN H. D. Genscherem, w których stwierdza się, że Traktat nie
          zajmuje się kwestiami obywatelstwa i własności. Do kolejnego zaś układu
          Minister Skubiszewski dołącza deklarację stwierdzającą, że w perspektywie
          wejścia Polski do Unii Europejskiej tworzone będą ułatwienia dla osiedlania się
          Niemców w Polsce.

          Odpowiedzialność postkomunistów
          Traktat Polsko-Niemiecki zostaje podpisany, gdy prezydentem jest Wojciech
          Jaruzelski, a PZPR dysponuje nie tylko głównymi ministrami w rządzie, ale i
          sprawuje faktyczną kontrolę nad parlamentem i administracją Polski. Rychło
          zresztą okazuje się, że ekipy postkomunistyczne są najbardziej zainteresowane w
          ustępstwach na rzecz Niemiec i Niemców. Dobitnym przykładem jest przeprowadzona
          przez SLD ustawa z 1996 r. liberalizująca zasady sprzedaży ziemi cudzoziemcom.
          Chodziło przede wszystkim o ułatwienie nabywania mieszkań i niewielkich
          nieruchomości (do 1 ha) bez wymaganej dotąd zgody ministra spraw wewnętrznych.
          Ale najbardziej kompromitujący z punktu widzenia polskiego interesu narodowego
          jest systematyczny sprzeciw postkomunistów wobec ustawodawstwa
          reprywatyzacyjnego i uwłaszczeniowego. Projekty takich ustaw zgłaszano już w
          1992 r., ale zawsze koalicja SLD i partii liberalnych je utrącała. Dopiero w
          1999 i 2000 r. udało się uchwalić, choć przy zażartym sprzeciwie SLD, zarówno
          ustawę reprywatyzacyjną jak i uwłaszczeniową. Obie zawierały klauzule
          wyłączające z dobrodziejstw ustawy osoby, które zrzekły się polskiego
          obywatelstwa. W ten sposób unikano niebezpieczeństwa fali roszczeń niemieckich.
          O ile bowiem niemiecka doktryna prawna kwestionuje prawomocność wywłaszczeń
          dokonanych w latach 1945-90 uznając, że w tym czasie Polska jedynie
          administrowała ziemiami zachodnimi i północnymi, to takich zastrzeżeń
          oczywiście nie można wnieść po uznaniu suwerenności polskiej na tych obszarach,
          co dokonało się z punktu widzenia niemieckiego w 1990 roku.
          Do wejścia w życie ustaw reprywatyzacyjnych i uwłaszczeniowych wówczas jednak
          nie doszło. Zakwestionował je na wniosek SLD prezydent Kwaśniewski. Niemcy
          mogli odetchnąć z ulgą

          Pour la Roi de Prousse
          Konsekwencje stanowiska postkomunistów będą tragiczne. Ustawę reprywatyzacyjną
          wymusi na Polsce społeczność międzynarodowa zapewne po wejściu do UE. Tyle, że
          wówczas ustawa nie będzie mogła już zawierać klauzuli wyłączającej osoby
          pozbawione obywatelstwa polskiego, gdyż byłoby to sprzeczne z prawem UE. Tak
          więc postkomuniści i wszyscy, którzy ich wówczas wspierali, świadomie lub z
          głupoty działali na rzecz rewindykacji niemieckich. Mogę zrozumieć niewiedzę
          emocjonalnie działających posłów chłopskich. Nie wierzę jednak w naiwność panów
          Kwaśniewskiego, Millera, Oleksego, Szmajdzińskiego i towarzyszy. Myślę raczej,
          że na tym przykładzie mamy do czynienia z tą samą myślą zaprzeczną, która
          kazała komunistom z KPP w 1936 r deklarować, że zrobią wszystko, by Śląsk
          wrócił do “niemieckiej macierzy”. Na potwierdzenie tej tezy można przytoczyć
          dwa jeszcze przykłady. Po pierwsze, w 1997 roku do tworzonej przez SLD
          Konstytucji wprowadzono nowe przepisy dotyczące obywatelstwa polskiego. Zgodnie
          z nimi: ”Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba, że sam
          się go zrzeknie.” Konsekwencje tego zapisu w stosunkach polsko-niemieckich są
          katastrofalne. W latach 1956-1988 z Polski wyjechało do Niemiec około miliona
          osób powołując się na swoje niemieckie pochodzenie. Co najmniej 600 tysięcy z
          nich nie zrzekło się obywatelstwa, lecz im je jednostronnie odbierano, a co za
          tym idzie, konfiskowano nieruchomości lub zmuszano do sprzedaży po zaniżonej
          cenie. Wszyscy oni będą mieli teraz prawo do odzyskania swych nieruchomości, a
          co więcej, będą mieli prawo kupna ziemi rolnej, tak jak wszyscy polscy
          obywatele, nie podlegając ograniczeniom z racji 12-letnich okresów
          przejściowych. Czy w 1997 roku zdawano sobie sprawę z takich konsekwencji
          zapisu konstytucyjnego? Myślę, że tak.

          Krok po k
          • przycinek.usa dokonczenie. 07.03.04, 04:44
            (...)

            Krok po kroku
            Podobnie jak musieli sobie zdawać sprawę kolejni ministrowie spraw
            zagranicznych z faktu, że wejście Polski do Unii Europejskiej oznacza otwarcie
            problemu roszczeń odszkodowawczych. Jak pisałem, nie załatwiono tego w
            Traktacie Polsko-Niemieckim ani w Traktacie 2+4, choć rozwiązali wówczas tę
            kwestię Rosjanie zobowiązując Niemcy do przejęcia na siebie ewentualnych
            roszczeń odszkodowawczych. Co więcej, kolejni ministrowie z głupoty lub ze złej
            woli twierdzili publicznie, w tym także przed parlamentem, że Prawo Unijne
            uniemożliwia jakiekolwiek roszczenia ze strony Niemców (powoływano się zwykle
            na art. 295 TUE stwierdzający, że Unia nie kwestionuje krajowego systemu
            własności nieruchomości). Jest oczywiste, że argument ten nie wytrzymuje
            krytyki. Udowodnił to Komitet Doradczy Ministra Spraw Zagranicznych w
            ekspertyzie ze stycznia 2003 r. wskazując, że po wejściu do Unii grożą nam
            procesy zarówno przed Trybunałem Sprawiedliwości jak i przed Trybunałem Praw
            Człowieka. Najbardziej niewiarygodny w tym wszystkim jest fakt, że minister
            Cimoszewicz mając w ręce tę ekspertyzę, publicznie stwierdzał, że Polsce nie
            grozi żadne niebezpieczeństwa a wskazane Trybunały nie mają odpowiednich
            kompetencji. I znowu trzeba spytać – czy naprawdę Cimoszewicz, Miller i
            Kwaśniewski byli przekonani, że Polsce nie grożą procesy odszkodowawcze, czy
            też posłów i opinie społeczną okłamywali? Ekspertyza stwierdzająca
            jednoznacznie fakt zagrożeń nosi datę 21 styczeń 2003 r. W tym czasie istniała
            jeszcze możliwość wynegocjowania odpowiedniej klauzuli w Traktacie Akcesyjnym.
            Nie poczyniono jednak żadnego kroku w tym kierunku.

            Obowiązki polskie
            Tak więc dziś możemy już powiedzieć z dużą dozą pewności – postkomuniści od
            początku procesu transformacji prowadzili politykę, w której interesy polskie
            były podporządkowane interesom niemieckim zgodnie z założeniem rosyjskiej
            doktryny sojuszu niemiecko-rosyjskiego. To dlatego nie zadbano o właściwą
            redakcję Traktatu Polsko-Niemieckiego, dlatego ignorowano interesy polskie
            mniejszości w Niemczech, dlatego bagatelizowano zagrożenia związane z
            rewindykacjami wysiedlonych, i dlatego robiono wszystko, by w Polsce nie doszło
            do reprywatyzacji i uwłaszczenia. Kierownictwo SLD kurczowo trzymało się
            rosyjskich wytycznych i dbało o to, by Niemcom nie zabrakło narzędzi do akcji
            antypolskiej. Systematycznie i z premedytacją pozbawiano nas każdej szansy
            obrony, usypiano czujność i wzbudzano wzajemne antagonizmy. Celem tej
            antypolskiej polityki była realizacja starego hasła bolszewików: “po trupie
            Polski do światowego socjalizmu”.
            Dziś Polska znajduje się w przeddzień wejścia do Unii Europejskiej. Nasze
            możliwości i szanse są nieporównanie mniejsze niż 15 czy choćby dwa lata temu.
            Wiemy jednak już nieporównanie więcej. Dlatego naszym obowiązkiem jest
            przeciwstawić się planom, które niosą zagładę naszej Ojczyźnie.
            Antoni Macierewicz
    • przycinek.usa Sprawa odszkodowań wraca jak bumerang 07.03.04, 04:46
      Sprawa odszkodowań wraca jak bumerang

      Poniedziałek, 26 stycznia 2004
      Wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu o bezprawnym wywłaszczeniu
      niektórych mieszkańców wschodnich Niemiec może być podstawą do odszkodowań ze
      strony polskiej – uważają niektórzy niemieccy prawnicy.

      W ubiegłym tygodniu Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu zdecydował, że
      niektórzy mieszkańcy wschodnich Niemiec zostali bezprawnie wywłaszczeni bez
      odszkodowań przez rząd zjednoczonych Niemiec z ziem przyznanych im po II wojnie
      światowej.

      Niemieccy uciekinierzy z Prus Wschodnich czy ze Śląska nie otrzymali żadnego
      odszkodowania, ale coś w rodzaju wyrównania, które dostali jednak tylko Niemcy
      z RFN; ci z NRD nie dostali nic. Zdaniem prawników, nie jest to wyłącznie
      problem niemiecki. Na razie procesy o pozostawione w Polsce majątki są tylko
      teoretycznie możliwe, ale jeśli do nich dojdzie, to wywołają spore zamieszanie.

      Jeżeli dana osoba chciałaby dochodzić odszkodowania, to nie będzie go
      dochodziła od państwa niemieckiego, ale prawdopodobnie od państwa polskiego -
      uważa berliński prawnik Stefan Hambura.

      Polski i niemiecki rząd na razie lekceważą groźby procesów, ale jak widać
      orzeczenie ze Strasburga dowodzi, iż jeśli sprawy nie można wygrać na terenie
      danego kraju, to można je wygrać w wyższych europejskich sądach.

      10:05
      • przycinek.usa och i zapomnialem link wkleic 07.03.04, 04:48
        www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=64704&loc=1
        Link do przedreferendalnej i juz archiwalnej dyskusji na ten temat tu:

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=522&w=5875789&a=5875789
        ------------------------------------------------------------------
        • Oko za oko?
        robisc 29.01.2004 23:02

        Hę? Czy my też mamy haka?

        Świat
        PAP, jkl /2004-01-28 18:52:00

        "Kaczyński wycenił zniszczenie Warszawy w czasie wojny"

        Prezydent Warszawy Lech Kaczyński przedstawił pierwsze wyliczenia kosztów
        zniszczenia stolicy Polski w czasie II wojny światowej - ponad 30 miliardów
        dolarów - pisze "Die Welt".

        Według "wstępnych szacunków", zniszczona własność komunalna i prywatna w
        Warszawie miała w tamtych czasach wartość 3,5 miliarda USD, co dzisiaj równa
        się 31,5 miliarda USD.

        "Te wyliczenia są odpowiedzią na określone zjawiska w Niemczech" - powiedział
        Kaczyński niemieckiemu dziennikowi i zwrócił uwagę na działalność
        przewodniczącej Związku Wypędzonych, Eriki Steinbach.

        "Ta sprawa nie musi jednak zakończyć się pozwem przeciwko Niemcom" -
        cytuje "Die Welt" prezydenta Warszawy i dodaje, że "Rada Miejska zobowiązała
        Kaczyńskiego do wyliczenia szkód wojennych, żeby Polska miała w ręku konkretne
        żądania na wypadek, gdyby wypędzeni mieli zażądać zwrotu własności".

        "Die Welt" informuje następnie, że Kaczyński chce teraz powołać grupę
        ekspertów, która zajmie się szczegółową wyceną szkód. Podaną na początku sumę
        (31,5 miliarda USD) prezydent Warszawy uważa za "zdecydowanie za niską".

        Dokładne oszacowanie strat może potrwać "od dwóch do trzech lat".

        "Die Welt" informuje, że również sejmik województwa mazowieckiego jednomyślnie
        zlecił oszacowanie strat wojennych na Mazowszu. Inicjatorem tego
        przedsięwzięcia jest Liga Polskich Rodzin oraz Prawo i Sprawiedliwość.

        Berliński adwokat Stefan Hambura przypuszcza, że temat wzajemnych odszkodowań
        będzie nadal obciążał stosunki niemiecko-polskie.

        "Już nieliczne pozwy niemieckich wypędzonych wystarczyłyby, żeby w Polsce znów
        zaczęto mówić: »Idą Niemcy«" - cytuje adwokata "Die Welt".

        Hambura uważa, że najlepszym wyjściem byłoby porozumienie międzypaństwowe,
        odkładające ad acta ewentualne roszczenia obu stron.

        W ekspertyzie przedłożonej sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Hambura
        reprezentuje pogląd, że rezygnacja Polski z reparacji wojennych w 1953 roku
        dotyczyła wyłącznie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, a nie całych Niemiec.

        Dwaj polscy prawnicy - Władysław Czapliński i Zdzisław Galicki - których
        ekspertyzy również otrzymała sejmowa komisja, nie widzą natomiast podstaw
        prawnych domagania się przez Polskę reparacji - pisze "Die Welt".
    • przycinek.usa Poznań oszacuje straty poniesione w czasie wojny 07.03.04, 04:52
      Poznań oszacuje straty poniesione w czasie wojny

      Środa, 4 lutego 2004
      Radni Poznania wzywają prezydenta, by rozważył możliwość oszacowania strat
      poniesionych przez miasto w czasie II wojny światowej. Pomysł jest
      kontrowersyjny, bo jak twierdzą niektórzy może uderzyć w dobre stosunki z
      Niemcami.

      Według inicjatora stanowiska, radnego LPR Tymoteusza Jacyny-Onyszkiewicza,
      straty, jakie poniósł Poznań w wyniku działań wojennych, mogą sięgać nawet
      kilku miliardów dolarów.

      Radny nie ukrywa, że jest to odpowiedź na pomysł wypłaty odszkodowań dla
      wypędzonych Niemców. Jeżeli będziemy mieli przygotowany taki materiał, być może
      organizacje niemieckie powstrzymają się od formułowania konkretnych żądań, od
      wnoszenia pozwów.

      Stanowisko trafi do prezydenta Ryszarda Grobelnego, który nie do końca zgadza
      się z tym pomysłem, ale na liczenie strat jest przygotowany. To, co jest
      racjonalne, to można po prostu przejrzeć archiwa, prace poznańskich historyków.
      Zobaczyć, jak duże to były straty w Poznaniu - twierdzi Grobelny.

      Radni – jak twierdzą – nie chcą żądać rekompensaty; na razie ma to być tylko
      straszak. 26 stycznia Sejmik Województwa Mazowieckiego powołał komisję ds.
      oszacowania strat wojennych Mazowsza, poniesionych wskutek II wojny światowej i
      okupacji niemieckiej.

      Temat został wywołany przez stronę niemiecką w postaci roszczeń majątkowych
      ziomkostw wobec strony polskiej, a najlepszą odpowiedzią na atak jest atak -
      mówił wtedy autor projektu uchwały, przyjętej przez sejmik, radny Jędrzej
      Dmowski z LPR. W listopadzie takie samo szacowanie zaczęły władze Warszawy.

      21:40


      www.rmf.fm/wiadomosci/index.html?id=65039&loc=1
    • przycinek.usa GONTARSKI i HAMBURA o roszczeniach. 07.03.04, 04:53
      W Polsce minął czas, w którym można było uchwalić ustawę reprywatyzacyjną.
      Jednak są inne sposoby ochrony przed niemieckimi roszczeniami
      "Zamknąć drogę do odszkodowań"

      STEFAN HAMBURA, WALDEMAR GONTARSKI

      Niemiecka lewica przestała się dystansować wobec Związku Wypędzonych (BdV).
      Federalny minister spraw wewnętrznych Otto Schilly w tym roku został odznaczony
      przez Związek Wypędzonych Medalem Wenzel-Jaksch - w ten sposób podziękowano mu
      i uhonorowano za jego zaangażowanie w celu ponownego ożywienia dialogu między
      socjaldemokracją a niemieckimi wypędzonymi. Wręczenie medalu odbyło się podczas
      uroczystości z okazji pięćdziesiątej rocznicy wejścia w życie federalnej ustawy
      o wypędzonych.

      O tym, że politycy lewicy przestali się obawiać kontaktów z organizacjami
      wypędzonych, świadczy fakt, że kanclerz Niemiec Gerhard Schr?der już trzy lata
      temu skierował słowa do wypędzonych w związku z pięćdziesiątą rocznicą
      podpisania Karty niemieckich wypędzonych. Powiedział wtedy między
      innymi: "(...) Republika Federalna Niemiec nie wnosi żadnych roszczeń
      terytorialnych wobec sąsiadów. Rząd federalny nie będzie obciążać stosunków z
      tymi państwami politycznymi i prawnymi problemami pochodzącymi z przeszłości
      (...)". W Polsce słowa te przyjęto z zadowoleniem. Jednak wraz z dyskusją o
      Centrum przeciwko Wypędzeniom pojawił się temat roszczeń majątkowych w
      stosunkach polsko-niemieckich, dotyczący ich zwrotu lub odszkodowań za nie.

      Stanowisko rządu polskiego

      "Ze wszystkich ekspertyz, jakie znam, bardzo poważnych, wynika niezbicie, że
      zarówno polskie ustawodawstwo, jak i międzynarodowe skutecznie chroni przed
      takimi działaniami" - tak o ewentualnych roszczeniach wypędzonych Niemców pod
      adresem państwa polskiego powiedział premier Leszek Miller 23 września 2003
      roku w radiowych "Sygnałach dnia". Rzecznik prasowy rządu, minister Marcin
      Kaszuba, poproszony przez polskich dziennikarzy o udostępnienie opinii
      prawnych, na które powoływał się premier, odpowiedział, że szef rządu oparł się
      na "nieformalnych opiniach ekspertów" (sic!). Jednocześnie minister Kaszuba
      oświadczył: "Rządowe Centrum Legislacyjne przewiduje w bliskiej przyszłości
      opracowanie formalnego dokumentu ujmującego całościowo problem odszkodowań od
      strony prawnej i przedstawienia go opinii publicznej".

      Na razie minister Kaszuba uspokaja prasę: "Sądy międzynarodowe Unii
      Europejskiej nie zajmują się sprawami własnościowymi". Podobny pogląd wyraził
      szef polskiej dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz w "Trybunie" 2 października
      2003 roku. Tymczasem Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu - organ
      traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską (TWE) - wielokrotnie zajmował
      stanowisko, że kwestia własności należy do suwerennych państw członkowskich,
      ale prawo to podlega ograniczeniom wynikającym z traktatu. Według utrwalonego
      orzecznictwa luksemburskiego uprawnienie państwa w zakresie regulowania
      własności nie może być sprzeczne z takimi zasadami, jak proporcjonalność i
      niedyskryminacja. Trybunał w Luksemburgu badał, czy sposób stosowania prawa
      własności przez organy krajowe jest zgodny z zasadami prawa wspólnotowego. Mało
      tego, badał nawet zgodność z prawem wspólnotowym krajowych procesów
      wywłaszczeniowych i nacjonalizacyjnych - porównaj na przykład orzeczenia w
      sprawach: C-182/83; C-306/96; C-302/97. W tych orzeczeniach chodzi o to, że
      własność jest prawem podstawowym, i już z tego względu ETS i Sąd Pierwszej
      Instancji w Luksemburgu wydają orzeczenia w tej materii.

      Po 1 maja 2004 roku, tj. po przystąpieniu RP do UE, sądy polskie w razie
      wątpliwości co do obowiązywania lub też wykładni przepisów wspólnotowo- -
      unijnych będą się zwracać z pytaniami do ETS lub SPI w trybie wstępnym, przed
      zasadniczym rozstrzygnięciem (art. 225 i 234 TWE). Sądy, których orzeczenia nie
      podlegają zaskarżeniu według prawa polskiego, będą miały taki obowiązek. 30
      września 2003 roku zapadło bardzo ważne orzeczenie ETS (C-224/01), które mówi,
      że państwo ponosi odpowiedzialność za szkodę, jakiej doznała dana osoba wskutek
      błędnego lub wybiórczego stosowania przez sądy krajowe prawa wspólnotowo-
      unijnego lub w wyniku jego niestosowania (naruszenie to musi być oczywiste).
      Nawet jeśli doszłoby do blokady ze strony sądów polskich w sprawach roszczeń
      majątkowych wypędzonych, być może trzeba by zapłacić odszkodowanie według
      najnowszego orzeczenia ETS.

      Stanowisko rządu niemieckiego

      Ostatnio rzeczniczka niemieckiego MSZ powiedziała, "obydwa rządy reprezentują
      odmienne stanowiska prawne w sprawach wypędzenia. Rząd niemiecki uważa, że
      wywłaszczenia dokonane bez odszkodowań były niezgodne z prawem międzynarodowym.
      Polski jest innego zdania. Oba są jednak zgodne, że "sprawy przeszłości nie
      powinny obciążać przyszłości" ("Rzeczpospolita" z 2 października 2003 r.)
      Niepopieranie takich roszczeń przez rząd niemiecki nie świadczy o tym, że ich
      nie ma. Jest to bowiem ze strony niemieckiej umywanie rąk, czego zdaje się nie
      zauważać strona polska.

      Wydawałoby się, że problem odszkodowania z tytułu wywłaszczenia majątków
      niemieckich został rozwiązany wraz ze zjednoczeniem Niemiec. Zawarcie układu
      pokojowego między Niemcami a czterema mocarstwami (USA, Związek Radziecki,
      Wielka Brytania i Francja) było niemożliwe ze względów politycznych. Zamiast
      tego podpisano traktat 2 + 4 z 12 września 1990 roku, który stwierdzał koniec
      odpowiedzialności czterech mocarstw za Berlin i całe Niemcy oraz zamykał
      całościowo wszelkie kwestie wojenne. Jednak kolejny akt regulujący polsko-
      niemieckie stosunki dwustronne, tj. traktat z 17 czerwca 1991 roku o dobrym
      sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawarty między Republiką Federalną Niemiec
      a Rzecząpospolitą Polską, wprowadza różnice interpretacyjne. I to jest kolejna
      rzecz, której zdaje się nie zauważać rząd RP.

      W szczególności chodzi tutaj o wykładnię punktu 5 identycznych pod względem
      treści listów obu ministrów spraw zagranicznych, dołączonych do ww. traktatu z
      17 czerwca 1991 roku. W punkcie tym "obie strony zgodnie oświadczają: niniejszy
      traktat nie zajmuje się sprawami obywatelstwa i sprawami majątkowymi". Takie
      stwierdzenie prowadzi do dwóch różnych konkluzji. Strona niemiecka uważa, że
      kwestie prawne dotyczące własności nie były przedmiotem rozmów, gdyż są uważane
      dalej za nierozstrzygnięte. Według strony polskiej problem takich roszczeń w
      stosunkach dwustronnych już nie istnieje.

      Stanowisko Niemiec potwierdza Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe,
      który w swoim orzeczeniu z 5 lipca 1992 roku odnośnie do interpretacji traktatu
      granicznego z Polską z 14 listopada 1990 roku zapisał, że traktat ten nie ma
      wpływu na sprawy własnościowe na byłych terenach niemieckich na wschodzie oraz
      nie narusza praw obywateli wynikających z art. 14 niemieckiej konstytucji,
      chroniącego prawa własności oraz dziedziczenia. To orzeczenie prowadzi do
      interpretacji zapisu pkt 5 powyższych listów w tym kierunku, że obie strony
      powinny podjąć rozmowy, aby uregulować otwartą sprawę kwestii majątkowych. I co
      istotne: to orzeczenie też nie jest zauważane przez rząd RP.

      Co robić?

      W Polsce minął już czas, w którym można było uchwalić ustawę reprywatyzacyjną.
      Należało to uczynić przed przystąpieniem RP do UE. Teraz trzeba by uwzględnić
      również obywateli niemieckich, gdyż art. 12 TWE zawiera zakaz wszelkiej
      dyskryminacji ze względu na przynależność państwową. Kwestie własnościowe można
      było uregulować w ww. traktacie z 1991 roku albo w traktacie o przystąpieniu RP
      do UE.

      Dzisiaj są inne sposoby na rozwiązanie problemu. Proponujemy na przykład
      tworzenie w Polsce własnych list szkód i strat. Wszak same straty w Warszawie w
      wyniku zburzenia miasta po powstaniu warszawskim były kolosalne. Przygotowaniem
      ewidencji szkód poniesionych przez Polskę podczas drugiej wojny światowej mogą
      się zająć stowarzyszenia skupiające osoby poszkodowane
      • przycinek.usa dokonczenie GONTARSKI i HAMBURA o roszczeniach. 07.03.04, 04:56
        (...) poszkodowane lub ich spadkobierców. Jednak trzeba to robić teraz, aby
        społeczeństwo niemieckie, opinia publiczna, środowisko prawnicze zdały sobie
        sprawę z wagi problemu. Także już teraz należy składać pierwsze pozwy w
        Niemczech lub przygotowywać pozwy wzajemne w Polsce. Pozwy w Niemczech można
        składać wraz z wnioskiem o zwolnienie z kosztów postępowania ze względu na złą
        sytuację finansową powoda (takich osób powinno być w Polsce wiele).

        Wreszcie rząd RP może sprawę ostatecznego uregulowania polsko-niemieckich
        roszczeń odszkodowawczych z czasów drugiej wojny światowej wnieść pod obrady
        konferencji międzyrządowej, która rozpoczęła prace 4 października 2003 roku w
        Rzymie. A zatem: dopóki rząd niemiecki zajmuje odmienne stanowiska w sprawach
        wypędzenia niż rząd polski, dopóty rząd RP nie powinien nie zauważać problemu.

        Kilka lat temu nikt nie wierzył w Niemczech, że trzeba będzie zapłacić Polakom
        za pracę przymusową podczas drugiej wojny światowej. Stało się inaczej, chociaż
        według orzecznictwa niemieckiego wszelkie roszczenia były przedawnione.
        Ostatnio minister Cimoszewicz powiedział o ewentualnych roszczeniach
        niemieckich wypędzonych wobec Polski: "Jeśli mamy jakieś obawy, to dlatego, że
        m.in. w kwestiach dotyczących mienia zabużańskiego znane są orzeczenia, które
        nie mają żadnej podstawy prawnej i ze zdumieniem stwierdzam, iż polskie sądy
        mogą je wydać" ("Trybuna" z 3 października 2003 r.). W języku niemieckim
        istnieje przysłowie "w sądzie i na morzu w rękach Boga" (vor Gericht und auf
        hoher See in Gottes Hand). Jeżeli minister miał to na myśli, krytykując
        orzeczenia sądów polskich, należy ministrowi przyznać rację. Ale tę niepewność
        można wyeliminować lub ograniczyć chociażby przez uwzględnienie wskazanych
        powyżej propozycji.

        Stefan Hambura jest adwokatem w Berlinie; Waldemar Gontarski - redaktorem
        naczelnym "Gazety Sądowej", doktorantem Uniwersytetu Warszawskiego Niniejszy
        tekst stanowi wersję publicystyczną ekspertyzy prawnej, która zostanie
        opublikowana na łamach "Gazety Sądowej".


        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031008/publicystyka/publicystyka_a_1.html

    • przycinek.usa Zamek jest mój 07.03.04, 05:01
      "Zamek jest mój" robisc 07.02.2004 20:23

      Polecam - warto wiedzieć, co nas ewentualnie czeka, nawet jeżeli komentarze są
      uspokajające.

      http://www.rzeczpospolita.pl/serwisy/login.php?
      return=/dodatki/plus_minus_040207/plus_minus_a_7.html

      "MEHRENTHIN CZY MIERZĘCIN
      Dzięki nowym polskim właścicielom w zamku w Mierzęcinie powstało luksusowe
      centrum konferencyjne. W byłej gorzelni mieści się kawiarnia i sala bilardowa.
      Są korty tenisowe, ujeżdżalnia, staw i setki hektarów lasów

      MACIEJ PIĄSTA i PIOTR JENDROSZCZYK

      - Hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu - twierdzi Alexander
      von Waldow, potomek byłych właścicieli polskiego dziś Mierzęcina. Jego zdaniem
      po wejściu Polski do Unii Europejskiej na obszarach Śląska, Pomorza oraz
      dawnych Prus Wschodnich powinno powstać swego rodzaju państwo o nazwie
      Centropa, podległe Brukseli i zarządzane wspólnie przez mieszkańców tych
      terenów - po powrocie tam wypędzonych.

      Mierzęcin jest małą osadą koło Dobiegniewa w województwie lubuskim. Większość
      mieszkańców pochodzi zza Bugu. Odrestaurowany kilka lat temu z niezwykłą
      pieczołowitością zamek stał się eleganckim hotelem. Do Mierzęcina zaczął
      przyjeżdżać Alexander von Waldow, starszy pan, potomek rodu, którego siedzibą
      był zamek do momentu pojawienia się Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku.

      Pan Alexander był częstym gościem hotelu, jak zresztą i inni członkowie
      rodziny von Waldow. Nawiązali towarzyskie, niemal przyjacielskie kontakty z
      obecnymi właścicielami odbudowanego zamku. Organizowano nawet wspólne
      przyjęcia. W listopadzie ubiegłego roku 81-letni Alexander von Waldow udzielił
      na tle zamku wywiadu niemieckiej telewizji Deutsche Welle: - Jako oficjalny
      właściciel tego miejsca mogę złożyć obecnym posiadaczom ofertę
      dziesięcioletniej, może dwudziestoletniej bezpłatnej dzierżawy - powiedział
      przed kamerą.

      Obecnych właścicieli zamku zmroziło. Dopiero wtedy dowiedzieli się, że
      Alexander von Waldow jest jednym z trzech założycieli Preussische Treuhand,
      czyli Pruskiego Powiernictwa, i w pewnym sensie ideologiem najbardziej
      nieprzejednanego środowiska wypędzonych. Po emisji programu wysłali do niego
      list zawiadamiający, że jest w tym miejscu persona non grata. "Nie akceptujemy
      podwójnych standardów" - napisali. Tak zakończyła się próba polsko-
      niemieckiego pojednania w Mierzęcinie. Trwała cztery lata.

      Prawo do sentymentu

      Początek tej nieudanej próby związany jest z listem wysłanym przez Piotra
      Nowakowskiego do Alexandra von Waldow w 1998 r., w którym Polak prosi o pomoc
      w rekonstrukcji nabytego popegeerowskiego majątku. Nowakowski jest
      współwłaścicielem firmy Novol pod Poznaniem, która całkowicie zrujnowany zamek
      kupiła od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa za kilkadziesiąt tysięcy
      złotych.

      - Od początku mieliśmy zamiar zrekonstruować budowlę z szacunkiem dla historii
      i pokoleń niemieckich właścicieli. Nie sposób wymazać niemieckiej przeszłości
      tych ziem - mówi Piotr Nowakowski. Odszukano przedstawiciela rodziny von
      Waldow i nawiązano z nim kontakt. Nowi właściciele napisali, w jakich
      warunkach nabyli zamek i co zamierzają z nim zrobić. Prosili o informacje na
      temat historii zamku, by jak najwierniej go odbudować.

      Już w pierwszym liście Alexander von Waldow nie pozostawił cienia wątpliwości,
      że uważa Mierzęcin (Mehrenthin) za własność swojej rodziny. Pisał o prawie
      międzynarodowym, o Karcie wypędzonych, w której wypędzeni zrzekli się "odwetu
      i zemsty", o traktacie polsko-niemieckim z 1991 r., z którego wyłączone
      zostały kwestie własności w stosunkach pomiędzy obydwoma krajami, o
      konieczności pojednania i przeświadczeniu, iż Nowakowski wraz z swym
      wspólnikiem Piotrem Olewińskim nabyli zamek w dobrej wierze. Świeżo upieczeni
      właściciele Mierzęcina przypomnieli o odpowiedzialności Niemiec za wybuch II
      wojny światowej, o sześciu milionach ofiar w Polsce, o zbrodniach
      hitlerowskich i pogwałceniu konwencji haskiej, o utracie przez rodzinę
      Nowakowskiego posiadłości na Wschodzie. - Pragnęliśmy uniknąć dwuznacznej
      sytuacji i przedstawiliśmy sprawę własności jasno - mówią wspólnicy.

      Z Niemiec nadeszła propozycja spotkania w celu znalezienia na gruncie
      prywatnym "rozsądnego rozwiązania", którego nie udało się znaleźć na poziomie
      państwowym. - Uznaliśmy, że propozycja spotkania po takim liście była wyrazem
      szczerej gotowości do współpracy i akceptacji obecnego stanu rzeczy w
      Mierzęcinie - mówią właściciele. - Być może byłem zbyt łatwowierny - mówi
      dzisiaj Nowakowski. Pierwsze spotkanie odbyło się w restauracji w Komornikach,
      gdzie znajduje się siedziba firmy Novol. - Zobaczyliśmy sympatycznego,
      starszego pana niepasującego do wizerunku strzelającego obcasami aroganckiego
      Niemca, który przyjechał z nadzieją odzyskania tego, co uważa za swą własność -
      wspomina Nowakowski. Rozmowa przy obiedzie była na tyle sympatyczna, że
      zaproszono Alexandra do obejrzenia firmy Novol.

      Nowoczesny zakład produkujący samochodowe materiały lakiernicze zrobił na
      przybyszu dobre wrażenie. Jego dotychczasowe wyobrażenia o Polsce były bliskie
      pojęciu "polnische Wirtschaft" z czasów Bismarcka. Rozstano się w dobrej
      atmosferze. Wyglądało na to, że Alexander von Waldow uznał historyczne realia
      i zrezygnował z pretensji do Mierzęcina. Był to początek częstych, nawet
      przyjacielskich kontaktów.

      Półtora roku temu w Mierzęcinie odbyło się rodzinne spotkanie kilkudziesięciu
      członków rodziny von Waldow. Nikt nie zgłaszał żadnych roszczeń. Atmosfera
      była doskonała. Panowie Nowakowski i Olewiński zostali oczywiście zaproszeni.
      Zorganizowano konkurs malarski i rodzinną aukcję, aby zebrać środki na
      renowację cmentarza, gdzie znajdują się rodzinne groby. Alexander namalował
      most - po jednej stronie Niemcy, po drugiej Polska. Rysunek kupili właściciele
      Mierzęcina, traktując to jako jeszcze jeden dowód pojednania i akceptacji
      przez rodzinę von Waldow obecnego stanu rzeczy. Podobnie jak ofiarowaną im
      paterę z napisem "Dona nobis pacem" (Obdarz nas pokojem). Wisi do dzisiaj w
      jednej z sal zamku. W sąsiedniej fotografie i nieliczne pamiątki rodziny von
      Waldow. - Nie można odmówić byłym właścicielom sentymentalnego prawa do tego
      miejsca - podkreślają Polacy.

      Po PGR w Mierzęcinie pozostały zrujnowane zabudowania i zniszczony zamek. Był
      tam kiedyś sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Kilka lat temu
      posiadłość nabyło dwóch poznańskich przedsiębiorców.

      MACIEJ PIĄSTA

      Spotkanie w Eckerfurde

      Alexandra von Waldow rozpoznaję natychmiast na peronie dworca w Eckerf?rde,
      stutysięcznym malownicznym miasteczku w Szlezwiku-Holsztynie, niedaleko
      duńskiej granicy. Starannie ubrany, niespokojnie wyczekuje mego przyjazdu. -
      Musimy koniecznie porozmawiać. Serdecznie zapraszam - mówił kilka dni temu w
      rozmowie telefonicznej.

      Jedziemy do domu mego gospodarza eleganckim samochodem. - Doskonale przydaje
      się do dalekich podróży. Ma sto osiemdziesiąt koni - tłumaczy.

      Po chwili wiem już, że Alexander von Waldow ma dom w Hiszpanii nad Morzem
      Śródziemnym, gdzie spędza sporo czasu. Bywa też u syna w USA. Na stałe mieszka
      w Eckerf?rde, gdzie w miejscowym porcie czeka na niego jacht. Odbywa nim rejsy
      po Morzu Bałtyckim. Jest już po osiemdziesiątce, ale wygląda na znacznie
      młodszego. Jest emerytowanym profesorem architektury. Przez lata wykładał w
      jednej z wyższych szkół w Kilonii. Wcześniej miał firmę architektoniczną w
      Bonn. Należy do pokolenia Niemców, którzy swój dobrobyt zawdzięczają okresowi
      cudu gospodarczego. Dom w Hiszpanii kupił, realizując kontrakty w tym kraju.
      Swą posiadłość w pobliżu Barcelony nazwał Waldorado. - Skromna, ale wygodna,
      tuż przy plaży - opowiada.

      Niechętnie mówi o przeżyciach wojennych. Przez dwa lata był żołnierzem
      Wehrmachtu, w stopniu szeregowca. - Widziałem nawet rzekę Terek na Kaukazie -
      mówi w chwili, gdy zatrzymujemy się przed jego położonym na wzgó
      • przycinek.usa Re: Zamek jest mój 07.03.04, 05:03
        położonym na wzgórzu domem z widokiem na morze. Zbudowany tarasowo dom ma kilka
        poziomów. W ogrodzie basen.
        Jako najstarszy męski potomek rodu von Waldow Alexander jest od czterdziestu
        lat szefem rady rodzinnej. Ród ten wywodzi się z Bawarii. Jedna z jego gałęzi
        od XIII w. mieszkała na Pomorzu. Mierzęcin był w posiadaniu von Waldow od 1721
        r., kiedy protoplasta mierzęcińskiej gałęzi, Fryderyk, kupił go od rodziny von
        Sydow. Fryderyk był generałem króla Prus Fryderyka Wielkiego. Ród von Waldow
        nie był typowym rodem junkierskim, mimo iż wielu jego członków poświęciło się
        karierze wojskowej. Zajmowano się gospodarką leśną, zakładano huty szkła,
        gorzelnie. Zamek zbudował w 1863 r. dziadek Alexandra. On sam nigdy w
        Mierzęcinie nie mieszkał. Urodził się w Jenie. Jego ojciec był pastorem i
        bratem przedostatniego właściciela Mierzęcina. Ostatnim właścicielem był
        bratanek Alexandra, Norbert von Waldow. Zginął na froncie wschodnim. Nadal żyją
        jego trzy siostry, trojaczki. - Tradycją rodu było jednak, że dziedziczenie
        odbywa się w linii męskiej. Trojaczki są spadkobierczyniami w rozumieniu prawa.
        Ja je reprezentuję - opowiada Alexander.
        Jak twierdzi, w momencie zakończenia wojny majątek von Waldow liczył ponad 4,5
        tys. ha w okolicach Mierzęcina i ponad tysiąc hektarów pod Stargardem. Od 1986
        r. Alexander regularnie odwiedzał Mierzęcin, obserwując, co się tam dzieje. W
        1991 r. wystąpił do władz wojewódzkich o zwrot majątku. Za pośrednictwem
        polskiej ambasady otrzymał odpowiedź, że jego żądanie jest bezpodstawne.
        Zaproponował więc gminie Dobiegniew utworzenie fundacji rolnej z kapitałem 5
        milionów marek i zatrudnienie ludzi rozpadającego się PGR pod warunkiem
        odzyskania posiadłości. Odmowa skłoniła go do zmodyfikowania propozycji.
        Fundacja miałaby być wspólna z mniejszościowym udziałem rodziny von Waldow.
        Pytam, czy wiedział o przygotowywanej aukcji zrujnowanego zamku i śmiesznie
        niskiej cenie wywoławczej.
        - Oczywiście. Udział w nim rodziny był wykluczony. Jakże mogliśmy starać się o
        kupno tego, co jest nasze od stuleci? - pyta w odpowiedzi, zapraszając na obiad
        w chińskiej restauracji.

        Piotra Nowakowskiego, jednego z obecnych właścicieli Mierzęcina, zaszokowała
        wypowiedź Alexandra von Waldow dla niemieckiej telewizji, w której podkreślił,
        że zamek wciąż należy do jego rodziny i zamierza go odzyskać
        (c) MACIEJ PIĄSTA

        Nowe państwo Centropa
        Przy piwie i kaczce w jarzynach z sosem sojowym Alexander von Waldow opowiada,
        jak wyobraża sobie obecnie rozwiązanie sprawy własności Mierzęcina. Rozpoczyna
        od wyjaśnień, że hitlerowskie Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu. Po
        pierwsze, związana traktatami z Francją i Anglią Polska zagrażała Niemcom. Po
        drugie, nie respektowała praw mniejszości niemieckiej. Po trzecie, pragnęła
        włączyć zamieszkane przez Niemców Wolne Miasto Gdańsk do swego terytorium. -
        Odpowiedzialność za wybuch wojny ponoszą nie tylko Niemcy - mówi Alexander.
        Zgadza się z twierdzeniem, że Niemcy prowadziły wojnę w sposób zbrodniczy.
        Ubolewa, że to właśnie rękami "niektórych Niemców" został zorganizowany
        holokaust. - Dlaczego Bóg do tego dopuścił? Musiała być jakaś przyczyna -
        zastanawia się głośno. Podkreśla, że w ręku Boga jest także rozwiązanie sprawy
        krzywd wyrządzonych niemieckim wypędzonym. Na pytanie, jak wyobraża sobie
        porozumienie dotyczące Mierzęcina, tłumaczy, że panowie Nowakowski i Olewiński
        kupili zamek w dobrej wierze. - Błąd leży po stronie państwa polskiego, które
        bezprawnie skonfiskowało niemiecką własność - wyjaśnia.
        Jak wybrnąć z takiej sytuacji? - Z pomocą Unii Europejskiej - odpowiada.
        Otóż po wejściu naszego kraju do Unii na obszarach Śląska, Pomorza oraz części
        Prus Wschodnich znajdującej się obecnie w granicach Polski miałaby zostać
        utworzona autonomia. Swego rodzaju państwo, o nazwie Centropa, podległe
        Brukseli i zarządzane wspólnie przez reprezentantów mieszkańców tych terenów po
        uprzednim powrocie tam wypędzonych. Ocenia, że na powrót zdecydowałoby się 2 -
        3 procent wypędzonych i ich potomków, czyli około 300 tysięcy osób. W ramach
        Centropy miałyby zostać rozwiązane wszelkie problemy majątkowe. W wypadku
        Mierzęcina możliwe byłyby dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym obecni jego
        posiadacze zostają pozbawieni swej własności na rzecz prawnych spadkobierców
        rodu von Waldow. Przysługiwałoby im jednak odszkodowanie od władz autonomii i
        specjalnie utworzonego w tym celu banku, którego fundusze miałyby w części
        pochodzić z Unii. Drugi scenariusz zakłada, iż spadkobiercy rodu von Waldow nie
        odzyskują swej własności, ale otrzymają odszkodowanie od władz Centropy.
        - Konsultowałem te propozycje z bankowcami, prawnikami i w gronie wypędzonych.
        Takie jest też oficjalne stanowisko Preussische Treuhand. Wszyscy są zgodni, że
        byłoby to optymalne rozwiązanie - twierdzi Alexander.

        Dekalog i Preussische Treuhand
        - Jeżeli do tego nie dojdzie, w polskich sądach zostaną złożone pozwy
        odszkodowawcze, a po ich prawdopodobnym odrzuceniu - odwołania do Europejskiego
        Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu - zapewnia. Nie wyklucza jeszcze jednej
        możliwości: złożenia pozwów w imieniu wypędzonych w sądach amerykańskich na
        wzór zbiorczych pozwów byłych robotników przymusowych Trzeciej Rzeszy. Pozwanym
        miałoby być państwo polskie. Zagrożenie, jakie pozwy te stworzyły dla
        niemieckich koncernów w USA, było jedną z przyczyn, dla których rząd RFN i
        niemiecki przemysł zdecydowały się na wypłatę odszkodowań ponad 1,5 mln żyjącym
        jeszcze ofiarom pracy niewolniczej i przymusowej.
        - Droga sądowa jest wyjściem ostatecznym. Trzeba zrobić wszystko, aby
        porozumieć się pokojowo - podkreśla von Waldow jako oficjalny przedstawiciel
        Preussische Treuhand. Jest współzałożycielem tej instytucji, obok
        przewodniczącego Ziomkostwa Ślązaków Rudiego Pawelki oraz Hansa-G?nthera
        Parpliesa, wiceprzewodniczącego Związku Wypędzonych Eriki Steinbach.
        Jak wyjaśnia von Waldow, Preussische Treuhand gromadzi środki finansowe, by
        odzyskać własność niemieckich wypędzonych. - Jedną z podstaw argumentacji
        Preussische Treuhand są przykazania boskie, zwłaszcza "nie kradnij" oraz "nie
        pożądaj żadnej rzeczy bliźniego swego". Powołujemy się też na prawo
        międzynarodowe, od konwencji praw człowieka ONZ po Kartę praw podstawowych,
        będące częścią projektu konstytucji europejskiej. Prawo jest po naszej stronie.
        Sprzedaliśmy już akcje Preussische Treuhand za grubo ponad 150 tys. euro.
        Pieniądze te zostały dobrze zainwestowane i na najbliższym posiedzeniu zarządu
        podejmiemy uchwałę o podwyższeniu kapitału, którym spółka może dysponować
        zgodnie z prawem - zapewnia z całą powagą.
        Za pomocą tych pieniędzy Alexander von Waldow zamierza odzyskać nie tylko
        Mierzęcin, ale i majątki milionów wypędzonych Niemców. - Niech pan nie
        zapomina, że Rzesza istnieje nadal w granicach z 1937 r. i zjednoczone Niemcy,
        które są jedynie częścią Rzeszy, nie mogą zawierać porozumień międzynarodowych
        w imieniu całych Niemiec. Z tych przyczyn nieważny jest także polsko-niemiecki
        traktat graniczny z 1990 r. - mówi na zakończenie naszej rozmowy.
        Alexander żyje nadzieją, że jego rodzina powróci do Mierzęcina. Sam zamierza w
        przyszłości spocząć na tamtejszym cmentarzu. -

    • przycinek.usa A jednak jest problem - wypowiedź Cimoszewicza 07.03.04, 05:06
      robisc 14.02.2004 23:17
      To chyba pierwsze oficjalne przyznanie się władz, że problem istnieje. Co
      gorsza wiara na jego rozwiazanie opiera się na "głebokim przekonaniu" a nie na
      pewności.

      "(...)Zdaniem Cimoszewicza potrzebujemy nowych inicjatyw, zwłaszcza we
      współpracy z Niemcami. Tym bardziej że na stosunkach z Berlinem mogą zaważyć
      pozwy o zwrot mienia, których zgłaszanie zapowiadają najbardziej nieprzejednani
      przedstawiciele niemieckiego Związku Wypędzonych oraz Pruskiego Powiernictwa.
      Europejski Trybunał Sprawiedliwości naruszył ostatnio niepisaną zasadę
      nierozstrzygania spraw dotyczących przeszłości historycznej, zajmując się
      reprywatyzacją w Niemczech. - Roszczenia mogą być zgłaszane, nie mamy na to
      wpływu - twierdzi Cimoszewicz. Zastrzega jednak: - Jesteśmy głęboko przekonani,
      że nie okażą się skuteczne."

      www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040213/kraj/kraj_a_4.html

    • przycinek.usa CENTROPA 07.03.04, 05:13
      Powtorzenie. Za Robim.

      CENTROPA
      Autor: robisc
      Data: 07.02.2004 22:56
      --------------------------------------------------------------------------------
      To nie jest political-fiction. Coraz większa liczba publikacji prasowych czy
      newsów radiowych swiadczy o tym, że świadomość zagrożenia rośnie. Takie
      pomysły jak ten poniżej grożą po prostu piątym rozbiorem Polski.

      "(...)Otóż po wejściu naszego kraju do Unii na obszarach Śląska, Pomorza
      oraz części Prus Wschodnich znajdującej się obecnie w granicach Polski
      miałaby zostać utworzona autonomia. Swego rodzaju państwo, o nazwie
      Centropa, podległe Brukseli i zarządzane wspólnie przez reprezentantów
      mieszkańców tych terenów po uprzednim powrocie tam wypędzonych. Ocenia, że
      na powrót zdecydowałoby się 2 - 3 procent wypędzonych i ich potomków, czyli
      około 300 tysięcy osób. W ramach Centropy miałyby zostać rozwiązane wszelkie
      problemy majątkowe. W wypadku Mierzęcina możliwe byłyby dwa rozwiązania.
      Zgodnie z pierwszym obecni jego posiadacze zostają pozbawieni swej własności
      na rzecz prawnych spadkobierców rodu von Waldow. Przysługiwałoby im jednak
      odszkodowanie od władz autonomii i specjalnie utworzonego w tym celu banku,
      którego fundusze miałyby w części pochodzić z Unii. Drugi scenariusz
      zakłada, iż spadkobiercy rodu von Waldow nie odzyskują swej własności, ale
      otrzymają odszkodowanie od władz Centropy."


      www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_040207/plus_minus_a_7.html?
      k=on;t=2004020720040207

      - Konsultowałem te propozycje z bankowcami, prawnikami i w gronie
      wypędzonych. Takie jest też oficjalne stanowisko Preussische Treuhand.
      Wszyscy są zgodni, że byłoby to optymalne rozwiązanie - twierdzi Alexander

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka