gandalph
06.09.13, 15:23
Ad. 5: obrona Częstochowy - jak to naprawdę było?
To kolejny mit, który pokutuje od paruset lat. Tymczasem… żadnej obrony Częstochowy (a właściwie Jasnej Góry) w ogóle nie było! Ściślej biorąc, chodziło o nic nieznaczący incydent rozpropagowany parę lat później w bliżej nieokreślonych celach, a potem, świadomie bądź nie, umocniony przez Sienkiewicza. Tymczasem prawda jest taka, że ksiądz przeor Kordecki, wzorem ogólnopolskim, przyjął protekcję szwedzką, na co otrzymał dokument zwany salwagwardia, który miał chronić przed grabieżami i rekwizycjami. Tymczasem Szwedzi w listopadzie 1655 zażądali wpuszczenia swojej załogi. Motyw był dość jasny: ponieważ Jasna Góra znajdowała się blisko granicy śląskiej, chcieli utrudnić znoszenie się Jana Kazimierza będącego na wygnaniu ze swoimi zwolennikami w kraju. Paulini twardo odmawiali, dochodziło więc, i owszem, do wymiany ognia, wycieczek obrońców, ale głównie pertraktacji. Ponieważ szwedzki gen. Miller otrzymał wezwanie do Prus od króla Karola Gustawa, 27. grudnia zwinął oblężenie. Ot i tyle. W propagandzie po Potopie owo zdarzenie urosło do wymiaru punktu zwrotnego w wojnie. Ale gdyby nawet przyjąć, że to nie mit, lecz że rzeczywiście tak było, to – jak słusznie zwraca uwagę Jasienica – żaden to tytuł do chwały, wręcz przeciwnie: ciężkie oskarżenie pod adresem Kościoła. Główną bolączką dawnej Polski, zwłaszcza w wieku XVII i XVIII, była szczupłość skarbu, co z kolei rzutowało na bardzo ograniczone możliwości obronne i to mimo niemałego potencjału ludnościowego, czyli – mówiąc językiem współczesnym – możliwości mobilizacyjnych. Stary, jeszcze z czasów Kazimierza Wielkiego system skarbowy po prostu był niewydolny. W dodatku coraz częściej dochodziło do zrywania sejmów, jak zimą 1654 r. w obliczu właśnie toczącej się wojny z Rosją. Szlachta nie była skora do uchwalania podatków nadzwyczajnych, a jeśli nawet do tego doszło, to pieniądze nadchodziły powoli. Owszem, częstą praktyką było wystawianie przez różnych magnatów, własnym sumptem, całych chorągwi, czy nawet pułków (przykładowo, wyprawa wiedeńska kosztowała króla Jana III Sobieskiego pół miliona złotych wyasygnowanych z własnej szkatuły; dla porównania: budżet roczny RP wynosił wtedy ok. 5,5 mln zł), czyniły tak też miasta, zwłaszcza bogatsze, jak Lwów czy Gdańsk, ale to była kropla w morzu. Tymczasem kler był w ogóle zwolniony z obciążeń podatkowych, co oznacza, że nie ponosił ciężarów obronności kraju. Zdarzało się jedynie to, że pod naciskiem szlachty deklarował tzw. „subsidium charitativum", czyli dobrowolny datek, rzecz jasna w wysokości niewspółmiernej do majątku będącego w posiadaniu tego największego właściciela ziemskiego. To, czy te środki faktycznie wpływały do skarbu, to już zupełnie inna kwestia, podobnie jak w przypadku obiecywanych wielokrotnie subsydiów z Rzymu, np. na wojny z Turcją. Za to, gdy chodziło o ochronę własnego stanu posiadania, jak u schyłku roku 1655 w Częstochowie, kościół było stać na zakup artylerii z amunicją do niej, zaciąg artylerzystów, lepszych niż mieli Szwedzi, oraz piechoty najemnej.
Innym przykładem niech będzie ufundowany w 1648 r. przez Kazimierza Leona Sapiehę erem kartuzów w Berezie (miejscu bardziej znanym z zupełnie innych czasów i innych powodów). Była to prawdziwa twierdza, wzniesiona jakby na czas – powstanie Chmielnickiego. Szkoda tylko, że powstała w zupełnym ustroniu, miast choćby na którymś ze szlaków tatarskich (czarny, kuczmański, wołoski itd.).