hongkonggarden Electro-pop 09.11.05, 22:34 Ponizej plyty, ktore polecam z bardzo szeroko rozumianego nurtu "electro-pop". Plus skladanka moich ulubionych utworow electro-popowych. ______________________________________________________________ Somehow we drifted off too far Communicate like distant stars Splintered voices down the 'phone The sunlit dust, the smell of roses drifts, oh no Someone waits behind the door Hiroshima mon amour ______________________________________________________________ Co to jest: electro-pop? Dla mnie to samotne spacery zlocista jesienią, beznadziejnie romantyczny szum morskich fal, pozolkle liscie niesione wiatrem, ulotne chwile spedzone z ukochaną osoba, zwlaszcza te zapomniane. Somehow we drifted off too far, communicate like distant stars... Koniecznie w potokach deszczu, przerywanych burzą z piorunami. Cala historia z electro-popem sprowadza sie do pytania: czy w instrumenty, szczegolnie te elektroniczne, mozna tchnąć zycie? I poruszyc czlowieka do glebi, za pomocą najprostszych srodkow? Ze wszystkimi emocjami, uczuciami, bolem i cierpieniem, patosem 1000 ton? Hiroszima moja milość, mozna. Jak to sie zaczelo? Pierwszy syntezator, "Teleharmonia", wazacy 7 ton, powstal w 1897 roku. A electro-pop? Czasy, kiedy syntezatory byly syntezatorami, jak mawial Beksinski? Jedni mowią, ze to pierwsze klasyczne plyty Wondera, 'Music Of My Mind' przykladowo. Ryzykowna teoria, ale mocna - okrzyk Wondera "Links!" juz na samym, rewolucyjnym poczatku tej plyty faktycznie zwiastuje "cos" nowego. Inni, ze to pierwsze koncerty Alana Vegi (Suicide), jakby wziete z innego swiata. Niewazne. Dzisiaj mozemy siegnac po niesamowite plyty. I o to chodzi i o to chodzi. ______________________________________________________________ Riding inter-city trains Dressed in European grey Riding out to echo beach A million memories in the trees and sands, oh no How can I ever let them go? Hiroshima mon amour ______________________________________________________________ Moj zestaw najlepszych plyt electro-pop, z krotkim omowieniem, ponizej. Kolejnosc pierwszej dziesiatki przypadkowa. 1. David Bowie - Low Wystarczy spojrzec na okladke i wszystko jasne. To nie jest zwykly album. Nieprzypadkowo plyta nr 1 na liscie najlepszych plyt lat 70. Pitchforku. Pierwsza czesc plyty "piosenkowa", druga "instrumentalna". Brian Eno w szczytowej formie. Plyta jednoczesnie przerazajaco zimna i pelna emocji. Nie do opisania. 2. Kraftwerk - Trans Europa Express Esencja cejlon-electro. Podroz pociagiem przez Europe, z przystankiem u Goethego i w krainie mlodego Wertera. Czterech ludzi-robotow z syntezatorami, takie acepiorundece z duszą. Plyta na wskros oryginalna, niezwykle romantyczna - takie 'Spiegelsaal' to poezja pelną gębą, bardzo wzruszająca electro-ballada. Monotonnie, romantycznie, z uderzającym syntezatorowym riffem w miazdzacym 'Schaufensterpuppen'. Idealu Kraftwerk siegnal na nastepnej plycie, a ideal nosi znamienną nazwę "Das Model". 3. Jean Michel Jarre - Zoolook To zupelnie inny Żar, niz ten znany z Magnetic Fields. Mroczny, dyskotekowy, awangardowy, tworzacy sztuke ze zbitych w rytm ludzkich glosow, zebranych z calego swiata. A wszystko zanurzone w futurystycznym, orwellowym Metawersie. 4. Suicide - Suicide Na okladce plama krwi. Romantyczna dusza electro-popu zderza sie z psychopatyczną rzeczywistoscią Alana Vegi. Poczatkowo ta plyta odrzuca. Ale z czasem wciaga jak bagno, az nazbyt niebezpiecznie. Monotonia i szalenstwo. Wyobrazcie sobie chory, naprawde nienormalny mechaniczny puls elektronow i nagle przeszywajacy glos Vegi: "Frankie Teardrop..........". I tak opetane bite 10 minut. Debiut Suicide wciaz robi wielkie wrazenie, niczym jakis manifest awangardowy z lat 20. A tak przy okazji, to jeden z ulubionych zespolow niejakiego Mobiego... 5. Roxy Music - Avalon Najpiekniejsza plyta lat 80.? Niekoniecznie, ale mocny kandydat. Ferry i spolka drastycznie zmienili konwencje. Na basniową, z jacuzzi, sauną, laguną w obrebie prywatnej posiadlosci na skraju dziewiczego lasu. Wyobrazcie sobie taką wlasnie scenerie i zanurzenie w basenie przy wspomnianej lagunie. Z ustawionych pod fontanną glosnikow leci Avalon, nie ma sily.... Z cyklu: Beksinskiemu dziekujemy. 6. The Stranglers - Feline Dusiciele tez zmienili konwencje, jeszcze bardziej drastycznie. Zaczynając od ostrego, punkowego (choc zawsze sie od punku odzegnywali), nowo-falowego stylu, nagle odrzucili gitary precz, siegneli po syntezatory, przepiekne melodie, czerwone wino z Transylwanii, jesienne liscie, poetyckie teksty o milosci itp. - jednym slowem: klasyczny electro-pop. Wszystko na tej plycie zachwyca, od tajemniczej opowiesci na samym wstepie, o dziwnym gosciu-duchu, nawiedzajacym samotnego Cornwella. A potem czekaja nas piekne ballady i poruszajacy 'Paradise', z niezwykla aranzacją, zenskimi glosami z innego wymiaru i wkrecajacym refrenem. Od lat slucham tej plyty z coraz wiekszą fascynacją... 7. Ultravox - Vienna Uch, to juz klasyk nad klasyki! Kolejny zespol, ktory zmienil stylistyke z dnia na dzien. Pierwsze trzy plyty Ultravox to glownie dzielo Johna Foxxa i Briana Eno (dwie). Foxx to jedna z najwiekszych osobowosci tamtych lat, dzisiaj kompletnie zapomniana. Te trzy pierwsze legendarne plyty sa dosc nierowne, choc zawieraja arcydziela... Coz, formula Ultravox z Foxxem ostatecznie odniosla kleske komercyjną i Foxx (a wczesniej Eno) rzucil grupe. Tymczasem osamotnieni muzycy siegneli po wokaliste w rodzaju, nie przymierzając, Johnny'ego Rottena electro-punku (wynalezionego przez menedzera Steve'a Strange'a, jak Johnny przez McLarena) - Midga Ure'a. I osiagneli wielki sukces. "Vienna" to hymn lat 80., utwor-manifest. Esencja-ulung electro-popu, z piorunami (doslownie!), ulewą i zamkami nad Loarą. Dzisiaj ten slynny album brzmi dosc pretensjonalnie, ale wciaz pieknie. 8. John Foxx - The Garden Foxx nagral swoją wersje manifestu. Ale tym razem przenosimy sie do ogrodow. Zanim nagral plyte, podrozowal po Europie i zwiedzal wlasnie ogrody, zarowno w stylu angielskim, jak i francuskim. A wrazenia przeniosl na plyte. Najbardziej niedoceniony album lat 80.? Na pewno. 9. Soft Cell - Non-Stop Erotic Cabaret Marc Almond zaprasza do swojego swiata, centrum wielkiego miasta zdetonowanego zabojczym ladunkiem schizofrenicznych emocji... Fenomen tej plyty najlepiej wyjasnia utwor finalowy, 'Say Hello Wave Goodbye'. Nie slyszalem bardziej przekonujacego utworu opowiadajacego jednoczesnie o milosci i samotnosci, niespelnieniu, niz wlasnie ta mini-opera. Z Almondem poczatkowo chlodnie relacjonujacego spotkanie pod barem "Pink Flamingo", na monotonnym syntezatorowym tle, po czym wyrywajacego sobie serce. Po takiej demonstracji uczuc ciezko sobioe wyobrazic, zeby kiedykolwiek inny instrument niz ludzki glos mogl zabrzmiec bardziej porywajaco. 10. Human League - Reproduction "Za biurem wisi mezczyzna na gilotynie". Od tej plyty nalezaloby zaczac calą opowiesc o electro-popie. Human League w pierwszym wcieleniu to zespol z innej planety. Obcy. Na dwoch koncach sceny stoja syntezatory, za nimi dwoch ponurych panow w czarnych plaszczach. Na srodku nawiedzony Phil Oakey, wokalista pozbawiony jakichkolwiek mozliwosci wokalnych, ale za to z jaka charyzma! A na warsztat biorą przeboj z lat 60., "You've Lost That Loving Feeling". Albo gre w electro-ping-ponga, na samym poczatku plyty. Ta plyta dzisiaj brzmi tak samo swiezo, porazająco, jak 26 lat temu. Prymitywne efekty elektroniczne, proste melodie i kanciaste motywy. Wciagajace powtorzenia, monologi w samych srodkach utworow, klimat rodem z Galaktycznego Imperium z Gwiezdnych Wojen. "Outside the office hangs the man on the gibbet"... 11. David Bowie - Heroes Sprawa jest prosta: to jedna z kilkunastu (!) najwazniejszych, najoryginalniejszych, najciekawszych, najbardziej zjawiskowych plyt ostatnich kilku dekad (biore pod uwage cał Odpowiedz Link
hongkonggarden Re: Electro-pop 09.11.05, 23:13 Powinno pojsc do wątku "polecamy, radzimy, ostrzegamy", sorry. Widocznie taka natura electro-popu, ze jest nieprzewidywalny i pojawia sie czasem nie tam, gdzie trzeba. michal Odpowiedz Link
obly Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 10.11.05, 10:08 A ja polecam kapelę pt: 24-7 Spyz, www.24-7spyz.com/ Czarniawa kapela (w dobrym tego słowa znaczeniu)łacząca sporo elementow rocka, reggae, metalu, hh czy swingu w bardzo naturalny sposób. Świetny warsztat który zaleca się popodsłuchiwać. niestety tylko p2p Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Chumbawamba 07.02.06, 03:47 Jeden z moich ulubionych zespołów, chyba jedyny o którym nigdy nic nie napisałem na SF. Ciekawe, że jak słucham Stereolab (!), to słyszę bardzo dużo Chumbawamby. Przypadek chyba? KONIECZNIE "Anarchy" - Chumba w pigułce, to znaczy nie jest to kompilacja, ale brzmi jak kompilacja, bo zawiera wszystko to, co dla zespołu reprezentatywne i co w nim najlepsze. Równoczesna prostota kompozycji i bogate, pomysłowe aranżacje; lewackie, zaangażowane teksty i popowa dbałość o hooki; a wokalnie kanciasty british-rap (protoplasta gatunku: "Rapture" Blondie ;>) koegzystuje bezboleśnie ze starannie, piętrowo rozpisanymi na głosy melodiami. Każdy utwór brzmi jak singiel, energia nie siada nigdy i idziemy na barykady nawet przy folkowym "Homophobia". Rozstrzał stylistyczny nie razi w ogóle, ani gdy dochodzi do grania new romantic ("Heaven/Hell"), ani rockabilly ("Bad Dog"). Płyta dziesiątkowa. W wakacje 1997 słuchałem tylko tego - to było tuż przed eksplozją popularności "Tubthumping" :) WARTO "Shhh" - jakby wcześniejsza wersja "Anarchy", bardziej rozlazła formalnie ("Big Mouth Strikes Again" trwa chyba z siedem minut), ale wciąż sama przyjemność. "Tubthumper" - to z kolei późniejsza wersja "Anarchy", już niebezpiecznie miejscami zbliżona do tanecznego popu ("Big Issue", "Amnesia"), ale tylko miejscami, no i zawiera dwie megaperełki: energiczny "Good Ship Lifestyle" i liryczny "One by One". Oraz, naturalnie, "Tubthumping", zarżnięty swego czasu, a do dziś grany nawet przez radia złote przeboje. MOŻNA "Pictures of Starving Children Sell Records" - debiut. Mocno trącący homerecordingiem kawałek kozackiego synth punka (Pet Shop Boys się kłania - surprised?), lwia część tekstów przypuszcza ostry atak na hipokryzję artystów biorących udział w Live Aid. Przyjemne, oryginalne nawet, ale dwadzieścia lat później chyba tylko fani będą zadowoleni. "Showbusiness" - koncertówka. Chumba nie jest zespołem improwizującym i wersje koncertowe niewiele się różnią od studyjnych, ale zgranie, brzmienie i entuzjazm publiczności budzą uznanie. NIE WARTO "Slap!" - rozwleczone, nudnawe, ultraczerwone (płytę otwiera utwór "Ulrike", a zamyka - utwór "Meinhof"). Poza koncertowymi przebojami "I Never Gave Up" i "Grateful" nie mogę do tego tańczyć i to nie jest moja rewolucja. "Swinging with Raymond" - oparty na ciekawym pomyśle dwuczęściowy album: pierwsze pół to folkowo-balladowe granie unplugged, drugie pół - mocne punkowe wykopy. Zieje brak pomysłów - akustyczna część usypia, elektryczna jest jednym wielkim autoplagiatem. W pamięci zostają tylko dwa numery: "This Dress Kills" i zdecydowanie najlepszy, singlowy "Ugh! Your Ugly Houses!". WY-PIER-DALAĆ "WYSIWYG" - tragicznie słabe kompozycje, wysilone teksty mające pokazać jak bardzo buntownicza Chumba pozostała, ale kogo może kurwa obchodzić piosenkowy atak na MICROSOFT??? Reszty albumów nie znam, wyszły chyba dwa plus epka "English Rebel Songs". Odpowiedz Link
ton2 Echo & The Bunnymen ktoś sie podejmie? 07.02.06, 15:52 Juz byla podobna prosba, ale pozostala bez odpowiedzi. Moze teraz? Ktokolwiek? Odpowiedz Link
ilhan Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:27 Mogę, ale bardzo subiektywnie. Obiektywnie może zrobić forumowy boss od E&TB czyli Teddy. TRZEBA "Ocean Rain" (1984) Przed premierą reklamowana jako najlepszy album w historii muzyki. To chyba niewielu kupiło, ale to najciekawsza pod względem aranżacyjnym i kompozycyjnym płyta Echo & The Bunnymen i również najbardziej chyba przystępna. Już nie zadziorny, nieco mroczny post-punk pierwszych trzech LPs, a bardziej psychodeliczny pop. Świetne piosenki obudowane w kilku przypadkach wręcz orkiestrowo (tytułowy na finał), no i wybitne "The Killing Moon", dla którego można wypada ten album bez względu na cokolwiek innego. WARTO "Heaven Up Here" (1981) To co jak dla mnie zabija trochę pierwsze trzy albumy E&TB to ich monotonia, która nie pozwala zapamiętać zbyt wielu utworów i pozostawia tylko ogólne wrażenie. Tu mamy Echo na modłę zimnofalową. "HUH" jest chyba najbardziej tajemniczym ich LP i chwilami poraża niesamowitą siłą - "Show Of Strength" czy "Over The Wall" czy "A Promise" są godne największych utworów gatunku. Hitów brak. "Porcupine" (1983) Już ciut inne brzmienie niż na "Heaven Up Here", co słychać już w zawodzących smykach "The Cutter" na samym początku płyty. Więcej melodii (rewelacyjne "Clay"), urozmaicania aranży, jakieś akustyki chwilami nawet, co wpuszcza nieco powietrza i sprawia, że chyba minimalnie lepiej się tej płyty słucha niż poprzednika w kategorii przyjemności. MOŻNA "Crocodiles" (1980) Mówiłem że subiektywnie, więc jak się ktoś będzie oburzał, to ja będę ziewał. Może za mało słuchałem, ale dla mnie debiut to rozgrzewka raczej niż pełnowartościowe danie główne. Oczywiście jest w tym żywioł, surowizna, pasja, ma to swój styl, ale poza "Rescue"... no chyba się już na ten album nie załapię. Niemniej jednak jest to obok "Ocean Rain" najwyżej ceniona płyta Echo, więc z tego względu na pewno można ją przesunąć do "warto". "Siberia" (2005) O tej płycie było już sporo na forum i w innych miejscach. "Echo & The Bunnymen" (1987) Na chama to bym i do "warto" przesunął, bo bardzo lubię. Trochę kompromisowy album, dość pogodny, zdecydowanie w momencie wydania ich najlżejszy. Ale piosenki super - "The Game" i "Over You" mają arcyprzyjemne melodie, "Bedbugs & Ballyhoo" antycypuje madchester, a "Lips Like Sugar" musiało być hitem i było. "Evergreen" (1997) Względnie udany powrót w erze britpopu i w tym kierunku ta płyta poszła. "Nothing Lasts Forever" to piosenka, którą Chris Martin próbuje napisać od jakichś pięciu lat, a w tytułowym mamy jedną z fajniejszych partii gitar Sergeanta. NIE TRZEBA "Flowers" (2002) Ładne, ale przeciętne + słabsze i od "Evergreen" i "Siberii", więc najpierw tamte. "What Are You Going To Do With Your Life" (1999) "Reverberation" (1990) Znam we fragmentach, więc się nie wypowiadam, ale tej drugiej na 99% nie trzeba. Odpowiedz Link
ton2 Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:48 Wielkie dzieki za szybka reakcje. Ocean Rain juz mi sie sciagnal, ale w jakiejs dziwnej 9- piosenkowej formie, wiec sprobuje raz jeszcze. Wszedzie chwala tez "Porcupine", wiec i za to sie zabiore. Dzieki! Odpowiedz Link
ilhan Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:51 ton2 napisał: > Ocean Rain juz mi sie sciagnal, ale w jakiejs dziwnej 9- piosenkowej formie Hm, czemu dziwnej? "Ocean Rain" w oryginalnej wersji to właśnie 9 utworów. Sam mam taki CD bez żadnych bonusów, co sobie chwalę. Odpowiedz Link
ton2 Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:57 Aaa, to nie wiedzialem. Na amazonie znalazlem wersje EXTRA z 17 kawalkami, w tym z dwoma koncertowymi i myslalem, ze to one stanowia o nazwie EXTRA, ale jak tak, to swietnie. No to mam i zaczynam sluchac. Pozdrawiam Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 15:39 ton2 napisał: > Aaa, to nie wiedzialem. Na amazonie znalazlem wersje EXTRA z 17 kawalkami, w > tym z dwoma koncertowymi i myslalem, ze to one stanowia o nazwie EXTRA, ale jak > > tak, to swietnie. No to mam i zaczynam sluchac. > fajne są bonusy z tej płyty (swoja drogą remastry echo z bonusami chodzą w katowicach po 28zł). ciekawie wypada w ich wykonaniu beatlesowskie all you need is love. ale generalnie nigdy bym Ocean rain wyżej niz crocodilles nie postawił. Ocean rain w ogóle tylko za przyzwoitą uważam (nick cave takim klimatem bardziej czarował). radzę nie sugerować sie wypowiedzia Ihana co do wartości obu płyt. Crocodilles to zywioł, cudne melodie, mrok i siła minimalizmu - KLASYK ABSOLUTNY proszę ja Was Odpowiedz Link
ilhan Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 16:38 pszemcio1 napisał: > ale generalnie nigdy bym Ocean rain wyżej niz crocodilles nie postawił. Ocean > rain w ogóle tylko za przyzwoitą uważam (nick cave takim klimatem bardziej > czarował). radzę nie sugerować sie wypowiedzia Ihana co do wartości obu płyt. Ja bym zaufał temu kto nie robi błędów w tytułach płyt <palacz> A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm - "Ocean Rain" bowiem jest powszechnie przez te środowiska uznane za klasyk, a nie za "przyzwoitą" (wiem, że "Crocodiles" też, ale ja to w mojej wypowiedzi zaznaczyłem). Wczoraj znów słuchałem i doprawdy cudowne są tam momenty; wydawałoby się, że w gruncie rzeczy proste piosenki, ale smaczkami aranżacyjnymi można rozkoszować się miesiącami. Słucham i co chwila myślę: jak genialnie oni to tu wpletli! Odpowiedz Link
ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 23:35 > A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm - "Ocean Rain" bowiem j > est powszechnie przez te środowiska uznane za klasyk, a nie za "przyzwoitą" (wi > em, że "Crocodiles" też, ale ja to w mojej wypowiedzi zaznaczyłem). Wczoraj znó > w słuchałem i doprawdy cudowne są tam momenty; wydawałoby się, że w gruncie rze > czy proste piosenki, ale smaczkami aranżacyjnymi można rozkoszować się miesiąca > mi. Słucham i co chwila myślę: jak genialnie oni to tu wpletli! Wczoraj oglądałem u znajomych jakiś durny, amerykański film, i w pewnym momencie pojawiło się w nim " The Killing Moon " - mało z krzesła nie spadłem :D Genialna płyta, " Crocodiles " się nie umywa. Odpowiedz Link
ilhan Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 00:04 ihopeyouwilllikeme napisał: > Wczoraj oglądałem u znajomych jakiś durny, amerykański film, i w pewnym > momencie pojawiło się w nim " The Killing Moon " - mało z krzesła nie > spadłem :D "Donnie Darko"? Hm, ale jeśli tak, to to nie jest takie durne raczej. Odpowiedz Link
ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 13:24 > "Donnie Darko"? Hm, ale jeśli tak, to to nie jest takie durne raczej. Nie pamiętam tytułu. Dla mnie było durne :D Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 10:19 ilhan napisał > Ja bym zaufał temu kto nie robi błędów w tytułach płyt <palacz> zły argument. wszyscy na tym forum zdążyli się już przyzwyczaić do moich błedów w tytułach. już od dawna nie stawia mnie to w gorszej sytuacji:) > A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm oczywiście, tak samo jak stawianie przez ciebie Ocean rain najwyzej (zreszta tak jak pisałeś). dla mnie najlepszym testem na porównanie były bonusy zamieszczone na Ocean rain. na końcu są dwa kawałki koncertowe z Crocodiles i jak sie to słyszy zaraz po Ocean to dopiero wtedy wyraźnie słychać gdzie są rzeczy wielkie...subiektywnie oczywiście:) Odpowiedz Link
ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 08.02.06, 15:08 " Heaven Up Here " niżej, self-titled wyżej. Wolę piosenki od atmosfery. > "Flowers" (2002) > Ładne, ale przeciętne + słabsze i od "Evergreen" i "Siberii", więc najpierw > tamte. Lepsze i od " Evergreen ", i od " Siberii ", więc najpierw to :))) Odpowiedz Link
ton2 Re: Echo & The Bunnymen ktoś sie podejmie? 14.02.06, 19:34 Tak w ogole dzieki za pomoc i odzew. W zwiazku z waszymi cennymi radami, dzis udalo mi sie nabyc w warszawskim empiku Porcupine i Ocean Rain po 29,99 sztuka, a na dodatek obie plyty to remastery z bonusowymi kawalkami, wiec zapowiada sie duzo sluchania. No i czad! Pzdr, a moze i LOVE w koncu Walentynki mamy, nie? Odpowiedz Link
pytajnick Marillion 11.02.06, 23:08 Miało być w aktualnym wątku o Marillion, ale chyba tu bardziej pasuje. *Moim zdaniem*, F-Marillion nagrał jedną wybitną, jedną bardzo dobrą, i dwie dobre płyty. H-Marillion nagrał jedną prawie-wybitną, dwie bardzo dobre, dwie dobre+ i kilka przyzwoitych albumów. Raczej czuję się w temacie mocny, bardzo mocny, a z drugiej strony nie jestem fanem ani gatunku jako takiego, ani (już) zespołu. Wszystkich tych płyt nie słuchałem co najmniej z rok, wiec mam generalnie pewien "nieświeży", ale za to równy dystans do nich wszystkcih. Skrótowo: - F-M - Script for a Jester's Tear [8,5/10, cudowne dwa utwory] Fugazi [7/10, cudowny jeden utwór] Misplaced Childhood [10/10, całość cudowna] Clutching at Straw's [7/10, jakoś nie przepadam prywatnie, ale szanuję, "obiektywnie" świetny album] - H-M - - Season's End [7/10, cudowne dwa utwory, klasyka] - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale album fajny] - Brave [8,5/10, świetny album, klimat, \dwa zbędne utwory, jedna z okładek wszechczasów. Dziewczyny romantyczki przy tym płaczą, faceci się w nich zakochują, w sumie rozumiem, choć mnie dotyczy tylko momentami (cudowne, wyciszone "Brave" czy "Goodbye to all that"). Znacznie bliższy jest mi kolejny album, choć poznałem go najpóźniej, wiele lat po wydaniu, gdzieś w 2000 roku] - Afraid of Sunlight [9,5/10, największe dzieło h-M, niestety raczej niedoceniane. Po "trudnym" i podniosłym Brave relatywnie lekkie, mniej gitar więcej klawiszy, mniej smutku więcej optymizmu, nawet humoru nie brakuje (znienawidzone przez niektórych "Canibal Surf Baby"). Trójka utworów Afraid of Sunlight - Out of this World - Afraid of Sunrise to jeden z najpiękniejszych znanych mi "kawałków muzycznych" w historii. Co ważne, moim zdaniem album "bezgatunkowy"] - This Strange Engine [7/10, "obiektywnie" pewnie nierówny, uśredniając przeciętny albu, może lubię go dlatego, że jako pierwszy zainteresował mnie z okresu h-M. Wcześniej znałem Marillion do Brave i to mi wystarczało, w sumie nawet ich nie słuchałem. TSE zwróciło moją uwagę, młodego niedoświadczonego chłopaka, do dziś za to go cenię, choć raczej nie słucham] - Radiation [6,5/10, cenię kompozycje jako takie, fatalne moim zdaniem jest wykonanie - aranżacje, nieudana 'surowość' mieszana z bardziej kolorowymi klimatami, jakieś takie niezdecydowanie. Może wielbiciele gitar akustycznych i prostych piosenek bardziej ten album polubią, ale z drugiej strony - ja do nich należę, i nic. Album tak znienawidzony, jak przez innych, bardziej wnikliwych, mocno broniony. Ja bym był generalnie wstrzemięźliwy w opiniach. "Można"] - marillion.com [3/10, dwa przyzwoite utwory, nie warto] - Anoraknophobia [8,5/10, świetny powrót do formy, choć owa forma zaskakująca. Piękna i udana mieszanka bardziej rozbudowanych kompozycji (ale zawsze chwytliwych, melodyjnych, ot - przyjemnych, żadnych popisów) z bardzo popowymi piosenkami, z których dwie były nawet na liscie Trójki. Super się tego słucha, pozytywny klimat, trochę eksperymentów z ich strony (nawet rap przez chwilę - czym podpadli "artrockowcom"), bawią się, klimat i melodie, płytka tak fajna i lekka jak ta kiczowata okładka] - Marbles [hm, no i sam nie wiem, pewnie jakieś mocne 7,5-8/10. Czamu? Bo na dwóch płytach obok kompozycji niemal doskonałych, są kompozycje zbędne, gdyby wybrać to, co najlepsze, byłoby 9/10. Szacun wielki za odwagę nagrania płyty dość "progresywnej", która zarazem nie nudzi. Szacun za to, że potrafili nagrać dwie suity, które nawet przy dzisiejszych moich preferencjach naprawdę bardzo sobie cenię. Ale i tak najładniejsze są prostsze piosenki - ot choćby "The only unforgetable thing". Mój znajomy ma w stopce "Życie jest pokręcone i wielobarwne jak muzyka Marillion " i coś w tym jest. O tyle klimatów przez te dwadzieścia pięć lat się otarli, że w zasadzie każdy coś u nich mógłby dla siebie znaleźć. I pewnie znajdzie, jeśli poszuka, czego życzę. Odpowiedz Link
cze67 Re: Marillion 13.02.06, 10:29 pytajnick napisał: > - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale album fajny] ...In Eden - to po pierwsze:-) Po drugie: no nie, nie mogę tego słuchać, dwa, trzy utwory (przeboje) w porządku, ale jako całość jest to jednak słabe. Kiedyś skusiłem się niską ceną, i po trzykrotnym przesłuchaniu (trzeci - a nuż się przekonam, nie dało się) już nie chcę do tej płyty wracać. Odpowiedz Link
pytajnick Re: Marillion 13.02.06, 11:01 cze67 napisał: > pytajnick napisał: > > > - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale alb > um > fajny] > > ...In Eden - to po pierwsze:-) ROTFL. W radiu szedł Clapton z "Tears in Heaven" no i mi się zlało w jeden tytuł :-)) Afraid of Sunlight to bardzo zacna płyta, jeszcze kiedyś zmienisz zdanie! :) Odpowiedz Link
theagata Saybia. 22.02.06, 23:16 Nie wiem nic nt. Dzisiaj dostałam płytę The Second You Sleep. Jeszcze nie słuchałam. have fun Odpowiedz Link
asagiri Re: Marillion 17.03.07, 16:13 Osobiście nie lubię H-Marillion, denerwuje mnie osoba Hogartha i jego głos. Jeśli jednak chodzi o Marillion ery Fisha, oto moje typy: 1.koniecznie Clutching at straws. chociaż ich ostatnia, to chyba najbardziej 'dojrzała' i najlepiej definiująca cały ich dorobek. 2. naprawdę warto Fugazi. słucham całej z wyjątkiem 'she chameleon'. bardzo... 'pełna'. Script for a Jester's tear. słychać, że to debiut, ale udany. 3. warto Misplaced Childhood. może i dobra, ale komercyjna (Kayleigh, Lavender). i to ją spycha na ostatnią pozycję mojej listy. pozdrawiam! Odpowiedz Link
pytajnick Re: Marillion 17.03.07, 16:56 asagiri napisała: > 3. warto > Misplaced Childhood. może i dobra, ale komercyjna (Kayleigh, Lavender). i to ją > > spycha na ostatnią pozycję mojej listy. 1) Tak można "zdyskwalifikować" m.in. całe dyskografie Petera Gabriela, The Beatles czy Pink Floyd. 2) Kilka minut muzyki "komercyjnej" na "MC" jest dla Ciebie ważniejsze niż kilkadziesiąt muzyki ewidentnie nieradiowej? 3) Ciekawe, że komercyjnym nie nazwiesz Incommunicado z "Clutching...", rzecz znacznie niższej klasy niż Kayleigh czy Lavender (perełka) 4) gdzieś w latach 60. odkryto - a raczej uświadomiono sobie - że da się połączyć "prawdziwą sztukę" z popularnością /komercyjnością, jeśli wolisz/. Jesteś 40 lat do tyłu. :-P Odpowiedz Link
cze67 Re: Marillion 13.02.06, 10:46 moja ocena (płyty, które znam): - F-M - Script for a Jester's Tear [9/10] Fugazi [8/10] Misplaced Childhood [9/10] Clutching at Straw's [8/10] - H-M - Season's End [6/10] Holidays in Eden [3/10] Afraid of Sunlight [5/10] Marbles [5/10] Odpowiedz Link
ton2 Super Furry Animals? 19.02.06, 22:53 Zaintrygowany dwoma kawalkami w audycji Ilhana, zapytuje o Super Furry Animals. Prawde mowiac wczesniej znalem tylko z nazwy i cos o plycie "Guerilla" slyszalem. Ktos sie podejmie? Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 07:44 dołączam się do prośby. znam jeden album "phantom power" który nawiasem mówiąc fantastyczny jest Odpowiedz Link
pytajnick Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 08:46 SFA dopiero poznaję, ale z tego z czym miałem do czynienia najbardziej spodobało mi się "Rings Around The World" i szczerze polecam - za wartką i zmieniającą się akcję, za melodie, za momentami zaskakujące mieszanie gatunków bez psucia klimatu, za niekiedy wysmakowane aranżacje - obok zupełnie szorstkich brzmień... Jest czego słuchać. Odpowiedz Link
ilhan Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:17 Ja znam więcej niż jedną, ale nie wymiatam aż tak, żeby zrobić klasyfikację. Prawda jest chyba taka, że czego byś nie ruszył, nie możesz zacząć źle. Osobiście sądzę, że na początek powinno się poznać jedną z dwóch pierwszych płyt, bo tam wykluło się to, co dziś przychodzi do głowy kiedy myśli się o SFA: zakręcony gitarowo-syntezatorowy sound, pojechane teksty, zaskakujące zwroty w kompozycjach (było chyba wczoraj słychać jak rozwinęło się "The Mountain People"), no ale przede wszystkim melodie melodie melodie. I puzzle stylistyczne. Zabawa konwencjami. Ciągła. Debiut "Fuzzy Logic" w miarę najspójniejszy z pierwszych trzech. Sporo klimatów glamowych, dużo beztroskiego Blur z kapitalnymi refrenami, hiciorowate "Something 4 The Weekend" albo "Hometown Unicorn", "Mario Man" w klimacie gier video na zmianę z klimatycznymi balladami typu "Gathering Moss". "Radiator" pop przyszłości. Eksperymenty z brzmieniem vs jeszcze lepsze kompozycje niż na "Fuzzy Logic", kwaśne klawisze, taneczność vs melancholia, zawrotne tempo wymiatających półtoraminutowych popowych wymiataczy jak "Torra Fy Ngwallt Yn Hir" (tak, po walijsku) czy "Chupacabras" i epiki, cudowne epiki jak Ludzie Gór albo "Demons". A potem "Guerrilla", a tam eklektyzm do entej potęgi, każdy prawie kawałek w innym stylu i znów ekstra. W "Mwng" się nigdy do końca nie wkręciłem, ale też nie słuchałem tak dużo. "Rings" musiałbym znów posłuchać, a "Love Kraft" zeszłoroczny trzyma klasę, ale już nie jest nawet w połowie tak szalone jak pierwsze rzeczy. No może trochę przesadzam, zrobiłem z nich jakieś mega postaci, którymi do pewnego stopnia jednak są, takie jedyne w swoim rodzaju freaki z własnym światem i choć słychać różne starsze rzeczy w muzyce SFA, to myślę że jednak oryginalne to jest. Odpowiedz Link
ton2 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:32 Well, sam wiec nie wiem, od czego zaczac. Chyba od Love Kraft zaczne, bo juz mam. Moze potem sprobuje ten "Songbook", bo to chyba best of, wiec przekonam sie, co mnie kreci u nich, a co nie. W kazdym razie dzieki za wyczerpujaca odpowiedz. Pozdr Odpowiedz Link
ilhan Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:38 Tak, "Songbook" to bodaj składanka singli. I sprawdź maila :) Odpowiedz Link
ton2 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 22:24 O kur... ka wodna! Niech oni przyjada na Openaira, albo gdziekolwiek. W sensie Futureheadsi. Niezly czad musi byc na koncertach! Wow. Jestem pod wrażeniem. DZIEKI Odpowiedz Link
pszemcio1 EELS 08.03.06, 20:37 1. Absolutnie Beautiful freak - smutne teksty, prosciutkie choć nie takie znowu smutne melodie. depresja podana w taki sposób by się nie łamać Electro shock bleues - temat: śmierć bliskich, stan gdy everything is dying. Plus eksperymenty muzyczne w stylu becka. material podzielony: raz akustyczny raz nowatorski. Ale wszystko to nadal smutne. krótkie , proste piosenki o niespotykanym uroku Blinkin light and other revelations - dwupłytowy kolos tworzony przez lata, dzieło zycia E. niby nic nowego a kawałki dobre jak za najlepszych lat, no i koncept - opus magnum Warto: Saises o Galaxy - dużo nawiązań do tradycji amerykańskich folk-rokowych brzmień. niby wszystko ok, to nadal ten sam E, ale jednak juz nie tak przejmujący. może dlatego ze ten album to bardziej "odżywanie" niz "umieranie" co twórczosci tego Pana chyba nie sluży Souljacker - widzieliście jaką E miał brodę na teledyskach z tej plyty?;) Album nasiaknięty eksperymentami jak nigdy wcześniej . Produkował to John Parish. W tym wszystkim jakby trochę zgubiło się to co najistotniejsze dla twórczosci tego artysty Niekoniecznie Shotenanny - no jakoś nie porywa. oprócz dwóch kapitalnych bluesów, całość stanowią kawałki z serii "to już było tylko lepiej" Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: EELS 08.03.06, 20:40 > Electro shock bleues - oczywiście blues > Saises o Galaxy - Daises Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Madness 09.03.06, 19:12 No w końcu przecież musiałem. Absolutely: Absolutely (1980) - to się nazywa songwriting. Właściwie każdy utwór zamyka w dwuipółminutowej (średni czas trwania utworu na tej płycie) formie wszystko, co trzeba: chwytliwą melodię, inteligentny i zabawny tekst, bogaty aranż, odpowiedni groove i własne brzmienie. Zagadką jest dla mnie wpisywanie Madness w nurt british ska - już na drugiej płycie, czyli tej, słychać generalny zwrot plecami do jamajskich rytmów. Pierwsze pięć tracków to jest najlepsze angielskie granie, jakie w życiu słyszałem, z naciskiem na drugi ("Embarrassment") i trzeci ("E.R.N.I.E."). Niepotrzebne jest tylko sflaczałe boogie "Solid Gone". Seven (1981) - dojrzalszy, jeszcze mniej jamajski (reggae'owy closer "Day on the Town" to jedyna tutaj pozycja na liście numerów inspirowanych Karaibami) album. Wspomniana dojrzałość pozwala tu chłopcom na sieknięcie choćby takiego numeru, jak "Tomorrow's Dream", z harmoniami tak ryzykownymi, że na podstawie zapisu nutowego należałoby stwierdzić, że to jakieś fusion jest. Tylko że Madness podają te wyczesy bez cienia artystowskiego zadęcia, ze swoistym wdziękiem i chuligańsko-komediowym sznytem. Znów najsmaczniejsze dostajemy na początku - pierwsze pół albumu daleko przewyższa drugie pół. W sumie, właśnie "Seven" poleciłbym na początek. Worth checking: One Step Beyond (1979) - tak się to zaczęło. Dobrze się chłopcy bawili, a ta radość poza tym jest zaraźliwa. Kompozycyjnie jeszcze raczkujemy, kopiujemy ograne patenty (większość partii basu jedzie pryma-tercja-kwinta-tercja), ale co za energia i jaki wdzięk! A ile razy zespół porzuca w cholerę amatorskie przyzwyczajenia, tyle razy mamy perełkę - "My Girl", "Bed & Breakfast Man" i szczególnie "In the Middle of the Night" to ścisła czołówka repertuaru zespołu. Wonderful (1999) - z 'okresu popowego' Madness płyta stanowczo najciekawsza. Wysmakowane aranżacje, eleganckie melodie, no ogólnie granie z klasą. Wpadki są dwie - żałosna próba zarania riddimu "The Communicator" i jeszcze bardziej żenująca próba zagrania wodewilu "Drip Fed Fred" z Ianem Dury'm. Pozostała dziewiątka bardzo przyjemnie głaszcze po uchu. Nothing special: The Rise & Fall (1982) - a teraz weźmiemy sekcję smyczkową, perkusjonalistów, dużą sekcję dętą i będziemy następnymi wielkimi mistrzami inteligentnego popu. Chuja. Wyszło trzy razy na trzynaście podejść. Z czego raz wyszło wybitnie - czy jest tu ktoś, kto nie zna "Our House"? Czwarty highlight to bardziej bezkompromisowy, stadionowy "Blue Skinned Beast". Mało. Mało. A (wysublimowane) poczucie humoru, zawsze do tamtej pory obecne na płytach Madness, tu jest raczej wymuszone. Keep Moving (1984) - starzejemy się, ciąg dalszy. Płyta nieco lepsza od "Rise & Fall", tak jak tamta zawiera jeden genialny popowy singiel (ewidentnie zainspirowany ówczesnym smooth jazzem, najprawdopodobniej Sade, "One Better Day"), ale w odróżnieniu od tamtej reszta materiału wydaje się równiejsza i nie próbuje na siłę forsować wariactw. Chłopcy nie są już rudeboys. Chłopcy dorośli. W sumie można by umieścić ten album kategorię wyżej. Dangermen Sessions (2005) - album z coverami. Nie trzeba było wielkiego proroka, żeby wróżyć przeciętniactwo. Oddajmy sprawiedliwość, że nie są to covery złotych przebojów (poza kinksową "Lolą", nota bene udana przeróbka, co mnie nieco zaskoczyło), więc trudno gościom zarzucić koniunkturalizm. Avoid like a plague: Mad Not Mad (1985) - kwas stworzony po odejściu głównego kompozytora, pianisty Mike'a Barsona. Niby w Madness zawsze komponowali wszyscy, ale tu i reszta zespołu ma jakby czkawkę. Album gładki do granic możliwości i bez hooków - no nie, po prostu nie. Co ciekawe, wydany zaraz po tym albumie pożegnalny singiel (na "Mad Not Mad" nie uwzględniony) "Waiting for the Ghost Train" jest kapitalny. Może była jednak jakaś iskierka nadziei na przetrwanie z klasą? Nieistotne. Odpowiedz Link
ilhan Re: Madness 09.03.06, 20:01 No to kozacko, że znam dwie najlepsze, a z pozostałych prawie wszystkie highlighty (czyt.: single) :) Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Specials? 05.04.06, 17:04 > no to Specials musi być także!!! Dla mnie sprawa prosta - obowiązkowo dwie pierwsze, można na własne ryzyko trzecią (po odejściu Halla), nie ruszać pod żadnym pozorem płyt powstałych w latach 90 (i później?... nie daj Boże?...). Odpowiedz Link
ilhan Re: Madness 10.03.06, 11:47 glebogryzarka1 napisał: > Absolutely (1980) - Pierwsze pięć tracków to jest najlepsze > angielskie granie, jakie w życiu słyszałem, z naciskiem na drugi > ("Embarrassment") i trzeci ("E.R.N.I.E."). Sobie wczoraj przypomniałem dwa razy pierwsze pięć tracków na dobranoc i rzeczywiście (szczególnie pierwsze cztery) cieszą bardzo. Chyba wezmę w niedzielę na nocną zmianę w cukierni puścić chłopakom. Odpowiedz Link
ktmajcher Levellers 01.06.06, 21:29 niewiele o nich wiem, a własciwie nic, znam tylko jeden kawałek What a beautiful day, który moge śmiało postawić obok Fisherman's Blues Waterboys, czyli i gitarka i skrzypce, charakterystyczny głos, skoczna melodia, itp pytam się zatem o najbardziej ich reprezentatywne dokonania, i na której płycie jest What a beautiful day Odpowiedz Link
ilhan Re: Levellers 01.06.06, 21:31 ktmajcher napisał: > niewiele o nich wiem, a własciwie nic, znam tylko jeden kawałek What a > beautiful day, który moge śmiało postawić obok Fisherman's Blues Waterboys, > czyli i gitarka i skrzypce, charakterystyczny głos, skoczna melodia, itp > pytam się zatem o najbardziej ich reprezentatywne dokonania, i na której płycie > > jest What a beautiful day "Mouth To Mouth". Fani nie uznają jej za kluczową. Ja kiedyś kupiłem i słuchało się bardzo ok. Inna sprawa, że nie wracam. Odpowiedz Link
glebogryzarka1 Re: Levellers 01.06.06, 21:50 Kurde, po tytule posta myślałem, że ktoś pokusił się o rozpisanie Levellers. Których bardzo bardzo lubiłem, ale moje bycie fanem skończyło się po "Zeitgeist" (ale nie z powodu, tylko właśnie po :>). Odpowiedz Link
cze67 Curve poproszę 22.06.06, 09:57 ...i czy warto płytę Gift nabyć (jest na Allegro aktualnie). Odpowiedz Link
ton2 Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 21:35 Ktoś się podejmie? Dopiero niedawno poznalem "There Is Nothing Wrong In Love" BTS i "Submarine Bells" The Chills - jaram sie i chce wiecej. Jakies wskazowki? Odpowiedz Link
ilhan Re: Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 22:57 ton2 napisał: > Ktoś się podejmie? Dopiero niedawno poznalem "There Is Nothing Wrong In Love" > BTS i "Submarine Bells" The Chills - jaram sie i chce wiecej. Jakies wskazowki? Chyba lepiej byś zrobił zakładając im wątki :) BTS - "Keep It Like A Secret" dla piosenek, "Perfect From Now On" dla eksperymentów. Chills - składanka wczesnych singli i epek "Kaleidoscope World". Odpowiedz Link
ton2 Re: Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 23:40 Dzieki! Keep It Like A Secret wlasnie sie sciagnelo, a The Chills poszukam jeszcze bo na razie dupa. A z tymi watkami to ja taki wstydliwy jestem, wiec wole tak. Pozdro! Odpowiedz Link
ton2 David Bowie? 06.02.07, 16:33 Może ja cos dzis nie kumam i nie ogarniam forum, ale jak to sie stalo, ze w tak istotnym watku nie ma jeszcze Davida Bowie. Ktoś się podejmie? Proszę? Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:39 Hmm, ja coś niby takiego robiłam na inne forum. Więc mogę tu wrzucić, tylko zastrzegam - materiał jest bardzo obszerny, a ze względu na moją amtorszczyznę pewnie dość dyskusyjny. Ale słuzę. Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:47 KONIECZNIE: The Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders From Mars (1972) – Androgeniczny przybysz z Kosmosu, który spadł na Ziemię, aby ocalić ludzkość przed zagładą, a skończył niszcząc samego siebie. Płyta to studium metamorfozy Ziggy’ego, istoty niewinnej, nieśmiałej i delikatnej, która w wielkomiejskiej rzeczywistości lat 70-tych zatraciła siebie, poddając się destrukcyjnej mocy hedonizmu. A wszystko to zostało okraszone blichtrem, teatralnością, stąpaniem po krawędzi szaleństwa, estetyką kiczu – jako tą inną, campową, wrażliwością. Całość zaśpiewana charakterystyczną alienowsko-gejowską manierą pełną rozpaczliwości i rozdarcia. Jeśli chce się coś wiedzieć o Bowiem, trzeba znać ten krążek. Bo muzyka to nie tylko dźwięki, to również cała otoczka, teatr, maska, styl życia. Glamrockowy album wszech czasów. Low (1977) – pierwsza płyta z tzw. trylogii berlińskiej nagranej razem z Brianem Eno, królem ambientu. Low poraża awangardowością – eksperymentatorska natura dwóch osobowości zaowocowała albumem pełnym chłodu, podzielonym na dwie części: kompozycje z wokalem i utwory instrumentalne. Nawet jeśli Station to Station było zapowiedzią obierania przez Bowiego nowego kursu, nikt nie spodziewał się płyty tak silnie inspirowanej krautrockiem. Zimna, elektroniczna aranżacja, dynamiczna sekcja rytmiczna, przeszywająca gitara. Kakofonia dźwięków zestawiona ze stonowanym wokalem(wyważone wyciąganie gór lub też wyciszanie lub tłumienie głosu kiedy trzeba), wręcz minimalistycznym jak na Bowiego. Przegiętego Ziggy’ego, aroganckiego Thin White Duke’a zastąpił bohater dekadencki, zamknięty w sobie, przerażony rzeczywistością. Pojawia się też akcent polski – utwór ‘Warszawa’, który powstał w głowie Bowiego podczas przypadkowego postoju w PRL-owskiej stolicy. Od tej kompozycji wywodziła się pierwotna nazwa Joy Division. Ale któż nie zna tej legendy? Nie mam pojęcia, w jakie słowa ubrać wrażenia ze słuchania tej płyty. Porażająca? To za mało powiedziane, bo to co się dzieje w utworach takich jak „Always Crashing In the Same Car”, „What In the World” albo „Be my wife” jest niewiarygodne. „Low” to klasyka absolutna. Moja ulubiona płyta Davida. 11/10 "Heroes" (1977) – Nie sposób zrozumieć „Heroes” bez znajomości Low. Ta płyta jest chyba jeszcze trudniejsza w odbiorze. Więcej tu surowości w dźwiękach, jakiejś klaustrofobicznej atmosfery ponurego, podzielonego murem Berlina. Niepokojące melodie przeplatają się ze spokojniejszymi, refleksyjnymi, podobnie jeśli chodzi o instrumentarium: saksofon, fortepian, syntezatory mieszają się z gitarą elektryczną, a gdzie indziej pojawia się japońskie koto. O ile na „Low” dominował niepokój, tu z mroku wyłania się nadzieja w postaci jednego z największych przebojów Bowiego „Heroes”. Hunky Dory (1971) – czwarty album Bowiego, na którym chyba w końcu odnalazł swoją drogę. Od folkowego grania, przez wyrastający z Led Zeppelin niemalże hard rock na „The man who sold the World”, dotarł do Hunky Dory, gdzie wykorzystuje wszystkie swoje zalety. Tworzy muzykę rockową, ale zagraną na swój własny, niepowtarzalny sposób: słychać tu wczesnofolkowe i akustyczne inspiracje, ale łączy je z elementami aktorstwa i manierycznością głosu ocierającego się o rozpacz i tęsknotę. Pojawiają się tu kamienie milowe w twórczości Bowiego: przebojowe „Changes”, oparte na partiach fortepianu „Oh, You Pretty Things” i przede wszystkim jedna z najlepszych kompozycji Dave’a - orkiestrowe „Life on Mars?”. To także hołd złożony dla artystów: „Song for Bob Dylan”, „Andy Warhol” (ponoć Warhol wizyty w czasie sesji zapytany, co o nim myśli, odpowiedział Masz świetne buty, David.; piosenka też jest świetna) oraz „Queen Bitch” nawiązujące do twórczości The Velvet Underground. Station To Station (1976) – The return of the Thin White Duke throwing darts in lovers’ eyes… To kolejna metamorfoza Davida Bowiego. Z biseksualnego kosmity Ziggy’ego Stardusta przeistoczył się w arystokratycznego, aroganckiego, ogarniętego chorobą dekadencji Szczupłego Białego Księcia, pozornie doskonale czującego się na 'salonach' i w towarzystwie różnych osobliwości lat 70., a w rzeczywistości jednak nie mającego nic wspólnego z towarzystwem, o którego względy zabiega. Biały Książę jest w istocie osobą szalenie nieprzystosowaną, odstającą, przesadnie autorefleksyjną i autoironiczną. A przede wszystkim beznadziejnie uzależnioną od narkotyków. „Station to Station” powstało w największym kokainowym ciągu Bowiego. I to się tutaj czuje – każdy utwór jest jak wciągnięcie kolejnej kreski - wyczerpanie nocnym stylem życia, a zarazem niemożność przestania, narastająca wewnętrzna izolacja, uczucie pustki. Zwłaszcza w piosence tytułowej – nie ma tu ani jednego niepotrzebnego dźwięku, ani jednego zbędnego słowa. Niekonwencjonalna muzyka taneczna i inteligentne teksty. Nie można tego ominąć. Lodger (1979) – trzecią część wydawnictwa berlińskiego. Pozycja niestety traci coś z klimatu „Low” i „Heroes”. Płyta jest nierówna zarówno jakościowo jak i kompozycyjnie. Surowe utwory mieszają się tu z brzmieniami nietypowymi, inspirowanymi muzyką świata, coś jak późniejszy Peter Gabriel. Ogólnie jest bardzo ciekawie, sporo dysonansów i udziwnień, a to za sprawą doskonałych muzyków, którzy wzięli udział w sesji. Pojawia się kilka perełek: Boys Keep Swinging zainspirowane wizytą w londyńskim klubie dla homoseksualistów, Look Back In Anger czy Red Money z niesamowitą partią basu. Trzeba znać nie tylko ze względu, że jest to zwieńczenie legendarnej trylogii berlińskiej, ale jest to po prostu cholernie dobra, a zarazem dziwaczna, płyta. Scary Monsters... And Super Creeps (1980) – po eksperymentalnych i trudnych albumach trylogii berlińskiej Bowie udał się w rejony odrobinę przystępniejsze słuchaczom. Scary Monsters to bardzo niejednolite brzmienie, pełne rozmaitych pomysłów aranżacyjnych. Od „Up The Hill Backwards” nasuwającego luźne skojarzenia z „Solsbury Hill” Petera Gabriela po funkujące „Ashes to Ashes” (obalające mit Majora Toma) i „Fashion”. A w międzyczasie pojawia się jeszcze cover Toma Verlaine’a i trochę Stewartowskie „Because You’re Young” z Pete’em Townshendem na gitarze. Różnorodna i porywająca płyta. * Best of Bowie (2002) – 2 cd – zdaję sobie sprawę, że ogarnąć Bowiego to wyzwanie prawie że nadludzkie (może nie tak jak prześledzenie dyskografii Franka Zappy, ale również pochłaniające). Dlatego na początek można zapoznać się z tym wydawnictwem. To wybór ważniejszych utworów ułożonych w kolejności chronologicznej. Jasne, jak to w przypadku takich płyta bywa, dobór niektórych piosenek może być dyskusyjny. Kilku rzeczy brakuje, ale mimo to słucha się tego fantastycznie i jest to jakiś sposób na próbę całościowego spojrzenia na Bowiego i zrozumienia jego mitu. WARTO: Aladdin Sane (1973) – po oszałamiającym sukcesie płyty „Ziggy Stardust” Bowie miał status supergwiazdy. Mógł pójść za ciosem i nagrać nawet słabszą kopię „The Rise and Fall of…” a i tak pozostałby na zawsze królem glam rocka, który zdetronizował samego Marka Bolana. Ale Bowie postanowił wyjść poza ramy czystego glamu, urozmaicając go jazzującymi partiami fortepianu i rhytm'n'bluesowym feelingiem. Bowie bawi się tu formą, penetruje różne rejony – bo jak np. porównać bardzo teatralne, ocierające się o patos „Time” (polecam!) z hałaśliwym „Watch the man̶ Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:48 Warto c.d. Outside (1995) – to powrót do współpracy z Brianem Eno. Bowie po raz kolejny tworzy jakiś własny świat. Wciela się w postać nowojorskiego detektywa, Nathana Adlera, który ma rozwikłać zagadkę śmierci niejakiej Baby Grace. To płyta schizofreniczna, piosenki są śpiewane z perspektywy różnych osobliwych bohaterów: awangardowego artysty Minotaura, Leona Blanka czy Ramony, a wszystkie te historie i wątki przeplatają się z monologami Adlera. Jest to płyta niesamowicie zagrana – pełna niepokojących dźwięków (Heart’s filthy lesson!), ocierająca się o improwizację jazzującą (A Small Plot of Land), a nawet o rave (Hello Spaceboy). Album zdecydowanie godny uwagi, a jedyną jego wadą jest chyba tylko to, że jest odrobinę za długi, co prowadzi do pewnego rozmycia. No cóż, ale taka historia wymaga epickiej formy. Stage (1978) – dwupłytowy album dokumentujący dwa koncerty z Filadelfii z kwietnia 1978 roku. Świetna produkcja Tony’ego Viscontiego nadaje nowy wymiar w dziedzinie wydawnictw koncertowych. Materiał to przede wszystkim utwory z płyt „Ziggy Stardust”, „Low” i Heroes”. Wszystko brzmi fantastycznie, a highlighty w postaci „Station to Station” powalają na kolana. Earthling (1997) – po raz kolejny ujawniła się odwaga Bowiego. Totalny eksperyment z muzyką, z którą wcześniej nie miał do czynienia. Wizja muzyki jungle w oczach Bowiego: bębny, basy, industrialne brzmienia i mocna gitara. A co najważniejsze, mimo tak radykalnej muzycznie zmiany udało się mu zachować własne, niepowtarzalne oblicze, głównie za sprawą tego smutnego i melancholijnego głosu. Hipnotyzujące „Seven Years in Tibet”, połamane „Little Wonder”, najbardziej eksperymentalne z całej płyty „Telling Lies” to zdecydowanie mocne punkty. Nowy image, nowa muzyka, Bowie potrafi się odnaleźć w każdej epoce i zaproponować coś najwyższej jakości. Eksperyment udany. Reality (2003) – warto posłuchać z kilku względów. Po pierwsze, żeby sprawdzić, co też ostatnimi czasy nagrywa Bowie. Po drugie, ponieważ jest to bardzo solidna płyta artysty, który nie musi już nic nikomu udowadniać. To taka trochę postmodernistyczna mieszanka, bo mamy tu rockowe wymiatacze – New Killer Star czy Pablo Picasso (cover the modern lovers) obok nastrojowych, nieco smutnych The Loneliest Guy i Try some, buy some McCartneya. Ale prawdziwe uderzenie to dopiero hipnotyzujące „Looking for water” i zamykające płytę, prawie ośmiominutowe „Bring me a disco king”. Na płycie czuć też nawiązania do wrześniowych wydarzeń z 2001 r. To w ogóle z jednej strony osobisty album, z drugiej bardzo nowojorski. Polecam. Heathen (2002) – mam pewien problem z tą płytą. Z jednej strony niesamowicie ją cenię za dojrzałość, za intelektualne momentami teksty stanowiące przemyślenia nad kondycją świata i człowieka. Uwielbiam, jak Bowie roztacza takie wizje. Z drugiej jednak strony ta płyta jest trochę nierówna muzycznie. Ma rewelacyjny początek (zwłaszcza ‘Sunday’ oraz przeszywający cover Pixies ‘Cactus’) i doskonałą końcówkę (z wyjątkiem „everybody says ‘hi’”). Natomiast środek płyty wydaje się jakiś nieco mglisty, taki ulotny, nie do końca przykuwający uwagę. Niewątpliwą zaletą jest rewelacyjne brzmienie tej płyty (Tony Visconti jest po prostu mistrzem), krystaliczność dźwięku, niesamowita perkusja i bas, a na gitarach pojawiają się gościnnie Pete Townshend i Dave Grohl. Mimo kilku wad zdecydowanie warto posłuchać „Heathen”, bo Bowie to człowiek, która ma jednak wiele ciekawych refleksji do przekazania. Let's Dance (1983) – niektórzy podchodzą do tego albumu z lekkim dystansem. Pop jest taki pospolity, taki egalitarny. Każdy może grać pop. Ale grać inteligentny pop potrafi już niewielu. Dlatego „Let’s Dance” jest dla mnie w tych rejonach arcydziełem. „China Girl” i tytułowe „Let’s Dance” (wersja płytowa jest nieco bardziej rozbudowana od singlowej) ocierają się wręcz o geniusz. Porywa również otwierające Modern Love z bardzo dynamiczną sekcją rytmiczną. Dla mnie klasyka lat 80-tych. Mówcie, co chcecie, ja uwielbiam ten album. Black Tie White Noise (1993) – po nieudanej drugiej połowie lat 80-tych i niezbyt ciekawym projekcie, jakim były dwa albumy nagrane pod szyldem zespołu Tin Machine, Bowie wrócił w zaskakująco dobrej formie. Przede wszystkim popowo- funkująco-jazzowa stylistyka nie stroniąca od sampli i loopów brzmi tu bardzo nowocześnie. Fantastycznie wypadają też partie saksofonu, zwłaszcza w kapitalnym Jump they say. Rewelacyjne jest Pallas Atena utrzymane w niepokojącym klimacie, przebojowe Miracle Goodnight i przestrzenne Nite flights czy Miles’owe Looking for Lester. W ogóle dużo jest mocnych momentów. Wielka szkoda, że Bowie na siłę próbował uciekać od etykiety taneczności i utwór „Lucy Can’t Dance” znalazł się na albumie tylko jako bonus. Niebanalna płyta. MOŻNA: Diamond Dogs (1974) – Bowie najwyraźniej lubi wchodzić w rolę artysty-proroka. Płyta powstała m.in. pod wpływem lektury „1984” Orwella i „Wild Boys” Burroughsa, dlatego też przepełniona jest wstrząsającymi i ponurymi wizjami. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną bywa niestety różnie. Porywa 8-minutowy fragment trzech następujących po sobie kompozycji: Sweet Head, Candidate i Sweet Head (reprise). Po nich wchodzi Rebel Rebel z jednym z najlepszych riffów gitarowych. I to są chyba najlepsze momenty tego wydawnictwa. W całość trzeba się jednak mocno wczuć, wówczas urzeknie ciekawy pejzaż wielkiego miasta, z jego mrocznymi zaułkami. Jeśli poczuje się klimat, może się spodobać. Pinups (1973) – Nie ma tu ani jednej autorskiej kompozycji Bowiego. To zbiór interpretacji klasycznych już utworów, jak to określił Bowie: „płyta ta przedstawia mój Londyn z lat 1964-1967”. Pojawiają się tu m.in. covery „I can’t explain” The Who, fenomenalne „See Emily Play” Pink Floydów, ciekawie wypada też “Friday On My Mind” The Easybeats czy bardzo udana wersja trochę zapomnianego “Sorrow”. Oględnie mówiąc, płyta perfekcyjnie zaśpiewana, dobrze zaaranżowana z kilkoma ciekawymi pomysłami. No i ostatni raz grają tu razem Pająki z Marsa. The Man Who Sold The World (1970) – ja ten album traktuję trochę jak ciekawostkę – pewien etap rozwoju Bowiego. Hard rock zdecydowanie nie jest moją stylistyką. Jak się okazało Bowiego chyba również. Jest tu kilka znakomitych utworów: The Width Of A Circle, All the Madmen, The Supermen i przede wszystkim The man who sold the world. Reszta mnie nie rusza. 'hours...' (1999) – Przeciętność – to słowo nasuwa mi się na opisanie tej płytki. Brak tu chwytliwych , zaskakujących melodii, coś z przeboju ma chyba tylko „Thursday’s child”, które jest zarazem najlepszą kompozycją albumu. Tematycznie: przemijanie, samotność, utrata bliskich. Warstwa liryczna zdecydowanie na plus. Poza kilkoma naprawdę ładnymi momentami niestety wieje nudą. Pozycja raczej dla fanów. Space Oddity (1969) - słychać, że płyta jest autorstwa jeszcze niedojrzałego artysty, ale bardzo kreatywnego i poszukującego. To zapowiedź Bowiego, który będzie stąpał po cienkiej granicy pomiędzy pastiszem a prawdziwym rock’n’rollem, Bowiego eksperymentującego i zawsze odstającego od reszty. Szkoda, że nie ma tu więcej tak dobrych piosenek jak „Memory of free Festival” (to z tego utworu Myslovitz zaczerpnęło tytuł albumu „Sun Machine”). Za to jest jedna z najlepszych kompozycji wszech czasów – Space Oddity. Young Americans (1975) Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:49 Young Americans (1975) – Bowie znudzony rock’n’rollem, który jawił mu się jako nurt wypalony i nie wnoszący już nic nowego do muzyki rozrywkowej, został oczarowany przez filadelfijską odmianę soulu. Z owej fascynacji zrodziła się płyta pełna gospelowych chórów, fundujących gitar, rytmicznej perkusji, zaśpiewana bujającym, bezpretensjonalnym głosem. Przy albumie współpracował sam John Lennon, a z kolaboracji zrodziło się rewelacyjne „Fame” oraz nowa wersja „Across the Universe”. W sumie chwilami bywa bardzo fajnie. 7/10 NIEKONIECZNIE (ale mimo wszystko szkoda nie znać) Tonight (1984) – o ile na Let’s Dance romans z muzyką taneczną wypadał interesująco, o tyle tu chyba pomysły się skończyły. Płyta jest chaotyczna, niewiele tu do siebie pasuje. Co ciekawe utwór ‘Tonight’ napisany przez Bowiego dla Iggy’ego Popa w wykonaniu autora, co gorsza w duecie z Tiną Turner, brzmi wyjątkowo nieudanie. Oczywiście, jak na ironię losu, stał się jednym z większych przebojów Dave’a. Jest tu jeszcze jedna piosenka z repertuaru Popa - Neighbourhood Threat. Bowie do dziś nie może się pogodzić, że tak zmasakrował tę kompozycję. Poza Loving The Alien i Blue Jean nie ma tu nic godnego uwagi. Europejska wersja reggae i muzyka disco lat 80-tych to nie jest najlepsze połączenie. Raczej omijać. Never Let Me Down (1987) – naprawdę trudno mi znaleźć cokolwiek na obronę tej płyty. Powiedzieć, że jest nienajlepsza, to byłby komplement. Brak pomysłu na muzykę, fatalna produkcja zaprzepaściły pewien potencjał tkwiący w kilku tekstach. Jeszcze dwa pierwsze utwory i kawałek tytułowy brzmią całkiem ciekawie, ale potem jest już tylko coraz tragiczniej, aż do najgorszej zamykającej piosenki Bowiego „Bang Bang”. Mnie to zabiło. Jak dobrze, że tak trudno dotrwać do końca tego albumu. David Live (1974) – 2cd – Kultowość postaci Ziggy’ego Stardusta w pewnym momencie przerosła Bowiego. Kim był Bowie, a kim był Ziggy? Schizofreniczność tamtego okresu, nienajlepsze przyjęcie „Diamond Dogs” doprowadziły go do skraju załamania. Dokumentacją rozpaczliwej próby zerwania z rock’n’rollowym wizerunkiem jest zapis dwóch koncertów z Filadelfii. Nawet energetyczne, glamowe wymiatacze jak Rebel Rebel czy Suffragette City zostały tu zagrane na soulową modłę. Można posłuchać z ciekawości, ale brzmi to dziwnie, męcząco i odpychająco. David Bowie (1967) – Jeśli według Borrella, w porównaniu z albumem Razorlight, Dylan robi frytki, a on pije szampana, to Bowie z debiutem może chyba już tylko roznosić gazety. Pierwsza płyta Bowiego to dość nietypowa produkcja. Wyrosła z młodzieńczej fascynacji dokonaniami popularnego w latach 60-tych śpiewającego aktora Anthony'ego Newleya. Utrzymana jest w klimacie kabaretowym - proste melodie, humorystyczne teksty. Niby jest to na swój sposób urzekające, ale dla kogoś nie będącego fanatykiem Davida, to pozycja co najmniej kuriozalna. Tin Machine (1989), Tin Machine II (1991) – te dwie płyty to realizacja marzenia Bowiego o graniu w regularnej kapeli. Do współpracy zaprosił byłych muzyków Iggy’ego Popa. Dziwne są to płyty, takie mocno rockowe, ale pozbawione świeżości, uciekającego od wyraźnej melodii. Można wyłowić kilka niezłych piosenek, ale ogólnie nie mam serca do tych płyt. Jeśli ktoś zechce się brać za te albumy, to ten z 89 roku jest nieco lepszy. Poza bogatą dyskografią studyjną i koncertową Bowie jest też autorem lub współautorem wielu soundtracków. Warto m.in. zapoznać się z The Buddha of Suburbia (1993) i Labirynt (1986) Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:51 edit: ucięło Alladin Sane, więc wrzucam jeszcze raz: Aladdin Sane (1973) – po oszałamiającym sukcesie płyty „Ziggy Stardust” Bowie miał status supergwiazdy. Mógł pójść za ciosem i nagrać nawet słabszą kopię „The Rise and Fall of…” a i tak pozostałby na zawsze królem glam rocka, który zdetronizował samego Marka Bolana. Ale Bowie postanowił wyjść poza ramy czystego glamu, urozmaicając go jazzującymi partiami fortepianu i rhytm'n'bluesowym feelingiem. Bowie bawi się tu formą, penetruje różne rejony – bo jak np. porównać bardzo teatralne, ocierające się o patos „Time” (polecam!) z hałaśliwym „Watch the man” (nota bene chyba najsłabszym w zestawie)? Chwilami płyta ociera się nawet o stonesowskie klimaty, a przy okazji pojawia cię ciekawy cover The Rolling Stones „Let’s spend the night together”. Na szczególna uwagę zasługuje jednak przede wszystkim utwór tytułowy – kosmos, można odpłynąć. Postać Alladina jest poniekąd kontynuacją Ziggy’ego. W ogóle ta płyta jest manifestacją jego ówczesnych nastrojów: tj. przerażającej wizji bycia niewolnikiem postaci, którą sam stworzył. No i ten autoironiczny tytuł czytany na inny sposób: A lad insane. Przyznam, że na początku nie doceniłam należnie tej płyty, ale po każdym następnym przesłuchaniu robi się coraz bardziej niesamowita. Najchętniej wrzuciłabym ją do „koniecznie”, ale nie chcę przeginać. Odpowiedz Link
marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 17:10 Nie ma sprawy. ;) To taka moja subiektywna interpretacja Bowiego, choć chyba w dużej mierze pokrywa się z powszechnymi opiniami. Tak sobie to teraz przejrzałam i, o rany, trochę tam literówek ('fundujące' zamiast 'funkujące':|). Odpowiedz Link
cze67 Re: David Bowie? 07.02.07, 09:20 Muszę się niestety zgodzić z Twoją oceną płyty David Live. Nabyłem na przecenie, nic nie wiedząc o krążku, ale mając nadzieję, że jakość jest gwarantowana. No i niestety spotkał mnie duży zawód. Ja też dziękuję za kompendium na temat Davida. Szacun. Odpowiedz Link
swagger dead can dance? 17.03.07, 15:29 Poznaję właśnie "Spiritchaser". Co z wcześniejszych dokonań polecacie? Odpowiedz Link
pytajnick Re: dead can dance? 17.03.07, 15:53 swagger napisał: > Poznaję właśnie "Spiritchaser". Co z wcześniejszych dokonań polecacie? Uśredniając, to chyba obok "Spiritchasera" najbardziej znane, lubiane i cenione są "Within the Realm of a Dying Sun" i "Into the Labyrinth", więc bezpiecznie będzie iść tym śladem. Acz przygotuj się, że "Spiritchaser" to jest w pewnym sensie płyta wyjątkowa w dyskografii DCD, nagrana w nieco innym duchu i w innych czasach. Ja mam słabość do mniej znanego "Aiona", ale to z pewnych specyficznych względów. Zresztą, konkretniej DCD nie słuchałem już chyba z 8 lat... (acz tegoroczny "Best of" Lisy Gerrard był jakimś chwilowym powrotem do tych klimatów) Odpowiedz Link
cze67 Re: dead can dance? 19.03.07, 09:26 Spiritchaser jest inspirowany muzyką Afrykańską. Pamiętam, że ta płyta (słuchałem zarac po wydaniu) niezbyt mi weszła. Osobiście preferuję te, gdzie słychać motywy zaczerpnięte ze średniowiecza, czyli wymieniony przez pytajnicka Aion i The Serpent Egg. Odpowiedz Link
asagiri Coldplay 17.03.07, 16:19 1.koniecznie Parachutes. spokojna, śliczna kompozycja. malownicza taka ;) (10/10) 2.naprawdę warto X&Y. dwa albo trzy radiowe przeboje, ale mimo to zachowany duch zespołu. (8/10) 3.dla tych, co lubią A Rush of Blood to the Head. zawiera chyba najbardziej znany utwór Coldplay, In My Place. ale, jak w temacie, trzeba lubić, to i płytę się polubi. Odpowiedz Link
andrzej43 The Kinks 14.06.07, 10:20 Koniecznie: The Kinks Are the Village Green Preservation Society- moja płyta stulecia Arthur (Or the Decline and Fall of the British Empire) Something Else by the Kinks Face to Face Warto: Lola versus Powerman and the Moneygoround, Part One Muswell Hillbillies The Great Lost Kinks Album The Kink Kontroversy Debiut(dla fanów Please Please Me): You Really Got Me Kinda Kinks Raczej nie warto: albumy od 1972 *wyjątki Low Budget Give the People What They Want Odpowiedz Link
janek0 Re: The Kinks 14.06.07, 10:41 andrzej43 napisał: > Koniecznie: O ! Zgadzam się z rekomendacjami kolegi stuprocentowo, zwłaszcza z pierwszymi dwiema. Odpowiedz Link
sefdzi Focus 05.08.07, 00:30 A ja odgrzebałem po latach taki zespół Płyta numer 2 i 3 znakomite, pozostałem kiepskie... Odpowiedz Link
simek90 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 07.08.07, 11:44 nie znalazłem Rage Against the Machine, można prosić? To tylko 4 płyty, ale chciałbym się troche zorientować... Odpowiedz Link
cze67 RATM 13.08.07, 09:15 Obowiązkowo: - pierwsza Warto: - wszystkie pozostałe :-) No tak, jak dla mnie każda płyta tego zespołu warta jest poznania, w tym koncertowa i ta z kowerami (Renegades). Odpowiedz Link
cze67 Re: RATM 13.08.07, 11:45 Zresztą, podobne pytanie sam kiedyś zadałem. I powstał ten wątek: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=35305246&a=35305246 Odpowiedz Link
cze67 Re: Paul Mccartney - kto się podejmnie ? 29.04.08, 12:06 Eeeech, trochę to trwało, zapoznałem się, acz nie ukrywam nieco pobieżnie, z dokonaniem Makki. I nadal uważam, że obowiązkowo trzeba znać Band On The Run i Tug Of War, bronią się jako całość. Warte uwagi są też albumy Wenus and Mars, niejako przedłużenie BOTR i Pipes Of Peace (to z kolei kontynuacja TOW, Steve Wondera jako partnera Paula w dwóch utworach zastąpił Michael Jackson). Reszta jako całość się nie broni, są genialne rodzynki jak Maybe I'm Amazed, Moonkberry Moon Delight czy Coming Up, ale większość to takie sobie wypełniacze. Odpowiedz Link
cze67 A tak poza wszystkim... 29.04.08, 12:18 ...to kurcze, ten wątek ma już prawie cztery lata. Chyba rekord czy cuś... Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: Paul Mccartney - kto się podejmnie ? 08.09.09, 13:31 ze67 napisał: > Eeeech, trochę to trwało, zapoznałem się, acz nie ukrywam nieco > pobieżnie, z dokonaniem Makki. I nadal uważam, że obowiązkowo trzeba > znać Band On The Run i Tug Of War sorry ze się po takim czasie czepiam ale RAM!!!!! Odpowiedz Link
ton2 Arthur Russell anyone? 16.01.08, 14:19 Znam tylko Another Thought no i wlasnie wydane Four Songs by Arthur Russell z coverami min. Jensa Lekmana i Victorii Bergsman z The Concretes. Jakies sugestie? World of Echo? Odpowiedz Link
bartosz.sz THE WHO 22.04.09, 14:01 Trzeba: 1. The Who Sell Out (10/10) 2. Tommy (8/10) 3. Live at Leeds (9/10) 4. Quadrophenia (10/10) Warto: 1. My generation (7/10) 2. Who's Next (7/10) Mozna: pozostale Odpowiedz Link
thehollowman James 22.08.09, 20:42 czy mógłbym prosić o jakieś sugestie james - w czołówce rankingu najbardziej niewdzięczne słowo dla wyszukiwarek M. Odpowiedz Link
nefil Re: James 22.08.09, 21:00 thehollowman napisał: > james - w czołówce rankingu najbardziej niewdzięczne słowo dla > wyszukiwarek > M. Polecam płytę "Pleased to meet you". Swojego czasu najbardziej zajechany album w moim odtwarzaczu. Perełka. Natomiast ostatnia płyta po dwóch przesłuchaniach została zdelatowana. Odpowiedz Link
thehollowman Re: James 18.09.09, 00:26 może ktoś jeszcze coś doradzi, bo sprawa ma się tak, że otwarłem wraz z K. na dobre butelkę z rocznika 1996 o wdzięcznej nazwie "Booth and the Bad Angel", mieliśmy ją od jakiegoś czasu,ale teraz mamy wspólnie taką jazdę na tę płytkę, że mam po prostu zielone światło - KUPUJ JAMES'A, i przy okazji jak oceniacie drugiego Booth'a "Bone" Odpowiedz Link
pszemcio1 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 08.09.09, 12:49 czy warto zakupic po okazyjnej cenie 3 pierwsze albumy Dodgy? Klimat na pewno mi bliski , ale do albumów nigdy nie dotarłem. Odpowiedz Link