moni27
09.02.06, 10:00
Wiem, że jutro będzie nowy dzień, że może poczuję się lepiej. Ale dzisiaj
moja psychika siadła. Nie jestem już w stanie znieść kolejnego niepowodzenia.
Nie mam już siły. Moje życie traci jakikolwiek sens. Nie umiem sobie już
radzić z najprostszymi życiowymi sprawami. Wiem, że przydał by się
psycholog. Ale on przecież nie może mi pomóc.
Zbyt wiele niepowodzeń na mnie spadło. Nie mogę Wam wszystkiego, opisać. Nie
potrafię opisać swoich odczuć w niektórych sytuacjach. Kiedyś byłam pewną
siebie wesołą dziewczyną. Teraz boję się ludzi, boję się zatłoczonych
autobusów, wind, w kinie robi mi się słabo, do kościoła prawie nie chodzę.
Najbardziej boję się tego że kiedyś zostanę sama. 9lat temu zmarł mój tata.
Od tej pory drżę o zdrowie moich najbliższych. Nawet przeziębienie czy ból
głowy mojego męża jest dla, mnie ogromnym stresem.
Do tego dochodzi stres w pracy. "Wyścig szczurów" między pracownikami,
kontakt z klientem- często wysłuchiwanie obelg to dla mnie zbyt wiele.
Nienawidzę tej pracy. Nikt w pracy nie wie że staram się o dziecko. Myślą że
ja nie chcę (choć nigdy tak nie powiedziałam). Wykorzystywanie mnie na każdym
kroku bo "ty przecież nie masz dzieci" wiec możesz siedzieć po trzy tygodnie
na drugiej zmianie, chodzić na wszystkie zastępstwa. Wczoraj ja i koleżanka
miałyśmy do przeniesienia cięższą rzecz. Kolega pomógł nieść oczywiście mojej
koleżance. W żartach powiedziałam "mi to nie pomożesz" , on na to "ja tylko
matkom pomagam".
A ja tak bardzo zawsze chciałam mieć dzieci. Niańczyłam wszystkie młodsze
kuzynki. Zawsze oglądałam się za wózkami, koleżanki często się ze mnie
śmiały. Nie mogę znieść już komentarzy w rodzinie. Przestałam odwiedzać domy
w których są dzieci. Zbyt wiele łez mnie taka wizyta kosztuje. Wogóle na
widok dziecka czy na ulicy czy w sklepie mam świeczki w oczach.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze problem z moim M. Wczoraj miałam owu.
Więc przytulam się do niego, a on na to że nie ma ochoty. Więc mówię że ...
(jakie to okrutne i upokarzające). Jego obojętna mina mnie dobiła,
rozpłakałam się. Powiedziałam parę ostrych słów. Więc było po wszystkim.
Dzisiaj rano to samo. Nie odzywa się do mnie. Płaczę od rana. Poprosiłam żeby
mnie przytulił. Odwrócił się i wyszedł. Chyba mnie ma już dość. Ja sama
SIEBIE MAM JUŻ DOŚĆ. Wiem że jemu też jest ciężko. Wszystko na to wskazuje że
przyczyną jest słabe nasienie. Ale ja oczywiście biorę winę na siebie,
pocieszam go że wyniki nie są takie złe, że to prawdopodobnie moje
niedoleczone bakterie. Lekarz wspominał o inseminacji. Mój mąż się nie
zgadza. Twierdzi że nie czuł by że on to dziecko spłodził. I skąd ja mam brać
siły do walki. Trzy lata to zbyt wiele. Czy po tym wszystkim co przeszłam
będę się jeszcze umiała cieszyć z tego cudu, który być może i mnie się kiedyś
przytrafi?