Dodaj do ulubionych

Bez zadnych skrupulow

18.04.05, 19:29
czerwoni wija sobie cieple gniazdka na ciezkie czasy po wyborach. Poniewaz
panstowych firm coraz mniej, a i utrzymac sie tam coraz ciezej, probuja
tworzyc super-urzedy poza kontrola przyszych wladz. Jakiez to genialne.

Centrum bezprawia

Opozycja przeciwna powołaniu NCSS

W Sejmie trwa debata nad projektem utworzenia Narodowego Centrum Studiów
Strategicznych. Projekt został przygotowany jeszcze przez rząd Leszka Millera.
NCSS miałoby powstać już w maju, w miejsce Rządowego Centrum Studiów
Strategicznych.

Ugrupowania opozycyjne twierdzą, że SLD i prezydent Aleksander Kwaśniewski
chcą ocalić stołki dla swoich ludzi i powołać superresort. Prezesa NCSS
powoływać ma bowiem na 6 lat prezydent RP i nowy premier nie mógłby go usunąć.
Prezydent określi również statut centrum. Nowy gabinet nie będzie miał
możliwości ingerowania w działania NCSS, w którym pracować ma około 140 osób.
Nowe centrum ma być "niezależną państwową jednostką planowania
strategicznego". Będzie też mogło komercyjnie sprzedawać swoje usługi.

Do tej pory opozycji udało się tylko jedno: przeforsować podczas prac nad
projektem w sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych zmianę zapisu,
który gwarantował nowej instytucji otrzymanie z budżetu państwa w przyszłym
roku i kolejnych latach nie mniej pieniędzy, niż dostało w tym roku Rządowe
Centrum Studiów Strategicznych. W przyszłym roku byłaby to kwota ponad 12 mln
zł powiększona o wskaźnik inflacji.

Zasługę w obaleniu tego przepisu mają również pracownicy sejmowego Biura
Legislacyjnego, który nie kryli, że jest on kuriozalny, świadczy o
lekceważeniu prawa, w tym konstytucji. "Taki zapis naruszałby wyłączne
kompetencje Sejmu do uchwalania budżetu" - napisała w opinii dr Teresa
Augustyniak-Górnej z Biura Legislacyjnego.

Zdziwienie i zaniepokojenie prawników budzi także pomysł powołania Funduszu
Narodowego Centrum Studiów Strategicznych, który miałby gromadzić pieniądze za
analizy zamawiane przez instytucje oraz dochody z badań i darowizn. Zdaniem
fachowców, brakuje przepisów, które gwarantowałyby prawidłowe gospodarowanie
tymi pieniędzmi.

Politycy opozycyjni oraz eksperci zwracają uwagę na inne poważne uchybienia.
Prof. Krystyna Piotrowska-Marczak, kierowniczka Katedry Finansów i Bankowości
z Uniwersytetu Łódzkiego, przestrzega, że powstanie NCSS doprowadzić może nie
tylko do zmarnowania pieniędzy publicznych (bo nowa instytucja ma podlegać
tylko Sejmowi i jedynie co rok informowałaby parlament, na co wydała
pieniądze), ale też niemożliwe byłoby ukaranie winnych ewentualnych nadużyć.
Dlaczego? Ponieważ - jak twierdzi prof. Krystyna Piotrowska-Marczak - projekt
ustawy nie przewiduje żadnych sankcji za niewłaściwe wykorzystanie przyznanych
pieniędzy. Prawnicy z Biura Legislacyjnego przekonują natomiast, że zasada
niezależności kłóci się z pomysłem finansowania z państwowej kasy.

Istniejące w Europie instytucje planowania strategicznego są z reguły
finansowane ze środków publicznych, a ich kierownictwo najczęściej jest
wybierane w konkursach służby cywilnej. Niezależnie jednak od tego, kto łoży
na tego rodzaju instytucje w Europie, państwo zachowuje wpływ na rządowe
centra studiów strategicznych i sprawuje kontrolę nad ich kierownictwem.

Ludwik Dorn, jeden z liderów PiS, uważa, że sprzeczna z konstytucją jest
propozycja, aby to prezydent RP powoływał szefa Narodowego Centrum Studiów
Strategicznych. Kiedy jednak chciał, aby projekt został pod tym kątem zbadany
przez prawników, SLD, UP i SdPl, przy milczącym poparciu PSL, pomysł ten
odrzuciło w czasie prac nad nim w sejmowej Komisji Administracji i Spraw
Publicznej.

Projekt mocno krytykuje również Zyta Gilowska, czołowy polityk PO. Według niej
koncepcja powołania NCSS jest "wadliwa, szkodliwa i politycznie
niebezpieczna", ponieważ nie jest przewidziana w konstytucji. - Instytucja o
charakterze ustrojowym, która ma charakter nadrzędny w stosunku do rządu i w
dużym stopniu w stosunku do Sejmu, jest ponad konstytucją - powiedziała prof.
Gilowska.

W ubiegłym tygodniu posłowie skierowali ponownie projekt ustawy o NCSS do
sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych.

WŁODZIMIERZ KNAP

dzis.dziennik.krakow.pl/public/?Kraj/0802/0802.html
Obserwuj wątek
    • klip-klap Re: Bez zadnych skrupulow 18.04.05, 19:37
      "niezależną państwową" buhahahahahahaha

      Gdzie by tu jeszcze zmarnowac pieniadze ?
      • robisc Re: Bez zadnych skrupulow 18.04.05, 19:42
        klip-klap napisał:

        > Gdzie by tu jeszcze zmarnowac pieniadze ?

        Zaraz tam zmarnowac - czy ty wiesz jak cenne to beda analizy, tych super umyslow
        tam zatrudnionych pod przewodnictwem fachowca od propagandy Nikolskiego? Sluchaj
        - toz to oni moga nawet zaczac przynosic dochody ze sprzedazy tych swoich analiz
        strategicznych.
        • viper39 Re: Bez zadnych skrupulow 18.04.05, 19:54
          robisc napisał:

          "Nowy gabinet nie będzie miał możliwości ingerowania w działania NCSS, w którym
          pracować ma około 140 osób. Nowe centrum ma być "niezależną państwową jednostką
          planowania strategicznego". Będzie też mogło komercyjnie sprzedawać swoje
          usługi."

          to jest cos w rodzaju amerykanskiego "think tank" ale to tak nie jest oplacane
          i nie tak jest organizowane, to jest poprostu ciepla posadka dla 140 osob,
          ktorym nie mozna odebrac ani kasy ani posadek...hehehe swietne myslenie panie
          kwach.... zlodziejstwo straszne

          " W przyszłym roku byłaby to kwota ponad 12 mln zł powiększona o wskaźnik
          inflacji."

          140 osob, to jakies srednio 86,000 zlotych rocznie na lepka czyli jakies 7,100
          zl miesiecznie, niezle, jestem pelen podziwu pomyslowosci sld jak wyprowadzic
          kase od ludzi....
        • klip-klap a na szefa 18.04.05, 19:54
          proponuje Pola,
          glebia analiz zapewniona.
          Politycy to przezorni ludzie, ciagle blokuja powszechny dostep do broni...
    • robisc ufff... 23.04.05, 23:25
      "Nie" dla doradców z SLD

      - To był zbójecki plan - twierdzi Kazimierz Ujazdowski (PiS)

      Nie będzie Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. Opozycja zablokowała
      powołanie tej instytucji, bo jej zdaniem centrum miało stać się "przechowalnią"
      dla ludzi z SLD, którzy nie mieliby pracy po odejściu z Sejmu.

      Pomysł zmiany rządowego Centrum Studiów Strategicznych na Narodowe Centrum
      Studiów Strategicznych przygotował jeszcze rząd Leszka Millera. Główne zmiany
      polegały na tym, aby szefa centrum i jego zastępców powoływał na sześcioletnią
      kadencję prezydent, a nie urzędujący premier. Kierownictwo NCSS zgodnie z
      propozycją byłoby praktycznie nieusuwalne. Pozostałych współpracowników (około
      100 osób) dobierałby sobie już szef NCSS, czyli te osoby także miałyby gwarancję
      pracy.

      Co zaniepokoiło opozycję w tej propozycji? Nowa instytucja zgodnie z projektem
      ustawy miałaby powstać jeszcze w maju. To oznaczałoby, że szefa NCSS wybrałby
      Aleksander Kwaśniewski. Opozycja nie ma wątpliwości, kto trafiłby do nowej
      instytucji.

      - To był zbójecki plan zbudowania pod pozorem tworzenia instytucji dbającej o
      strategię państwową czegoś, co miałoby stać się gwarancją etatów dla działaczy
      SLD, którzy po przegranych wyborach szukaliby posad. Ten plan stworzenia
      zbiornika posad na szczęście się nie udał - cieszy się Kazimierz Ujazdowski (PiS).

      - To opozycja przegrywa sprawę, a nie my - twierdzi Józef Oleksy (SLD). - Polska
      jest ubogim krajem, jeśli chodzi o zaplecze badawcze i strategiczne. Brakuje
      instytucji, które mogłyby przygotowywać analizy i programy - przekonuje.

      Co ciekawe, pomysłodawcy wyjątkowo chcieli zadbać o budżet nowej instytucji. W
      rządowym projekcie przewidziano, że centrum miałoby mieć zagwarantowaną co roku
      kwotę ponad 12 mln zł, powiększaną o wysokość inflacji. Tak zapisanego budżetu
      nie ma żadna państwowa instytucja! A zdaniem sejmowych prawników ów zapis byłby
      niezgodny z konstytucją, bo narusza wyłączną kompetencję Sejmu do uchwalania
      budżetu państwa.

      Pomysłodawca powołania NCSS miał po przegranym głosowaniu ponurą minę. - Ta
      instytucja była pomyślana jako pomoc dla wszystkich sprawujących funkcje
      polityczne. Zwyciężyła jednak bieżąca polityka - stwierdził Lech Nikolski.
      Zapewniał, że nie miał zamiaru ubiegać się o pracę w nowym centrum.

      Opozycja ma własny projekt dotyczący instytucji doradczych. - CSS chcemy
      przekształcić w zaplecze rządu, które dokładnie analizowałoby m.in. skutki aktów
      prawnych obowiązujących w Polsce. Brakuje nam takiej instytucji i przez to
      powstaje wiele bubli legislacyjnych. Nowe CSS będzie także pełnić rolę
      instytucji doradczej i przygotowującej analizy dla rządu - mówi Jan Rokita.
      Lider PO zapewnia, że o planach ugrupowań, które niedługo przejmą władzę,
      informował rząd. Ten jednak forsował projekty przygotowane jeszcze przez ludzi
      Millera. (YAN)

      dzis.dziennik.krakow.pl/public/?Kraj/f1/f1.html
    • robisc Kłopotek, czyli d'Hondt juz sie nam nie podoba 24.04.05, 19:07
      zamiast mojego komentarza post Gerarda z FK

      Własnie tak antycypowałem
      Autor: camille_pissarro
      Data: 20.04.2005 19:37

      kwestię tegorocznych wyborów parlamentarnych i to nie tylko w aspekcie ich
      wrzesniowego terminu.
      Chodzi o zmiane reguł gry w trakcie a precyzując o sposób liczenia
      glosów.Widząc swą wyborczą klęskę cała postkomunistyczna lewica zaczęła
      się "martwić" o reprezentatywność "małych partii" ( sić!) i zamierza zmienic
      przełożenie głosów na reprezentantów w obu polskich izbach z wiekszośćiowej (
      z tego co pamiętam d'Hondta ) na mniejszościowa (St.Lague).
      Gzie ja k... żyję????
      Pierwszą rzeczą co musi zrobić PiS z Platformą po objeciu władzy to uchwalić
      raz ( a to juz wystarczy ) ordynacje w oparciu o JOW , zeby juz żadne
      postkomunistyczne formacje nie miały racji bytu.

      Wybory - zmiany w ordynacji
      18.04.2005 17:18 (aktualizacja 17:22)
      Przed wyborami do Sejmu posłowie powracają do zmian w ordynacji wyborczej i
      metody przeliczania głosów na mandaty.

      Sejmowa podkomisja zgodziła się na propozycję Eugeniusza Kłopotka (PSL), by
      wprowadzić metodę St. Lague'a premiującą ugrupowania, które zyskują małe i
      średnie poparcie.

      W wyborach w 2001 roku obowiązywała tzw. zmodyfikowana metoda St. Lague'a. Już
      po wyborach w 2002 roku posłowie zmienili ordynację, wprowadzając metodę
      d'Hondta, sprzyjającą ugrupowaniom cieszącym się dużym poparciem.

      Sejmowa komisja ustawodawcza pracuje nad złożonym przez prezydenta projektem
      nowelizacji ordynacji wyborczej, wprowadzającym jednomandatowe okręgi w wyborach
      do Senatu. Szczegółowymi pracami zajmuje się podkomisja. Przy okazji prac w
      komisji Państwowa Komisja Wyborcza zaproponowała szereg zmian w ordynacjach,
      koniecznych na wypadek zorganizowania w jednym terminie wyborów prezydenckich i
      parlamentarnych.

      Jak powiedział dzisiaj Kłopotek, zdaje on sobie sprawę z tego, że mogą się
      pojawić zarzuty, iż jego propozycje wychodzą poza zakres projektu nowelizacji. -
      Może bym i takiego wniosku nie składał, ale skoro np. Instytut Spraw Publicznych
      zgłosił propozycję pełnomocnika, czyli osoby, która by głosowała za osobę
      niepełnosprawną, skoro są rozpatrywane również inne propozycje PKW, niezwiązane
      bezpośrednio z projektem prezydenckim, dlatego ośmieliłem się zaproponować
      powrót do metody St. Lague'a - podkreślił.

      Jego zdaniem, ta metoda bardziej prawidłowo odzwierciedla poparcie w
      przeliczeniu na mandaty. - Metoda d'Hondta zbyt mocno preferuje zwycięzców i
      daje rażącą nadreprezentatywność mandatów w stosunku do liczby uzyskanych głosów
      - ocenił. Kłopotek jest przygotowany także na zarzuty, że jego propozycja
      związana jest z wynikami sondażowymi PSL, które balansuje na granicy progu
      wyborczego. Posiedzenie komisji, która zajmie się propozycjami zmian w
      ordynacji, zaplanowano na ten tydzień.

      Kłopotek poinformował również, że prawdopodobnie nie uda się wprowadzić w tej
      kadencji zakazu startu w wyborach parlamentarnych i pełnienia mandatu osobom
      skazanym za przestępstwa umyślne, ścigane przez prokuratora. Poseł PSL
      powiedział, że z wielu opinii, które otrzymała komisja, wynika, że bez zmiany
      konstytucji taka nowela przepisów wyborczych nie może być przeprowadzona. A -
      jak dodał - raczej nie ma szans, aby do końca obecnej kadencji zmienić konstytucję.

      (PAP)
      • robisc i jeszcze Rybinski 24.04.05, 19:09
        Ordynarna ordynacja

        Ordynacja i ordynarność brzmią bardzo podobnie. Łatwo się pomylić. W sposób dość
        ordynarny, to znaczy bezczelny, poseł Eugeniusz Kłopotek z PSL, zakłopotany
        widać małymi szansami nie tylko własnej partii, ale nawet niedawno sojuszniczego
        SLD z wejściem do parlamentu, a jeszcze z odpowiednią reprezentacją,
        zaproponował kolejną zmianę sposobu przeliczania głosów na mandaty.

        Z przyjętej cztery lata temu metody preferującej partie zdobywające wiele
        głosów, na metodę łaskawą dla ugrupowań dostających głosów niewiele.

        Kłopotek wystąpił oczywiście w interesie państwa, narodu i sprawiedliwości.

        Byłbym jednak gotów postawić buraki przeciwko euro, że gdyby PSL miał dziś w
        badaniach opinii publicznej 20 procent poparcia, wszystkie Kłopotki i kłopoty
        sejmowe broniłyby dotychczasowej metody liczenia głosów jak niepodległości
        Polski.To nie jest wcale błaha sprawa. To laboratoryjna wręcz ilustracja sposobu
        myślenia o państwie i regulującym życie w nim prawie, cechującego naszych
        parlamentarnych reprezentantów. Co jest dobre dla PSL, jest dobre dla Polski. Co
        gwarantuje Kłopotkowi diety i wpływy na następne cztery lata, jest racją stanu.
        Naród drży z niepokoju, że do Sejmu w następnych wyborach mógłby nie wejść nie
        tylko Kłopotek, ale nawet Oleksy. Ale nie drży aż tak bardzo, aby na nich
        zagłosować w obecnie obowiązującej ordynacji. Dlatego trzeba społeczeństwu pomóc
        i dać takie zasady, przy których będzie miało małe szanse na pozbycie się Kłopotka.

        Polscy politycy przyzwyczaili nas do manipulacji i machinacji zaiste
        monstrualnych. W imię własnego dobra, upozowanego na dobro wspólne.

        Jest jednak coś wyjątkowo obrzydliwego w tej próbie dłubania przy ordynacji na
        krótko przed wyborami. Jest pogarda dla wyborców. Zamiast przekonać Polaków do
        siebie, co wydaje się beznadziejne, Kłopotek chce ich zrobić w konika polskiego,
        czyli tarpana.

        Jestem pewien, że gdyby to miało pomóc, próbowano by zmienić nie tylko
        ordynację, ale tabliczkę mnożenia i zasady fizyki.
        Maciej Rybiński

        www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050423/publicystyka/publicystyka_a_8.html
    • robisc emeryturka 07.06.05, 22:06
      Sejmowy skok na emerytury

      Na Wiejskiej trwają prace nad utworzeniem finansowanego z naszych podatków
      systemu emerytalnego dla parlamentarzystów

      Posłowie chcą na odchodne zagwarantować sobie specjalne emerytury. Najwyższe
      świadczenie wynosiłoby nawet ponad dwa tysiące złotych.

      Prace nad pomysłem trwają od kilku miesięcy. Patronuje im wicemarszałek Józef
      Zych. O tym, że trzeba pilnie uregulować sprawę poselskich zabezpieczeń
      socjalnych i emerytur, polityk PSL mówił podczas debaty, gdy ubiegał się o fotel
      marszałka Sejmu.

      Posłowie natychmiast podchwycili pomysł Zycha. Pracują nad nim parlamentarzyści
      z sejmowej komisji regulaminowej i spraw poselskich. Wszystko odbywa się w
      wielkiej tajemnicy. Główny cel – zapewnić byłym posłom i senatorom
      ekstradodatek. Z pierwszych przymiarek wynika, że parlamentarzyści mogliby
      liczyć na 10, 20 lub 30 procent swego dotychczasowego uposażenia. Czyli
      najniższe odprawy wynosiłyby około 900 złotych miesięcznie, a najwyższe nawet
      ponad dwa tysiące.

      Według wersji najbardziej oszczędnej, pieniądze dostawać mają ci, którzy po
      skończonej kadencji nie mogą znaleźć pracy lub zarabiają bardzo mało. Ale
      niewykluczone, że odprawy przysługiwałyby dożywotnio wszystkim
      parlamentarzystom. Zakładając, że dostaną najniższą stawkę, tylko w ciągu roku
      wydatek sięgnąłby bagatela – około pięciu milionów złotych. A pieniądze dla
      byłych posłów i senatorów miałyby pochodzić z budżetu państwa.

      Wysokość odpraw byłaby uzależniona od czasu przepracowanego w Sejmie.
      Parlamentarzyści nieoficjalnie przyznają, że gotowy projekt leży w szufladzie u
      Wacława Martyniuka, szefa komisji regulaminowej i spraw poselskich. Na wszelki
      wypadek twórcy projektu unikają określeń „emerytura”. Posłowie wolą mówić o
      „dodatkach”.

      Przyjąć po cichu
      Szef sejmowej komisji, która pracuje nad projektem, niechętnie rozmawia na ten
      temat. Poseł Martyniuk twierdzi wręcz, że takiego projektu nie ma i nie było.
      Jednocześnie, chwilę później, zapewnia, że „prace zostały wstrzymane”. Nad czym?
      Tego już nie chce powiedzieć. Jednak według naszych informacji, ponad miesiąc
      temu o opinię w sprawie pomysłu Martyniuk poprosił wszystkie kluby
      parlamentarne. Twierdzi jednak, że odpowiedzi jeszcze nie dostał. Nieoficjalnie
      wiadomo, że choć szefowie klubów są przeciw projektowi, to szeregowi posłowie
      chętnie zagłosowaliby za takim rozwiązaniem. – Wystarczy go tylko uzgodnić. Z
      przyjęciem nie będzie żadnych problemów. Sejm może to zrobić w jeden dzień –
      mówi wicemarszałek Józef Zych.

      Podkreśla, że nie chodzi mu o specjalne emerytury dla posłów, tylko uregulowanie
      ich uprawnień, zasad wliczania do emerytury czasu pracy, urlopu. Jednocześnie
      mówi, że byli parlamentarzyści, którzy nie mogą znaleźć pracy, powinni być
      zabezpieczeni, a nie tylko dostawać jednorazowe zapomogi. Autorzy pomysłu
      podkreślają, że do Sejmu z prośbą o zapomogę co roku zwraca się średnio ponad
      stu byłych parlamentarzystów.

      Posłom trudno o pracę
      Posłowie mogą liczyć na ok. dwa tysiące złotych bezzwrotnej pomocy. Senatorów
      potrzebujących pomocy jest rocznie znacznie mniej – bo średnio około dziesięciu.
      Ale i oni sprzyjają pomysłowi. Sami próbowali wyjść z podobną inicjatywą.

      Parlamentarzyści mają ułatwione zadanie, bo korzystają z pomysłów, które
      przygotowali ich koledzy jeszcze w poprzedniej kadencji. Stary projekt zakładał
      jeszcze korzystniejsze uprawnienia. Minimalna emerytura nie powinna być niższa
      niż 45 procent uposażenia parlamentarzysty. Na takie świadczenie mógłby liczyć
      poseł, który przepracował w Sejmie dwie kadencje, 55 proc. dostawałby ten, który
      na Wiejskiej spędził trzy kadencje, a 65 proc. parlamentarzysta co najmniej
      czterech kadencji.

      Stary projekt upadł pod wpływem krytyki medialnej. Jednak parlamentarzyści,
      pracując nad nową ustawą, chętnie korzystają z zapisów w nim zawartych.
      Najbardziej zależy na jego wprowadzeniu tym, których szanse na kolejną kadencję
      są marne. O poselskich emeryturach słuchaj także w dzisiejszych Wiadomościach
      Radia Plus

      Data: 2005-06-07

      www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=1030&news_id=64441
    • robisc nepotyzm ponad podzialami 20.07.05, 19:37
      Biura bardzo rodzinne

      Chęć utrzymania najbliższych za pieniądze podatników łączy parlamentarzystów
      ponad podziałami politycznymi

      Czy coś łączy parlamentarzystów tak skrajnych opcji, jak SLD, LPR, PiS oraz PSL?
      Przedstawiciele wszystkich tych ugrupowań dają zarobić swoim rodzinom. I to mimo
      zakazów wydanych przez marszałka Sejmu.

      A chodzi o niebagatelne pieniądze. Co miesiąc każdy parlamentarzysta otrzymuje,
      poza pensją, 10 tysięcy złotych na prowadzenie biur poselskich. Pieniądze mogą
      rozdysponować według własnej woli, m.in. na pensje dla pracowników, wynajem
      lokalu czy opłaty.

      Posłowie natychmiast wpadli na kilka pomysłów, jak dorobić do swoich "skromnych"
      pensji (zarabiają ponad 10 tys. zł miesięcznie). Część z nich wynajmowała sama
      od siebie lokale na biura. Taką metodą zasłynął m.in. Zbigniew Witaszek
      (urządził biuro w hotelu będącym własnością syna) oraz Tadeusz Myler (urzęduje w
      salonie samochodowym należącym do żony). Ten drugi zatrudnił w swoim biurze aż
      dwie osoby z rodziny, podpisując z nimi umowy o pracę do... dnia wygaśnięcia
      mandatu poselskiego. Na podobne pomysły wpadło jeszcze troje innych
      parlamentarzystów SLD.

      Chęć utrzymania najbliższych za pieniądze podatników łączy parlamentarzystów
      ponad podziałami politycznymi. W ten sam sposób z bezrobociem w gronie
      najbliższych walczy kilku posłów LPR.

      Poseł Witold Hatka, za zgodą marszałka Sejmu, przeniósł biuro poselskie do
      swojego mieszkania. Tłumaczył, że w poprzednim lokalu zbyt często nękano go
      włamaniami. Przenosiny ułatwiły jednak pracę jego córce, bo nie musi martwić
      się, jak dotrzeć punktualnie do biura, w którym jest zatrudniona. Wystarczy, że
      rano wstanie, po drodze wpadnie do kuchni na posiłek i od razu trafia do pracy w
      salonie. Oprócz Witolda Hatki członków rodzin zatrudnia jeszcze trzech posłów Ligi.

      O swoich bliskich zadbała także posłanka Prawa i Sprawiedliwości. Małgorzata
      Stryjska, mało znana działaczka PiS, zatrudniła u siebie siostrzenicę.

      Mimo oficjalnych nakazów Andrzeja Leppera jego najbliżsi współpracownicy wciąż
      zatrudniają swoich bliskich w biurach poselskich. Maria Wiśnowska dopiero kilka
      dni temu zwolniła z pracy syna.

      Pracę dla bliskich znalazło także kilku posłów PSL oraz z małych ugrupowań,
      takich jak Stronnictwo Gospodarcze czy Dom Ojczysty.

      Na liście, którą otrzymaliśmy z Kancelarii Sejmu, nie ma ani jednego posła z
      Małopolski. Zaznaczono jednak, że odpowiedzi na pytanie o zatrudnienie członka
      rodziny w biurze poselskim nie udzielił Mariusz Grabowski. Z posłem koła
      Porozumienie Polskie nie udało nam się wczoraj skontaktować.

      Gdy kilka tygodni temu wyszło na jaw, że Zyta Gilowska zatrudniała w biurze
      synową, a ekspertyzy opłacane z funduszu biura poselskiego pisał dla niej syn,
      parlamentarzystka została wezwana przed sąd koleżeński. To jedyny przypadek
      próby ukarania nepotyzmu. Kary nie wymierzono, bo Gilowska obraziła się i
      odeszła z Platformy. (YAN)

      dzis.dziennik.krakow.pl/public/?Kraj/0301/0301.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka