qqbek
27.12.25, 19:57
Artykuł z Wybiórczej mnie zainspirował, traktujący o Warszawie i biedzie, zamykanych lokalach i rosnącej liczbie ofert odstąpienia lokali:
Artykuł tutaj (albo i nie, bo mi gdzieś link wcięło)
W każdym bądź razie zmusiło mnie to do refleksji.
Jak te prawie 3 dekady temu byłem w liceum/na studiach, to całe miasteczko akademickie w Lublinie było wprost upstrzone knajpami, w których piwo kosztowało nieco tylko więcej niż w sklepie (na pewno mocno w granicach dwukrotności ceny sklepowej). Dziś to pustynia - kilka lokali dosłownie i to niezbyt pełne.
Na miasteczku nadal ceny znośne, ale knajp osiedlowych, niegdyś bardzo popularnych, ze świecą szukać - zostały nieliczne. Najgorsza mordownia na mojej poprzedniej dzielnicy - zamknięta, już po epidemii.
Zostały restauracje, pizzerie, ale miejsc, gdzie można napić się piwa i co najwyżej paluszkami zakąsić (a w bonusie dostać w japę za krzywe spojrzenie, jak się nie było "miejscowym") - ze świecą szukać.
Na starym mieście lepiej - lokal przy lokalu, ale miejsc, gdzie można porządnie zjeść zaledwie kilka, reszcie powinien się uważniej Sanepid przyglądać, pomimo odpicowanego wyglądu.
Piwo? Od 15-18 ziko w górę, więc mi tam wisi, ale to już na pewno nie na studencką kieszeń.
Z klasycznych mordowni - do "finiszowania" zostały dwa bary z wódką na kieliszki i szemranym towarzystwem przy stolikach, ale nawet te zamykają po 4-ej (a wcześniej lokali 24/7 było sporo).
Cała reszta lokali nastawiona na "zamożnego klienta co to zostawi gazylion dudków jedząc odgrzewane w mikrofali żarcie (albo żarcie tak przekombinowane, żebyś wyciągnął telefon i walnął fotkę na insta, a nie najadł się)". Jest jedna dobra restauracja z tradycyjną polską kuchnią, jedna dobra z kuchnią żydowską (obie rzut niedociążonym beretem od dawnego Trybunału Koronnego, a więc nietanie - ale dobre)... a cała reszta? Nawet splunąć szkoda.
Ostała się też jedna pijalnia piwa, przy dawnym browarze... i tam najczęściej zaglądam, jak mam ochotę na "piankę" ze znajomymi - bo mają zajefajny bar (na serio - warto dla samego widoku baru odwiedzić to miejsce), dobre zimne przekąski (polecam tatara) i biorą za piwo trochę ponad połowę tego, czego życzy sobie konkurencja "tuż obok".
Był jeszcze "Koyot" przy Placu Wolności (ze sławnym ochroniarzem Maniusiem Kowalskim), ale oni są teraz "Club" i działają tylko w piątki i soboty - poza tymi dniami mordki w piance przy Motorhead już nie zanurzysz.
Do czego dążę?
Knajpy nam się zrobiły "elitarne" zamiast "egalitarnych".
Nie wiem, czy na skutek tego, że przestali przychodzić "normalsi", czy na skutek pazerności właścicieli, ale tak, czy siak, w złą stronę to zmierza. Widziałem powolne zdychanie pubów w UK, tam gdzie one stanowiły taki sam element krajobrazu jak gospody w Czechach, ale nawet tam nie było nigdy takiego "pomoru" jak w Polsce.
Na początku grudnia miałem godzinkę (z hakiem) wolnego, w sobotni wieczór, na miasteczku akademickim w Lublinie. Zastanawiałem się, czy "pianka", czy "kawa"... i żadnego nieodrzucającego lokalu nie znalazłem - za każdym rogiem buda z kebabem, dwie pizzerie, ale typowej knajpy ani sztuki. W końcu polazłem na Księżycową do kawiarni "Księżycowa", prowadzonej od wielu dekad (od czasów Gierka przynajmniej) przez rodzinę państwa Dobrowolskich. Wziąłem sobie kawę z rumem, bo zmarzłem, zanim tam dotarłem.