Dodaj do ulubionych

Polecamy, radzimy, ostrzegamy

    • hongkonggarden Electro-pop 09.11.05, 22:34
      Ponizej plyty, ktore polecam z bardzo szeroko rozumianego nurtu "electro-pop".
      Plus skladanka moich ulubionych utworow electro-popowych.

      ______________________________________________________________

      Somehow we drifted off too far
      Communicate like distant stars
      Splintered voices down the 'phone
      The sunlit dust, the smell of roses drifts, oh no
      Someone waits behind the door
      Hiroshima mon amour
      ______________________________________________________________

      Co to jest: electro-pop? Dla mnie to samotne spacery zlocista jesienią,
      beznadziejnie romantyczny szum morskich fal, pozolkle liscie niesione
      wiatrem, ulotne chwile spedzone z ukochaną osoba, zwlaszcza te zapomniane.
      Somehow we drifted off too far, communicate like distant stars... Koniecznie
      w potokach deszczu, przerywanych burzą z piorunami.

      Cala historia z electro-popem sprowadza sie do pytania: czy w instrumenty,
      szczegolnie te elektroniczne, mozna tchnąć zycie? I poruszyc czlowieka do
      glebi, za pomocą najprostszych srodkow? Ze wszystkimi emocjami, uczuciami,
      bolem i cierpieniem, patosem 1000 ton? Hiroszima moja milość, mozna.

      Jak to sie zaczelo? Pierwszy syntezator, "Teleharmonia", wazacy 7 ton,
      powstal w 1897 roku. A electro-pop? Czasy, kiedy syntezatory byly
      syntezatorami, jak mawial Beksinski? Jedni mowią, ze to pierwsze klasyczne
      plyty Wondera, 'Music Of My Mind' przykladowo. Ryzykowna teoria, ale mocna -
      okrzyk Wondera "Links!" juz na samym, rewolucyjnym poczatku tej plyty
      faktycznie zwiastuje "cos" nowego. Inni, ze to pierwsze koncerty Alana Vegi
      (Suicide), jakby wziete z innego swiata. Niewazne. Dzisiaj mozemy siegnac po
      niesamowite plyty. I o to chodzi i o to chodzi.
      ______________________________________________________________

      Riding inter-city trains
      Dressed in European grey
      Riding out to echo beach
      A million memories in the trees and sands, oh no
      How can I ever let them go?
      Hiroshima mon amour
      ______________________________________________________________

      Moj zestaw najlepszych plyt electro-pop, z krotkim omowieniem, ponizej.
      Kolejnosc pierwszej dziesiatki przypadkowa.

      1. David Bowie - Low

      Wystarczy spojrzec na okladke i wszystko jasne. To nie jest zwykly album.
      Nieprzypadkowo plyta nr 1 na liscie najlepszych plyt lat 70. Pitchforku.
      Pierwsza czesc plyty "piosenkowa", druga "instrumentalna". Brian Eno w
      szczytowej formie. Plyta jednoczesnie przerazajaco zimna i pelna emocji. Nie
      do opisania.

      2. Kraftwerk - Trans Europa Express

      Esencja cejlon-electro. Podroz pociagiem przez Europe, z przystankiem u
      Goethego i w krainie mlodego Wertera. Czterech ludzi-robotow z
      syntezatorami, takie acepiorundece z duszą. Plyta na wskros oryginalna,
      niezwykle romantyczna - takie 'Spiegelsaal' to poezja pelną gębą, bardzo
      wzruszająca electro-ballada. Monotonnie, romantycznie, z uderzającym
      syntezatorowym riffem w miazdzacym 'Schaufensterpuppen'. Idealu Kraftwerk
      siegnal na nastepnej plycie, a ideal nosi znamienną nazwę "Das Model".

      3. Jean Michel Jarre - Zoolook

      To zupelnie inny Żar, niz ten znany z Magnetic Fields. Mroczny, dyskotekowy,
      awangardowy, tworzacy sztuke ze zbitych w rytm ludzkich glosow, zebranych z
      calego swiata. A wszystko zanurzone w futurystycznym, orwellowym
      Metawersie.

      4. Suicide - Suicide

      Na okladce plama krwi. Romantyczna dusza electro-popu zderza sie z
      psychopatyczną rzeczywistoscią Alana Vegi. Poczatkowo ta plyta odrzuca. Ale
      z czasem wciaga jak bagno, az nazbyt niebezpiecznie. Monotonia i szalenstwo.
      Wyobrazcie sobie chory, naprawde nienormalny mechaniczny puls elektronow i
      nagle przeszywajacy glos Vegi: "Frankie Teardrop..........". I tak opetane
      bite 10 minut. Debiut Suicide wciaz robi wielkie wrazenie, niczym jakis
      manifest awangardowy z lat 20. A tak przy okazji, to jeden z ulubionych
      zespolow niejakiego Mobiego...

      5. Roxy Music - Avalon

      Najpiekniejsza plyta lat 80.? Niekoniecznie, ale mocny kandydat. Ferry i
      spolka drastycznie zmienili konwencje. Na basniową, z jacuzzi, sauną, laguną
      w obrebie prywatnej posiadlosci na skraju dziewiczego lasu. Wyobrazcie sobie
      taką wlasnie scenerie i zanurzenie w basenie przy wspomnianej lagunie. Z
      ustawionych pod fontanną glosnikow leci Avalon, nie ma sily....

      Z cyklu: Beksinskiemu dziekujemy.

      6. The Stranglers - Feline

      Dusiciele tez zmienili konwencje, jeszcze bardziej drastycznie. Zaczynając
      od ostrego, punkowego (choc zawsze sie od punku odzegnywali), nowo-falowego
      stylu, nagle odrzucili gitary precz, siegneli po syntezatory, przepiekne
      melodie, czerwone wino z Transylwanii, jesienne liscie, poetyckie teksty o
      milosci itp. - jednym slowem: klasyczny electro-pop. Wszystko na tej plycie
      zachwyca, od tajemniczej opowiesci na samym wstepie, o dziwnym gosciu-duchu,
      nawiedzajacym samotnego Cornwella. A potem czekaja nas piekne ballady i
      poruszajacy 'Paradise', z niezwykla aranzacją, zenskimi glosami z innego
      wymiaru i wkrecajacym refrenem. Od lat slucham tej plyty z coraz wiekszą
      fascynacją...

      7. Ultravox - Vienna

      Uch, to juz klasyk nad klasyki! Kolejny zespol, ktory zmienil stylistyke z
      dnia na dzien. Pierwsze trzy plyty Ultravox to glownie dzielo Johna Foxxa i
      Briana Eno (dwie). Foxx to jedna z najwiekszych osobowosci tamtych lat,
      dzisiaj kompletnie zapomniana. Te trzy pierwsze legendarne plyty sa dosc
      nierowne, choc zawieraja arcydziela... Coz, formula Ultravox z Foxxem
      ostatecznie odniosla kleske komercyjną i Foxx (a wczesniej Eno) rzucil
      grupe. Tymczasem osamotnieni muzycy siegneli po wokaliste w rodzaju, nie
      przymierzając, Johnny'ego Rottena electro-punku (wynalezionego przez
      menedzera Steve'a Strange'a, jak Johnny przez McLarena) - Midga Ure'a. I
      osiagneli wielki sukces. "Vienna" to hymn lat 80., utwor-manifest.
      Esencja-ulung electro-popu, z piorunami (doslownie!), ulewą i zamkami nad
      Loarą. Dzisiaj ten slynny album brzmi dosc pretensjonalnie, ale wciaz
      pieknie.

      8. John Foxx - The Garden

      Foxx nagral swoją wersje manifestu. Ale tym razem przenosimy sie do ogrodow.
      Zanim nagral plyte, podrozowal po Europie i zwiedzal wlasnie ogrody, zarowno
      w stylu angielskim, jak i francuskim. A wrazenia przeniosl na plyte.
      Najbardziej niedoceniony album lat 80.? Na pewno.

      9. Soft Cell - Non-Stop Erotic Cabaret

      Marc Almond zaprasza do swojego swiata, centrum wielkiego miasta
      zdetonowanego zabojczym ladunkiem schizofrenicznych emocji... Fenomen tej
      plyty najlepiej wyjasnia utwor finalowy, 'Say Hello Wave Goodbye'. Nie
      slyszalem bardziej przekonujacego utworu opowiadajacego jednoczesnie o
      milosci i samotnosci, niespelnieniu, niz wlasnie ta mini-opera. Z Almondem
      poczatkowo chlodnie relacjonujacego spotkanie pod barem "Pink Flamingo", na
      monotonnym syntezatorowym tle, po czym wyrywajacego sobie serce. Po takiej
      demonstracji uczuc ciezko sobioe wyobrazic, zeby kiedykolwiek inny
      instrument niz ludzki glos mogl zabrzmiec bardziej porywajaco.

      10. Human League - Reproduction

      "Za biurem wisi mezczyzna na gilotynie".

      Od tej plyty nalezaloby zaczac calą opowiesc o electro-popie.
      Human League w pierwszym wcieleniu to zespol z innej planety. Obcy. Na dwoch
      koncach sceny stoja syntezatory, za nimi dwoch ponurych panow w czarnych
      plaszczach. Na srodku nawiedzony Phil Oakey, wokalista pozbawiony
      jakichkolwiek mozliwosci wokalnych, ale za to z jaka charyzma! A na warsztat
      biorą przeboj z lat 60., "You've Lost That Loving Feeling". Albo gre w
      electro-ping-ponga, na samym poczatku plyty. Ta plyta dzisiaj brzmi tak samo
      swiezo, porazająco, jak 26 lat temu. Prymitywne efekty elektroniczne, proste
      melodie i kanciaste motywy. Wciagajace powtorzenia, monologi w samych
      srodkach utworow, klimat rodem z Galaktycznego Imperium z Gwiezdnych Wojen.

      "Outside the office hangs the man on the gibbet"...

      11. David Bowie - Heroes

      Sprawa jest prosta: to jedna z kilkunastu (!) najwazniejszych,
      najoryginalniejszych, najciekawszych, najbardziej zjawiskowych plyt
      ostatnich kilku dekad (biore pod uwage cał
      • hongkonggarden Re: Electro-pop 09.11.05, 23:13
        Powinno pojsc do wątku "polecamy, radzimy, ostrzegamy", sorry.

        Widocznie taka natura electro-popu, ze jest nieprzewidywalny i pojawia sie
        czasem nie tam, gdzie trzeba.

        michal
    • obly Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 10.11.05, 10:08
      A ja polecam kapelę pt:
      24-7 Spyz,

      www.24-7spyz.com/
      Czarniawa kapela (w dobrym tego słowa znaczeniu)łacząca sporo elementow rocka,
      reggae, metalu, hh czy swingu w bardzo naturalny sposób. Świetny warsztat który
      zaleca się popodsłuchiwać.


      niestety tylko p2p
    • glebogryzarka1 Chumbawamba 07.02.06, 03:47
      Jeden z moich ulubionych zespołów, chyba jedyny o którym nigdy nic nie
      napisałem na SF. Ciekawe, że jak słucham Stereolab (!), to słyszę bardzo dużo
      Chumbawamby. Przypadek chyba?

      KONIECZNIE

      "Anarchy" - Chumba w pigułce, to znaczy nie jest to kompilacja, ale brzmi jak
      kompilacja, bo zawiera wszystko to, co dla zespołu reprezentatywne i co w nim
      najlepsze. Równoczesna prostota kompozycji i bogate, pomysłowe aranżacje;
      lewackie, zaangażowane teksty i popowa dbałość o hooki; a wokalnie kanciasty
      british-rap (protoplasta gatunku: "Rapture" Blondie ;>) koegzystuje bezboleśnie
      ze starannie, piętrowo rozpisanymi na głosy melodiami. Każdy utwór brzmi jak
      singiel, energia nie siada nigdy i idziemy na barykady nawet przy
      folkowym "Homophobia". Rozstrzał stylistyczny nie razi w ogóle, ani gdy
      dochodzi do grania new romantic ("Heaven/Hell"), ani rockabilly ("Bad Dog").
      Płyta dziesiątkowa. W wakacje 1997 słuchałem tylko tego - to było tuż przed
      eksplozją popularności "Tubthumping" :)

      WARTO

      "Shhh" - jakby wcześniejsza wersja "Anarchy", bardziej rozlazła
      formalnie ("Big Mouth Strikes Again" trwa chyba z siedem minut), ale wciąż sama
      przyjemność.

      "Tubthumper" - to z kolei późniejsza wersja "Anarchy", już niebezpiecznie
      miejscami zbliżona do tanecznego popu ("Big Issue", "Amnesia"), ale tylko
      miejscami, no i zawiera dwie megaperełki: energiczny "Good Ship Lifestyle" i
      liryczny "One by One". Oraz, naturalnie, "Tubthumping", zarżnięty swego czasu,
      a do dziś grany nawet przez radia złote przeboje.

      MOŻNA

      "Pictures of Starving Children Sell Records" - debiut. Mocno trącący
      homerecordingiem kawałek kozackiego synth punka (Pet Shop Boys się kłania -
      surprised?), lwia część tekstów przypuszcza ostry atak na hipokryzję artystów
      biorących udział w Live Aid. Przyjemne, oryginalne nawet, ale dwadzieścia lat
      później chyba tylko fani będą zadowoleni.

      "Showbusiness" - koncertówka. Chumba nie jest zespołem improwizującym i wersje
      koncertowe niewiele się różnią od studyjnych, ale zgranie, brzmienie i
      entuzjazm publiczności budzą uznanie.

      NIE WARTO

      "Slap!" - rozwleczone, nudnawe, ultraczerwone (płytę otwiera utwór "Ulrike", a
      zamyka - utwór "Meinhof"). Poza koncertowymi przebojami "I Never Gave Up"
      i "Grateful" nie mogę do tego tańczyć i to nie jest moja rewolucja.

      "Swinging with Raymond" - oparty na ciekawym pomyśle dwuczęściowy album:
      pierwsze pół to folkowo-balladowe granie unplugged, drugie pół - mocne punkowe
      wykopy. Zieje brak pomysłów - akustyczna część usypia, elektryczna jest jednym
      wielkim autoplagiatem. W pamięci zostają tylko dwa numery: "This Dress Kills" i
      zdecydowanie najlepszy, singlowy "Ugh! Your Ugly Houses!".

      WY-PIER-DALAĆ

      "WYSIWYG" - tragicznie słabe kompozycje, wysilone teksty mające pokazać jak
      bardzo buntownicza Chumba pozostała, ale kogo może kurwa obchodzić piosenkowy
      atak na MICROSOFT???

      Reszty albumów nie znam, wyszły chyba dwa plus epka "English Rebel Songs".
    • ton2 Echo & The Bunnymen ktoś sie podejmie? 07.02.06, 15:52
      Juz byla podobna prosba, ale pozostala bez odpowiedzi. Moze teraz? Ktokolwiek?
      • ilhan Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:27
        Mogę, ale bardzo subiektywnie. Obiektywnie może zrobić forumowy boss od E&TB czyli Teddy.

        TRZEBA

        "Ocean Rain" (1984)
        Przed premierą reklamowana jako najlepszy album w historii muzyki. To chyba niewielu kupiło, ale to najciekawsza pod względem aranżacyjnym i kompozycyjnym płyta Echo & The Bunnymen i również najbardziej chyba przystępna. Już nie zadziorny, nieco mroczny post-punk pierwszych trzech LPs, a bardziej psychodeliczny pop. Świetne piosenki obudowane w kilku przypadkach wręcz orkiestrowo (tytułowy na finał), no i wybitne "The Killing Moon", dla którego można wypada ten album bez względu na cokolwiek innego.

        WARTO

        "Heaven Up Here" (1981)
        To co jak dla mnie zabija trochę pierwsze trzy albumy E&TB to ich monotonia, która nie pozwala zapamiętać zbyt wielu utworów i pozostawia tylko ogólne wrażenie. Tu mamy Echo na modłę zimnofalową. "HUH" jest chyba najbardziej tajemniczym ich LP i chwilami poraża niesamowitą siłą - "Show Of Strength" czy "Over The Wall" czy "A Promise" są godne największych utworów gatunku. Hitów brak.

        "Porcupine" (1983)
        Już ciut inne brzmienie niż na "Heaven Up Here", co słychać już w zawodzących smykach "The Cutter" na samym początku płyty. Więcej melodii (rewelacyjne "Clay"), urozmaicania aranży, jakieś akustyki chwilami nawet, co wpuszcza nieco powietrza i sprawia, że chyba minimalnie lepiej się tej płyty słucha niż poprzednika w kategorii przyjemności.

        MOŻNA

        "Crocodiles" (1980)
        Mówiłem że subiektywnie, więc jak się ktoś będzie oburzał, to ja będę ziewał. Może za mało słuchałem, ale dla mnie debiut to rozgrzewka raczej niż pełnowartościowe danie główne. Oczywiście jest w tym żywioł, surowizna, pasja, ma to swój styl, ale poza "Rescue"... no chyba się już na ten album nie załapię. Niemniej jednak jest to obok "Ocean Rain" najwyżej ceniona płyta Echo, więc z tego względu na pewno można ją przesunąć do "warto".

        "Siberia" (2005)
        O tej płycie było już sporo na forum i w innych miejscach.

        "Echo & The Bunnymen" (1987)
        Na chama to bym i do "warto" przesunął, bo bardzo lubię. Trochę kompromisowy album, dość pogodny, zdecydowanie w momencie wydania ich najlżejszy. Ale piosenki super - "The Game" i "Over You" mają arcyprzyjemne melodie, "Bedbugs & Ballyhoo" antycypuje madchester, a "Lips Like Sugar" musiało być hitem i było.

        "Evergreen" (1997)
        Względnie udany powrót w erze britpopu i w tym kierunku ta płyta poszła. "Nothing Lasts Forever" to piosenka, którą Chris Martin próbuje napisać od jakichś pięciu lat, a w tytułowym mamy jedną z fajniejszych partii gitar Sergeanta.

        NIE TRZEBA

        "Flowers" (2002)
        Ładne, ale przeciętne + słabsze i od "Evergreen" i "Siberii", więc najpierw tamte.

        "What Are You Going To Do With Your Life" (1999)
        "Reverberation" (1990)
        Znam we fragmentach, więc się nie wypowiadam, ale tej drugiej na 99% nie trzeba.
        • ton2 Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:48
          Wielkie dzieki za szybka reakcje. Ocean Rain juz mi sie sciagnal, ale w jakiejs
          dziwnej 9- piosenkowej formie, wiec sprobuje raz jeszcze. Wszedzie chwala
          tez "Porcupine", wiec i za to sie zabiore.

          Dzieki!
          • ilhan Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:51
            ton2 napisał:

            > Ocean Rain juz mi sie sciagnal, ale w jakiejs dziwnej 9- piosenkowej formie

            Hm, czemu dziwnej? "Ocean Rain" w oryginalnej wersji to właśnie 9 utworów. Sam mam taki CD bez żadnych bonusów, co sobie chwalę.
            • ton2 Re: Echo & The Bunnymen 07.02.06, 16:57
              Aaa, to nie wiedzialem. Na amazonie znalazlem wersje EXTRA z 17 kawalkami, w
              tym z dwoma koncertowymi i myslalem, ze to one stanowia o nazwie EXTRA, ale jak
              tak, to swietnie. No to mam i zaczynam sluchac.

              Pozdrawiam
              • pszemcio1 Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 15:39
                ton2 napisał:

                > Aaa, to nie wiedzialem. Na amazonie znalazlem wersje EXTRA z 17 kawalkami, w
                > tym z dwoma koncertowymi i myslalem, ze to one stanowia o nazwie EXTRA, ale
                jak
                >
                > tak, to swietnie. No to mam i zaczynam sluchac.
                >

                fajne są bonusy z tej płyty (swoja drogą remastry echo z bonusami chodzą w
                katowicach po 28zł). ciekawie wypada w ich wykonaniu beatlesowskie all you need
                is love.

                ale generalnie nigdy bym Ocean rain wyżej niz crocodilles nie postawił. Ocean
                rain w ogóle tylko za przyzwoitą uważam (nick cave takim klimatem bardziej
                czarował). radzę nie sugerować sie wypowiedzia Ihana co do wartości obu płyt.
                Crocodilles to zywioł, cudne melodie, mrok i siła minimalizmu - KLASYK
                ABSOLUTNY proszę ja Was
                • ilhan Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 16:38
                  pszemcio1 napisał:

                  > ale generalnie nigdy bym Ocean rain wyżej niz crocodilles nie postawił. Ocean
                  > rain w ogóle tylko za przyzwoitą uważam (nick cave takim klimatem bardziej
                  > czarował). radzę nie sugerować sie wypowiedzia Ihana co do wartości obu płyt.

                  Ja bym zaufał temu kto nie robi błędów w tytułach płyt <palacz>

                  A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm - "Ocean Rain" bowiem jest powszechnie przez te środowiska uznane za klasyk, a nie za "przyzwoitą" (wiem, że "Crocodiles" też, ale ja to w mojej wypowiedzi zaznaczyłem). Wczoraj znów słuchałem i doprawdy cudowne są tam momenty; wydawałoby się, że w gruncie rzeczy proste piosenki, ale smaczkami aranżacyjnymi można rozkoszować się miesiącami. Słucham i co chwila myślę: jak genialnie oni to tu wpletli!
                  • ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 11.02.06, 23:35
                    > A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm - "Ocean Rain" bowiem
                    j
                    > est powszechnie przez te środowiska uznane za klasyk, a nie za "przyzwoitą"
                    (wi
                    > em, że "Crocodiles" też, ale ja to w mojej wypowiedzi zaznaczyłem). Wczoraj
                    znó
                    > w słuchałem i doprawdy cudowne są tam momenty; wydawałoby się, że w gruncie
                    rze
                    > czy proste piosenki, ale smaczkami aranżacyjnymi można rozkoszować się
                    miesiąca
                    > mi. Słucham i co chwila myślę: jak genialnie oni to tu wpletli!

                    Wczoraj oglądałem u znajomych jakiś durny, amerykański film, i w pewnym
                    momencie pojawiło się w nim " The Killing Moon " - mało z krzesła nie
                    spadłem :D Genialna płyta, " Crocodiles " się nie umywa.
                    • ilhan Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 00:04
                      ihopeyouwilllikeme napisał:

                      > Wczoraj oglądałem u znajomych jakiś durny, amerykański film, i w pewnym
                      > momencie pojawiło się w nim " The Killing Moon " - mało z krzesła nie
                      > spadłem :D

                      "Donnie Darko"? Hm, ale jeśli tak, to to nie jest takie durne raczej.
                      • ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 13:24
                        > "Donnie Darko"? Hm, ale jeśli tak, to to nie jest takie durne raczej.

                        Nie pamiętam tytułu. Dla mnie było durne :D
                  • pszemcio1 Re: Echo & The Bunnymen 12.02.06, 10:19
                    ilhan napisał

                    > Ja bym zaufał temu kto nie robi błędów w tytułach płyt <palacz>

                    zły argument. wszyscy na tym forum zdążyli się już przyzwyczaić do moich
                    błedów w tytułach. już od dawna nie stawia mnie to w gorszej sytuacji:)

                    > A poważnie, jest to z Twojej strony czysty subiektywizm

                    oczywiście, tak samo jak stawianie przez ciebie Ocean rain najwyzej (zreszta
                    tak jak pisałeś). dla mnie najlepszym testem na porównanie były bonusy
                    zamieszczone na Ocean rain. na końcu są dwa kawałki koncertowe z Crocodiles i
                    jak sie to słyszy zaraz po Ocean to dopiero wtedy wyraźnie słychać gdzie są
                    rzeczy wielkie...subiektywnie oczywiście:)
        • ihopeyouwilllikeme Re: Echo & The Bunnymen 08.02.06, 15:08
          " Heaven Up Here " niżej, self-titled wyżej. Wolę piosenki od atmosfery.

          > "Flowers" (2002)
          > Ładne, ale przeciętne + słabsze i od "Evergreen" i "Siberii", więc najpierw
          > tamte.

          Lepsze i od " Evergreen ", i od " Siberii ", więc najpierw to :)))
      • ton2 Re: Echo & The Bunnymen ktoś sie podejmie? 14.02.06, 19:34
        Tak w ogole dzieki za pomoc i odzew. W zwiazku z waszymi cennymi radami, dzis
        udalo mi sie nabyc w warszawskim empiku Porcupine i Ocean Rain po 29,99 sztuka,
        a na dodatek obie plyty to remastery z bonusowymi kawalkami, wiec zapowiada sie
        duzo sluchania. No i czad!

        Pzdr, a moze i LOVE w koncu Walentynki mamy, nie?
    • pytajnick Marillion 11.02.06, 23:08
      Miało być w aktualnym wątku o Marillion, ale chyba tu bardziej pasuje.

      *Moim zdaniem*, F-Marillion nagrał jedną wybitną, jedną bardzo dobrą, i dwie
      dobre płyty. H-Marillion nagrał jedną prawie-wybitną, dwie bardzo dobre, dwie
      dobre+ i kilka przyzwoitych albumów. Raczej czuję się w temacie mocny, bardzo
      mocny, a z drugiej strony nie jestem fanem ani gatunku jako takiego, ani (już)
      zespołu. Wszystkich tych płyt nie słuchałem co najmniej z rok, wiec mam
      generalnie pewien "nieświeży", ale za to równy dystans do nich wszystkcih.
      Skrótowo:

      - F-M -

      Script for a Jester's Tear [8,5/10, cudowne dwa utwory]
      Fugazi [7/10, cudowny jeden utwór]
      Misplaced Childhood [10/10, całość cudowna]
      Clutching at Straw's [7/10, jakoś nie przepadam prywatnie, ale szanuję,
      "obiektywnie" świetny album]

      - H-M -

      - Season's End [7/10, cudowne dwa utwory, klasyka]

      - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale album fajny]

      - Brave [8,5/10, świetny album, klimat, \dwa zbędne utwory, jedna z okładek
      wszechczasów. Dziewczyny romantyczki przy tym płaczą, faceci się w nich
      zakochują, w sumie rozumiem, choć mnie dotyczy tylko momentami (cudowne,
      wyciszone "Brave" czy "Goodbye to all that"). Znacznie bliższy jest mi kolejny
      album, choć poznałem go najpóźniej, wiele lat po wydaniu, gdzieś w 2000 roku]

      - Afraid of Sunlight [9,5/10, największe dzieło h-M, niestety raczej
      niedoceniane. Po "trudnym" i podniosłym Brave relatywnie lekkie, mniej gitar
      więcej klawiszy, mniej smutku więcej optymizmu, nawet humoru nie brakuje
      (znienawidzone przez niektórych "Canibal Surf Baby"). Trójka utworów Afraid of
      Sunlight - Out of this World - Afraid of Sunrise to jeden z najpiękniejszych
      znanych mi "kawałków muzycznych" w historii. Co ważne, moim zdaniem album
      "bezgatunkowy"]

      - This Strange Engine [7/10, "obiektywnie" pewnie nierówny, uśredniając
      przeciętny albu, może lubię go dlatego, że jako pierwszy zainteresował mnie z
      okresu h-M. Wcześniej znałem Marillion do Brave i to mi wystarczało, w sumie
      nawet ich nie słuchałem. TSE zwróciło moją uwagę, młodego niedoświadczonego
      chłopaka, do dziś za to go cenię, choć raczej nie słucham]

      - Radiation [6,5/10, cenię kompozycje jako takie, fatalne moim zdaniem jest
      wykonanie - aranżacje, nieudana 'surowość' mieszana z bardziej kolorowymi
      klimatami, jakieś takie niezdecydowanie. Może wielbiciele gitar akustycznych i
      prostych piosenek bardziej ten album polubią, ale z drugiej strony - ja do nich
      należę, i nic. Album tak znienawidzony, jak przez innych, bardziej wnikliwych,
      mocno broniony. Ja bym był generalnie wstrzemięźliwy w opiniach. "Można"]

      - marillion.com [3/10, dwa przyzwoite utwory, nie warto]

      - Anoraknophobia [8,5/10, świetny powrót do formy, choć owa forma zaskakująca.
      Piękna i udana mieszanka bardziej rozbudowanych kompozycji (ale zawsze
      chwytliwych, melodyjnych, ot - przyjemnych, żadnych popisów) z bardzo popowymi
      piosenkami, z których dwie były nawet na liscie Trójki. Super się tego słucha,
      pozytywny klimat, trochę eksperymentów z ich strony (nawet rap przez chwilę -
      czym podpadli "artrockowcom"), bawią się, klimat i melodie, płytka tak fajna i
      lekka jak ta kiczowata okładka]

      - Marbles [hm, no i sam nie wiem, pewnie jakieś mocne 7,5-8/10. Czamu? Bo na
      dwóch płytach obok kompozycji niemal doskonałych, są kompozycje zbędne, gdyby
      wybrać to, co najlepsze, byłoby 9/10. Szacun wielki za odwagę nagrania płyty
      dość "progresywnej", która zarazem nie nudzi. Szacun za to, że potrafili nagrać
      dwie suity, które nawet przy dzisiejszych moich preferencjach naprawdę bardzo
      sobie cenię. Ale i tak najładniejsze są prostsze piosenki - ot choćby "The only
      unforgetable thing".

      Mój znajomy ma w stopce "Życie jest pokręcone i wielobarwne jak muzyka Marillion
      " i coś w tym jest. O tyle klimatów przez te dwadzieścia pięć lat się otarli, że
      w zasadzie każdy coś u nich mógłby dla siebie znaleźć. I pewnie znajdzie, jeśli
      poszuka, czego życzę.
      • cze67 Re: Marillion 13.02.06, 10:29
        pytajnick napisał:

        > - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale album
        fajny]

        ...In Eden - to po pierwsze:-)
        Po drugie: no nie, nie mogę tego słuchać, dwa, trzy utwory (przeboje) w
        porządku, ale jako całość jest to jednak słabe. Kiedyś skusiłem się niską ceną,
        i po trzykrotnym przesłuchaniu (trzeci - a nuż się przekonam, nie dało się) już
        nie chcę do tej płyty wracać.
        • pytajnick Re: Marillion 13.02.06, 11:01
          cze67 napisał:

          > pytajnick napisał:
          >
          > > - Holidays in Heaven [7/10, próba podbicia ameryki, niby nieudana ale alb
          > um
          > fajny]
          >
          > ...In Eden - to po pierwsze:-)

          ROTFL. W radiu szedł Clapton z "Tears in Heaven" no i mi się zlało w jeden tytuł
          :-))

          Afraid of Sunlight to bardzo zacna płyta, jeszcze kiedyś zmienisz zdanie! :)
          • theagata Saybia. 22.02.06, 23:16
            Nie wiem nic nt. Dzisiaj dostałam płytę The Second You Sleep.
            Jeszcze nie słuchałam.

            have fun
            • theagata Saybia? 23.02.06, 00:39
              oops.
              to powinno być z " ? "

              have fun
          • asagiri Re: Marillion 17.03.07, 16:13
            Osobiście nie lubię H-Marillion, denerwuje mnie osoba Hogartha i jego głos.
            Jeśli jednak chodzi o Marillion ery Fisha, oto moje typy:
            1.koniecznie
            Clutching at straws. chociaż ich ostatnia, to chyba najbardziej 'dojrzała' i
            najlepiej definiująca cały ich dorobek.
            2. naprawdę warto
            Fugazi. słucham całej z wyjątkiem 'she chameleon'. bardzo... 'pełna'.
            Script for a Jester's tear. słychać, że to debiut, ale udany.
            3. warto
            Misplaced Childhood. może i dobra, ale komercyjna (Kayleigh, Lavender). i to ją
            spycha na ostatnią pozycję mojej listy.

            pozdrawiam!
            • pytajnick Re: Marillion 17.03.07, 16:56
              asagiri napisała:

              > 3. warto
              > Misplaced Childhood. może i dobra, ale komercyjna (Kayleigh, Lavender). i to ją
              >
              > spycha na ostatnią pozycję mojej listy.

              1) Tak można "zdyskwalifikować" m.in. całe dyskografie Petera Gabriela, The
              Beatles czy Pink Floyd.

              2) Kilka minut muzyki "komercyjnej" na "MC" jest dla Ciebie ważniejsze niż
              kilkadziesiąt muzyki ewidentnie nieradiowej?

              3) Ciekawe, że komercyjnym nie nazwiesz Incommunicado z "Clutching...", rzecz
              znacznie niższej klasy niż Kayleigh czy Lavender (perełka)

              4) gdzieś w latach 60. odkryto - a raczej uświadomiono sobie - że da się
              połączyć "prawdziwą sztukę" z popularnością /komercyjnością, jeśli wolisz/.

              Jesteś 40 lat do tyłu. :-P
      • cze67 Re: Marillion 13.02.06, 10:46
        moja ocena (płyty, które znam):

        - F-M -
        Script for a Jester's Tear [9/10]
        Fugazi [8/10]
        Misplaced Childhood [9/10]
        Clutching at Straw's [8/10]
        - H-M -

        Season's End [6/10]
        Holidays in Eden [3/10]
        Afraid of Sunlight [5/10]
        Marbles [5/10]
    • ton2 Super Furry Animals? 19.02.06, 22:53
      Zaintrygowany dwoma kawalkami w audycji Ilhana, zapytuje o Super Furry Animals.
      Prawde mowiac wczesniej znalem tylko z nazwy i cos o plycie "Guerilla"
      slyszalem. Ktos sie podejmie?
      • pszemcio1 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 07:44
        dołączam się do prośby. znam jeden album "phantom power" który nawiasem mówiąc
        fantastyczny jest
      • pytajnick Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 08:46
        SFA dopiero poznaję, ale z tego z czym miałem do czynienia najbardziej spodobało
        mi się "Rings Around The World" i szczerze polecam - za wartką i zmieniającą się
        akcję, za melodie, za momentami zaskakujące mieszanie gatunków bez psucia
        klimatu, za niekiedy wysmakowane aranżacje - obok zupełnie szorstkich brzmień...
        Jest czego słuchać.
        • ilhan Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:17
          Ja znam więcej niż jedną, ale nie wymiatam aż tak, żeby zrobić klasyfikację. Prawda jest chyba taka, że czego byś nie ruszył, nie możesz zacząć źle.

          Osobiście sądzę, że na początek powinno się poznać jedną z dwóch pierwszych płyt, bo tam wykluło się to, co dziś przychodzi do głowy kiedy myśli się o SFA: zakręcony gitarowo-syntezatorowy sound, pojechane teksty, zaskakujące zwroty w kompozycjach (było chyba wczoraj słychać jak rozwinęło się "The Mountain People"), no ale przede wszystkim melodie melodie melodie. I puzzle stylistyczne. Zabawa konwencjami. Ciągła.

          Debiut "Fuzzy Logic" w miarę najspójniejszy z pierwszych trzech. Sporo klimatów glamowych, dużo beztroskiego Blur z kapitalnymi refrenami, hiciorowate "Something 4 The Weekend" albo "Hometown Unicorn", "Mario Man" w klimacie gier video na zmianę z klimatycznymi balladami typu "Gathering Moss".

          "Radiator" pop przyszłości. Eksperymenty z brzmieniem vs jeszcze lepsze kompozycje niż na "Fuzzy Logic", kwaśne klawisze, taneczność vs melancholia, zawrotne tempo wymiatających półtoraminutowych popowych wymiataczy jak "Torra Fy Ngwallt Yn Hir" (tak, po walijsku) czy "Chupacabras" i epiki, cudowne epiki jak Ludzie Gór albo "Demons".

          A potem "Guerrilla", a tam eklektyzm do entej potęgi, każdy prawie kawałek w innym stylu i znów ekstra.

          W "Mwng" się nigdy do końca nie wkręciłem, ale też nie słuchałem tak dużo. "Rings" musiałbym znów posłuchać, a "Love Kraft" zeszłoroczny trzyma klasę, ale już nie jest nawet w połowie tak szalone jak pierwsze rzeczy.

          No może trochę przesadzam, zrobiłem z nich jakieś mega postaci, którymi do pewnego stopnia jednak są, takie jedyne w swoim rodzaju freaki z własnym światem i choć słychać różne starsze rzeczy w muzyce SFA, to myślę że jednak oryginalne to jest.
          • ton2 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:32
            Well, sam wiec nie wiem, od czego zaczac. Chyba od Love Kraft zaczne, bo juz
            mam. Moze potem sprobuje ten "Songbook", bo to chyba best of, wiec przekonam
            sie, co mnie kreci u nich, a co nie. W kazdym razie dzieki za wyczerpujaca
            odpowiedz.

            Pozdr
            • ilhan Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 21:38
              Tak, "Songbook" to bodaj składanka singli. I sprawdź maila :)
              • ton2 Re: Super Furry Animals? 20.02.06, 22:24
                O kur... ka wodna! Niech oni przyjada na Openaira, albo gdziekolwiek. W sensie
                Futureheadsi. Niezly czad musi byc na koncertach! Wow. Jestem pod wrażeniem.
                DZIEKI
    • pszemcio1 EELS 08.03.06, 20:37
      1. Absolutnie

      Beautiful freak - smutne teksty, prosciutkie choć nie takie znowu smutne
      melodie. depresja podana w taki sposób by się nie łamać

      Electro shock bleues - temat: śmierć bliskich, stan gdy everything is dying.
      Plus eksperymenty muzyczne w stylu becka. material podzielony: raz akustyczny
      raz nowatorski. Ale wszystko to nadal smutne. krótkie , proste piosenki o
      niespotykanym uroku

      Blinkin light and other revelations - dwupłytowy kolos tworzony przez lata,
      dzieło zycia E. niby nic nowego a kawałki dobre jak za najlepszych lat, no i
      koncept - opus magnum

      Warto:

      Saises o Galaxy - dużo nawiązań do tradycji amerykańskich folk-rokowych
      brzmień. niby wszystko ok, to nadal ten sam E, ale jednak juz nie tak
      przejmujący. może dlatego ze ten album to bardziej "odżywanie" niz "umieranie"
      co twórczosci tego Pana chyba nie sluży

      Souljacker - widzieliście jaką E miał brodę na teledyskach z tej plyty?;) Album
      nasiaknięty eksperymentami jak nigdy wcześniej . Produkował to John Parish. W
      tym wszystkim jakby trochę zgubiło się to co najistotniejsze dla twórczosci
      tego artysty

      Niekoniecznie

      Shotenanny - no jakoś nie porywa. oprócz dwóch kapitalnych bluesów, całość
      stanowią kawałki z serii "to już było tylko lepiej"
      • pszemcio1 Re: EELS 08.03.06, 20:40
        > Electro shock bleues - oczywiście blues

        > Saises o Galaxy - Daises
    • glebogryzarka1 Madness 09.03.06, 19:12
      No w końcu przecież musiałem.

      Absolutely:

      Absolutely (1980) - to się nazywa songwriting. Właściwie każdy utwór zamyka w
      dwuipółminutowej (średni czas trwania utworu na tej płycie) formie wszystko, co
      trzeba: chwytliwą melodię, inteligentny i zabawny tekst, bogaty aranż,
      odpowiedni groove i własne brzmienie. Zagadką jest dla mnie wpisywanie Madness
      w nurt british ska - już na drugiej płycie, czyli tej, słychać generalny zwrot
      plecami do jamajskich rytmów. Pierwsze pięć tracków to jest najlepsze
      angielskie granie, jakie w życiu słyszałem, z naciskiem na drugi
      ("Embarrassment") i trzeci ("E.R.N.I.E."). Niepotrzebne jest tylko sflaczałe
      boogie "Solid Gone".

      Seven (1981) - dojrzalszy, jeszcze mniej jamajski (reggae'owy closer "Day on
      the Town" to jedyna tutaj pozycja na liście numerów inspirowanych Karaibami)
      album. Wspomniana dojrzałość pozwala tu chłopcom na sieknięcie choćby takiego
      numeru, jak "Tomorrow's Dream", z harmoniami tak ryzykownymi, że na podstawie
      zapisu nutowego należałoby stwierdzić, że to jakieś fusion jest. Tylko że
      Madness podają te wyczesy bez cienia artystowskiego zadęcia, ze swoistym
      wdziękiem i chuligańsko-komediowym sznytem. Znów najsmaczniejsze dostajemy na
      początku - pierwsze pół albumu daleko przewyższa drugie pół. W sumie,
      właśnie "Seven" poleciłbym na początek.

      Worth checking:

      One Step Beyond (1979) - tak się to zaczęło. Dobrze się chłopcy bawili, a ta
      radość poza tym jest zaraźliwa. Kompozycyjnie jeszcze raczkujemy, kopiujemy
      ograne patenty (większość partii basu jedzie pryma-tercja-kwinta-tercja), ale
      co za energia i jaki wdzięk! A ile razy zespół porzuca w cholerę amatorskie
      przyzwyczajenia, tyle razy mamy perełkę - "My Girl", "Bed & Breakfast Man" i
      szczególnie "In the Middle of the Night" to ścisła czołówka repertuaru zespołu.

      Wonderful (1999) - z 'okresu popowego' Madness płyta stanowczo najciekawsza.
      Wysmakowane aranżacje, eleganckie melodie, no ogólnie granie z klasą. Wpadki są
      dwie - żałosna próba zarania riddimu "The Communicator" i jeszcze bardziej
      żenująca próba zagrania wodewilu "Drip Fed Fred" z Ianem Dury'm. Pozostała
      dziewiątka bardzo przyjemnie głaszcze po uchu.

      Nothing special:

      The Rise & Fall (1982) - a teraz weźmiemy sekcję smyczkową, perkusjonalistów,
      dużą sekcję dętą i będziemy następnymi wielkimi mistrzami inteligentnego popu.
      Chuja. Wyszło trzy razy na trzynaście podejść. Z czego raz wyszło wybitnie -
      czy jest tu ktoś, kto nie zna "Our House"? Czwarty highlight to bardziej
      bezkompromisowy, stadionowy "Blue Skinned Beast". Mało. Mało. A (wysublimowane)
      poczucie humoru, zawsze do tamtej pory obecne na płytach Madness, tu jest
      raczej wymuszone.

      Keep Moving (1984) - starzejemy się, ciąg dalszy. Płyta nieco lepsza od "Rise &
      Fall", tak jak tamta zawiera jeden genialny popowy singiel (ewidentnie
      zainspirowany ówczesnym smooth jazzem, najprawdopodobniej Sade, "One Better
      Day"), ale w odróżnieniu od tamtej reszta materiału wydaje się równiejsza i nie
      próbuje na siłę forsować wariactw. Chłopcy nie są już rudeboys. Chłopcy
      dorośli. W sumie można by umieścić ten album kategorię wyżej.

      Dangermen Sessions (2005) - album z coverami. Nie trzeba było wielkiego
      proroka, żeby wróżyć przeciętniactwo. Oddajmy sprawiedliwość, że nie są to
      covery złotych przebojów (poza kinksową "Lolą", nota bene udana przeróbka, co
      mnie nieco zaskoczyło), więc trudno gościom zarzucić koniunkturalizm.

      Avoid like a plague:

      Mad Not Mad (1985) - kwas stworzony po odejściu głównego kompozytora, pianisty
      Mike'a Barsona. Niby w Madness zawsze komponowali wszyscy, ale tu i reszta
      zespołu ma jakby czkawkę. Album gładki do granic możliwości i bez hooków - no
      nie, po prostu nie. Co ciekawe, wydany zaraz po tym albumie pożegnalny singiel
      (na "Mad Not Mad" nie uwzględniony) "Waiting for the Ghost Train" jest
      kapitalny. Może była jednak jakaś iskierka nadziei na przetrwanie z klasą?
      Nieistotne.
      • ilhan Re: Madness 09.03.06, 20:01
        No to kozacko, że znam dwie najlepsze, a z pozostałych prawie wszystkie highlighty (czyt.: single)

        :)
        • pszemcio1 Re: Madness 09.03.06, 20:31
          no to Specials musi być także!!!
          • glebogryzarka1 Specials? 05.04.06, 17:04
            > no to Specials musi być także!!!

            Dla mnie sprawa prosta - obowiązkowo dwie pierwsze, można na własne ryzyko
            trzecią (po odejściu Halla), nie ruszać pod żadnym pozorem płyt powstałych w
            latach 90 (i później?... nie daj Boże?...).
      • ilhan Re: Madness 10.03.06, 11:47
        glebogryzarka1 napisał:

        > Absolutely (1980) - Pierwsze pięć tracków to jest najlepsze
        > angielskie granie, jakie w życiu słyszałem, z naciskiem na drugi
        > ("Embarrassment") i trzeci ("E.R.N.I.E.").

        Sobie wczoraj przypomniałem dwa razy pierwsze pięć tracków na dobranoc i rzeczywiście (szczególnie pierwsze cztery) cieszą bardzo. Chyba wezmę w niedzielę na nocną zmianę w cukierni puścić chłopakom.
    • ktmajcher Levellers 01.06.06, 21:29
      niewiele o nich wiem, a własciwie nic, znam tylko jeden kawałek What a
      beautiful day, który moge śmiało postawić obok Fisherman's Blues Waterboys,
      czyli i gitarka i skrzypce, charakterystyczny głos, skoczna melodia, itp
      pytam się zatem o najbardziej ich reprezentatywne dokonania, i na której płycie
      jest What a beautiful day
      • ilhan Re: Levellers 01.06.06, 21:31
        ktmajcher napisał:

        > niewiele o nich wiem, a własciwie nic, znam tylko jeden kawałek What a
        > beautiful day, który moge śmiało postawić obok Fisherman's Blues Waterboys,
        > czyli i gitarka i skrzypce, charakterystyczny głos, skoczna melodia, itp
        > pytam się zatem o najbardziej ich reprezentatywne dokonania, i na której płycie
        >
        > jest What a beautiful day

        "Mouth To Mouth". Fani nie uznają jej za kluczową. Ja kiedyś kupiłem i słuchało się bardzo ok. Inna sprawa, że nie wracam.
        • glebogryzarka1 Re: Levellers 01.06.06, 21:50
          Kurde, po tytule posta myślałem, że ktoś pokusił się o rozpisanie Levellers.
          Których bardzo bardzo lubiłem, ale moje bycie fanem skończyło się
          po "Zeitgeist" (ale nie z powodu, tylko właśnie po :>).
          • cze67 Curve poproszę 22.06.06, 09:57
            ...i czy warto płytę Gift nabyć (jest na Allegro aktualnie).
    • ton2 Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 21:35
      Ktoś się podejmie? Dopiero niedawno poznalem "There Is Nothing Wrong In Love"
      BTS i "Submarine Bells" The Chills - jaram sie i chce wiecej. Jakies wskazowki?
      • ilhan Re: Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 22:57
        ton2 napisał:

        > Ktoś się podejmie? Dopiero niedawno poznalem "There Is Nothing Wrong In Love"
        > BTS i "Submarine Bells" The Chills - jaram sie i chce wiecej. Jakies wskazowki?

        Chyba lepiej byś zrobił zakładając im wątki :)

        BTS - "Keep It Like A Secret" dla piosenek, "Perfect From Now On" dla eksperymentów.

        Chills - składanka wczesnych singli i epek "Kaleidoscope World".
        • ton2 Re: Built To Spill, The Chills - anyone? 15.08.06, 23:40
          Dzieki! Keep It Like A Secret wlasnie sie sciagnelo, a The Chills poszukam
          jeszcze bo na razie dupa. A z tymi watkami to ja taki wstydliwy jestem, wiec
          wole tak.

          Pozdro!
    • ton2 David Bowie? 06.02.07, 16:33
      Może ja cos dzis nie kumam i nie ogarniam forum, ale jak to sie stalo, ze w tak
      istotnym watku nie ma jeszcze Davida Bowie. Ktoś się podejmie? Proszę?
      • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:39
        Hmm, ja coś niby takiego robiłam na inne forum. Więc mogę tu wrzucić, tylko
        zastrzegam - materiał jest bardzo obszerny, a ze względu na moją amtorszczyznę
        pewnie dość dyskusyjny. Ale słuzę.
        • ton2 Re: David Bowie? 06.02.07, 16:40
          Dawaj, jasne. Nie ma chyba limitu słów.
          • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:47
            KONIECZNIE:

            The Rise and Fall of Ziggy Stardust and The Spiders From Mars (1972) –
            Androgeniczny przybysz z Kosmosu, który spadł na Ziemię, aby ocalić ludzkość
            przed zagładą, a skończył niszcząc samego siebie. Płyta to studium metamorfozy
            Ziggy’ego, istoty niewinnej, nieśmiałej i delikatnej, która w wielkomiejskiej
            rzeczywistości lat 70-tych zatraciła siebie, poddając się destrukcyjnej mocy
            hedonizmu. A wszystko to zostało okraszone blichtrem, teatralnością, stąpaniem
            po krawędzi szaleństwa, estetyką kiczu – jako tą inną, campową, wrażliwością.
            Całość zaśpiewana charakterystyczną alienowsko-gejowską manierą pełną
            rozpaczliwości i rozdarcia. Jeśli chce się coś wiedzieć o Bowiem, trzeba znać
            ten krążek. Bo muzyka to nie tylko dźwięki, to również cała otoczka, teatr,
            maska, styl życia. Glamrockowy album wszech czasów.

            Low (1977) – pierwsza płyta z tzw. trylogii berlińskiej nagranej razem z
            Brianem Eno, królem ambientu. Low poraża awangardowością – eksperymentatorska
            natura dwóch osobowości zaowocowała albumem pełnym chłodu, podzielonym na dwie
            części: kompozycje z wokalem i utwory instrumentalne. Nawet jeśli Station to
            Station było zapowiedzią obierania przez Bowiego nowego kursu, nikt nie
            spodziewał się płyty tak silnie inspirowanej krautrockiem. Zimna, elektroniczna
            aranżacja, dynamiczna sekcja rytmiczna, przeszywająca gitara. Kakofonia
            dźwięków zestawiona ze stonowanym wokalem(wyważone wyciąganie gór lub też
            wyciszanie lub tłumienie głosu kiedy trzeba), wręcz minimalistycznym jak na
            Bowiego. Przegiętego Ziggy’ego, aroganckiego Thin White Duke’a zastąpił bohater
            dekadencki, zamknięty w sobie, przerażony rzeczywistością.
            Pojawia się też akcent polski – utwór ‘Warszawa’, który powstał w głowie
            Bowiego podczas przypadkowego postoju w PRL-owskiej stolicy. Od tej kompozycji
            wywodziła się pierwotna nazwa Joy Division. Ale któż nie zna tej legendy?
            Nie mam pojęcia, w jakie słowa ubrać wrażenia ze słuchania tej płyty.
            Porażająca? To za mało powiedziane, bo to co się dzieje w utworach takich
            jak „Always Crashing In the Same Car”, „What In the World” albo „Be my wife”
            jest niewiarygodne. „Low” to klasyka absolutna. Moja ulubiona płyta Davida.
            11/10

            "Heroes" (1977) – Nie sposób zrozumieć „Heroes” bez znajomości Low. Ta płyta
            jest chyba jeszcze trudniejsza w odbiorze. Więcej tu surowości w dźwiękach,
            jakiejś klaustrofobicznej atmosfery ponurego, podzielonego murem Berlina.
            Niepokojące melodie przeplatają się ze spokojniejszymi, refleksyjnymi, podobnie
            jeśli chodzi o instrumentarium: saksofon, fortepian, syntezatory mieszają się z
            gitarą elektryczną, a gdzie indziej pojawia się japońskie koto. O ile na „Low”
            dominował niepokój, tu z mroku wyłania się nadzieja w postaci jednego z
            największych przebojów Bowiego „Heroes”.

            Hunky Dory (1971) – czwarty album Bowiego, na którym chyba w końcu odnalazł
            swoją drogę. Od folkowego grania, przez wyrastający z Led Zeppelin niemalże
            hard rock na „The man who sold the World”, dotarł do Hunky Dory, gdzie
            wykorzystuje wszystkie swoje zalety. Tworzy muzykę rockową, ale zagraną na swój
            własny, niepowtarzalny sposób: słychać tu wczesnofolkowe i akustyczne
            inspiracje, ale łączy je z elementami aktorstwa i manierycznością głosu
            ocierającego się o rozpacz i tęsknotę. Pojawiają się tu kamienie milowe w
            twórczości Bowiego: przebojowe „Changes”, oparte na partiach fortepianu „Oh,
            You Pretty Things” i przede wszystkim jedna z najlepszych kompozycji Dave’a -
            orkiestrowe „Life on Mars?”. To także hołd złożony dla artystów: „Song for Bob
            Dylan”, „Andy Warhol” (ponoć Warhol wizyty w czasie sesji zapytany, co o nim
            myśli, odpowiedział Masz świetne buty, David.; piosenka też jest świetna)
            oraz „Queen Bitch” nawiązujące do twórczości The Velvet Underground.

            Station To Station (1976) – The return of the Thin White Duke throwing darts in
            lovers’ eyes… To kolejna metamorfoza Davida Bowiego. Z biseksualnego kosmity
            Ziggy’ego Stardusta przeistoczył się w arystokratycznego, aroganckiego,
            ogarniętego chorobą dekadencji Szczupłego Białego Księcia, pozornie doskonale
            czującego się na 'salonach' i w towarzystwie różnych osobliwości lat 70., a w
            rzeczywistości jednak nie mającego nic wspólnego z towarzystwem, o którego
            względy zabiega. Biały Książę jest w istocie osobą szalenie nieprzystosowaną,
            odstającą, przesadnie autorefleksyjną i autoironiczną. A przede wszystkim
            beznadziejnie uzależnioną od narkotyków. „Station to Station” powstało w
            największym kokainowym ciągu Bowiego. I to się tutaj czuje – każdy utwór jest
            jak wciągnięcie kolejnej kreski - wyczerpanie nocnym stylem życia, a zarazem
            niemożność przestania, narastająca wewnętrzna izolacja, uczucie pustki.
            Zwłaszcza w piosence tytułowej – nie ma tu ani jednego niepotrzebnego dźwięku,
            ani jednego zbędnego słowa. Niekonwencjonalna muzyka taneczna i inteligentne
            teksty. Nie można tego ominąć.

            Lodger (1979) – trzecią część wydawnictwa berlińskiego. Pozycja niestety traci
            coś z klimatu „Low” i „Heroes”. Płyta jest nierówna zarówno jakościowo jak i
            kompozycyjnie. Surowe utwory mieszają się tu z brzmieniami nietypowymi,
            inspirowanymi muzyką świata, coś jak późniejszy Peter Gabriel. Ogólnie jest
            bardzo ciekawie, sporo dysonansów i udziwnień, a to za sprawą doskonałych
            muzyków, którzy wzięli udział w sesji. Pojawia się kilka perełek: Boys Keep
            Swinging zainspirowane wizytą w londyńskim klubie dla homoseksualistów, Look
            Back In Anger czy Red Money z niesamowitą partią basu. Trzeba znać nie tylko ze
            względu, że jest to zwieńczenie legendarnej trylogii berlińskiej, ale jest to
            po prostu cholernie dobra, a zarazem dziwaczna, płyta.

            Scary Monsters... And Super Creeps (1980) – po eksperymentalnych i trudnych
            albumach trylogii berlińskiej Bowie udał się w rejony odrobinę przystępniejsze
            słuchaczom. Scary Monsters to bardzo niejednolite brzmienie, pełne rozmaitych
            pomysłów aranżacyjnych. Od „Up The Hill Backwards” nasuwającego luźne
            skojarzenia z „Solsbury Hill” Petera Gabriela po funkujące „Ashes to Ashes”
            (obalające mit Majora Toma) i „Fashion”. A w międzyczasie pojawia się jeszcze
            cover Toma Verlaine’a i trochę Stewartowskie „Because You’re Young” z Pete’em
            Townshendem na gitarze. Różnorodna i porywająca płyta.


            * Best of Bowie (2002) – 2 cd – zdaję sobie sprawę, że ogarnąć Bowiego to
            wyzwanie prawie że nadludzkie (może nie tak jak prześledzenie dyskografii
            Franka Zappy, ale również pochłaniające). Dlatego na początek można zapoznać
            się z tym wydawnictwem. To wybór ważniejszych utworów ułożonych w kolejności
            chronologicznej. Jasne, jak to w przypadku takich płyta bywa, dobór niektórych
            piosenek może być dyskusyjny. Kilku rzeczy brakuje, ale mimo to słucha się tego
            fantastycznie i jest to jakiś sposób na próbę całościowego spojrzenia na
            Bowiego i zrozumienia jego mitu.

            WARTO:

            Aladdin Sane (1973) – po oszałamiającym sukcesie płyty „Ziggy Stardust” Bowie
            miał status supergwiazdy. Mógł pójść za ciosem i nagrać nawet słabszą
            kopię „The Rise and Fall of…” a i tak pozostałby na zawsze królem glam rocka,
            który zdetronizował samego Marka Bolana. Ale Bowie postanowił wyjść poza ramy
            czystego glamu, urozmaicając go jazzującymi partiami fortepianu i
            rhytm'n'bluesowym feelingiem. Bowie bawi się tu formą, penetruje różne rejony –
            bo jak np. porównać bardzo teatralne, ocierające się o patos „Time” (polecam!)
            z hałaśliwym „Watch the man̶
            • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:48
              Warto c.d.
              Outside (1995) – to powrót do współpracy z Brianem Eno. Bowie po raz kolejny
              tworzy jakiś własny świat. Wciela się w postać nowojorskiego detektywa, Nathana
              Adlera, który ma rozwikłać zagadkę śmierci niejakiej Baby Grace. To płyta
              schizofreniczna, piosenki są śpiewane z perspektywy różnych osobliwych
              bohaterów: awangardowego artysty Minotaura, Leona Blanka czy Ramony, a
              wszystkie te historie i wątki przeplatają się z monologami Adlera. Jest to
              płyta niesamowicie zagrana – pełna niepokojących dźwięków (Heart’s filthy
              lesson!), ocierająca się o improwizację jazzującą (A Small Plot of Land), a
              nawet o rave (Hello Spaceboy). Album zdecydowanie godny uwagi, a jedyną jego
              wadą jest chyba tylko to, że jest odrobinę za długi, co prowadzi do pewnego
              rozmycia. No cóż, ale taka historia wymaga epickiej formy.

              Stage (1978) – dwupłytowy album dokumentujący dwa koncerty z Filadelfii z
              kwietnia 1978 roku. Świetna produkcja Tony’ego Viscontiego nadaje nowy wymiar w
              dziedzinie wydawnictw koncertowych. Materiał to przede wszystkim utwory z
              płyt „Ziggy Stardust”, „Low” i Heroes”. Wszystko brzmi fantastycznie, a
              highlighty w postaci „Station to Station” powalają na kolana.

              Earthling (1997) – po raz kolejny ujawniła się odwaga Bowiego. Totalny
              eksperyment z muzyką, z którą wcześniej nie miał do czynienia. Wizja muzyki
              jungle w oczach Bowiego: bębny, basy, industrialne brzmienia i mocna gitara. A
              co najważniejsze, mimo tak radykalnej muzycznie zmiany udało się mu zachować
              własne, niepowtarzalne oblicze, głównie za sprawą tego smutnego i
              melancholijnego głosu. Hipnotyzujące „Seven Years in Tibet”, połamane „Little
              Wonder”, najbardziej eksperymentalne z całej płyty „Telling Lies” to
              zdecydowanie mocne punkty. Nowy image, nowa muzyka, Bowie potrafi się odnaleźć
              w każdej epoce i zaproponować coś najwyższej jakości. Eksperyment udany.

              Reality (2003) – warto posłuchać z kilku względów. Po pierwsze, żeby sprawdzić,
              co też ostatnimi czasy nagrywa Bowie. Po drugie, ponieważ jest to bardzo
              solidna płyta artysty, który nie musi już nic nikomu udowadniać. To taka trochę
              postmodernistyczna mieszanka, bo mamy tu rockowe wymiatacze – New Killer Star
              czy Pablo Picasso (cover the modern lovers) obok nastrojowych, nieco smutnych
              The Loneliest Guy i Try some, buy some McCartneya. Ale prawdziwe uderzenie to
              dopiero hipnotyzujące „Looking for water” i zamykające płytę, prawie
              ośmiominutowe „Bring me a disco king”.
              Na płycie czuć też nawiązania do wrześniowych wydarzeń z 2001 r. To w ogóle z
              jednej strony osobisty album, z drugiej bardzo nowojorski. Polecam.

              Heathen (2002) – mam pewien problem z tą płytą. Z jednej strony niesamowicie ją
              cenię za dojrzałość, za intelektualne momentami teksty stanowiące przemyślenia
              nad kondycją świata i człowieka. Uwielbiam, jak Bowie roztacza takie wizje. Z
              drugiej jednak strony ta płyta jest trochę nierówna muzycznie. Ma rewelacyjny
              początek (zwłaszcza ‘Sunday’ oraz przeszywający cover Pixies ‘Cactus’) i
              doskonałą końcówkę (z wyjątkiem „everybody says ‘hi’”). Natomiast środek płyty
              wydaje się jakiś nieco mglisty, taki ulotny, nie do końca przykuwający uwagę.
              Niewątpliwą zaletą jest rewelacyjne brzmienie tej płyty (Tony Visconti jest po
              prostu mistrzem), krystaliczność dźwięku, niesamowita perkusja i bas, a na
              gitarach pojawiają się gościnnie Pete Townshend i Dave Grohl. Mimo kilku wad
              zdecydowanie warto posłuchać „Heathen”, bo Bowie to człowiek, która ma jednak
              wiele ciekawych refleksji do przekazania.

              Let's Dance (1983) – niektórzy podchodzą do tego albumu z lekkim dystansem. Pop
              jest taki pospolity, taki egalitarny. Każdy może grać pop. Ale grać
              inteligentny pop potrafi już niewielu. Dlatego „Let’s Dance” jest dla mnie w
              tych rejonach arcydziełem. „China Girl” i tytułowe „Let’s Dance” (wersja
              płytowa jest nieco bardziej rozbudowana od singlowej) ocierają się wręcz o
              geniusz. Porywa również otwierające Modern Love z bardzo dynamiczną sekcją
              rytmiczną. Dla mnie klasyka lat 80-tych. Mówcie, co chcecie, ja uwielbiam ten
              album.

              Black Tie White Noise (1993) – po nieudanej drugiej połowie lat 80-tych i
              niezbyt ciekawym projekcie, jakim były dwa albumy nagrane pod szyldem zespołu
              Tin Machine, Bowie wrócił w zaskakująco dobrej formie. Przede wszystkim popowo-
              funkująco-jazzowa stylistyka nie stroniąca od sampli i loopów brzmi tu bardzo
              nowocześnie. Fantastycznie wypadają też partie saksofonu, zwłaszcza w
              kapitalnym Jump they say. Rewelacyjne jest Pallas Atena utrzymane w
              niepokojącym klimacie, przebojowe Miracle Goodnight i przestrzenne Nite flights
              czy Miles’owe Looking for Lester. W ogóle dużo jest mocnych momentów. Wielka
              szkoda, że Bowie na siłę próbował uciekać od etykiety taneczności i utwór „Lucy
              Can’t Dance” znalazł się na albumie tylko jako bonus. Niebanalna płyta.

              MOŻNA:

              Diamond Dogs (1974) – Bowie najwyraźniej lubi wchodzić w rolę artysty-proroka.
              Płyta powstała m.in. pod wpływem lektury „1984” Orwella i „Wild Boys”
              Burroughsa, dlatego też przepełniona jest wstrząsającymi i ponurymi wizjami.
              Jeśli chodzi o warstwę muzyczną bywa niestety różnie. Porywa 8-minutowy
              fragment trzech następujących po sobie kompozycji: Sweet Head, Candidate i
              Sweet Head (reprise). Po nich wchodzi Rebel Rebel z jednym z najlepszych riffów
              gitarowych. I to są chyba najlepsze momenty tego wydawnictwa. W całość trzeba
              się jednak mocno wczuć, wówczas urzeknie ciekawy pejzaż wielkiego miasta, z
              jego mrocznymi zaułkami. Jeśli poczuje się klimat, może się spodobać.

              Pinups (1973) – Nie ma tu ani jednej autorskiej kompozycji Bowiego. To zbiór
              interpretacji klasycznych już utworów, jak to określił Bowie: „płyta ta
              przedstawia mój Londyn z lat 1964-1967”. Pojawiają się tu m.in. covery „I can’t
              explain” The Who, fenomenalne „See Emily Play” Pink Floydów, ciekawie wypada
              też “Friday On My Mind” The Easybeats czy bardzo udana wersja trochę
              zapomnianego “Sorrow”. Oględnie mówiąc, płyta perfekcyjnie zaśpiewana, dobrze
              zaaranżowana z kilkoma ciekawymi pomysłami. No i ostatni raz grają tu razem
              Pająki z Marsa.

              The Man Who Sold The World (1970) – ja ten album traktuję trochę jak
              ciekawostkę – pewien etap rozwoju Bowiego. Hard rock zdecydowanie nie jest moją
              stylistyką. Jak się okazało Bowiego chyba również. Jest tu kilka znakomitych
              utworów: The Width Of A Circle, All the Madmen, The Supermen i przede wszystkim
              The man who sold the world. Reszta mnie nie rusza.

              'hours...' (1999) – Przeciętność – to słowo nasuwa mi się na opisanie tej
              płytki. Brak tu chwytliwych , zaskakujących melodii, coś z przeboju ma chyba
              tylko „Thursday’s child”, które jest zarazem najlepszą kompozycją albumu.
              Tematycznie: przemijanie, samotność, utrata bliskich. Warstwa liryczna
              zdecydowanie na plus. Poza kilkoma naprawdę ładnymi momentami niestety wieje
              nudą. Pozycja raczej dla fanów.

              Space Oddity (1969) - słychać, że płyta jest autorstwa jeszcze niedojrzałego
              artysty, ale bardzo kreatywnego i poszukującego. To zapowiedź Bowiego, który
              będzie stąpał po cienkiej granicy pomiędzy pastiszem a prawdziwym
              rock’n’rollem, Bowiego eksperymentującego i zawsze odstającego od reszty.
              Szkoda, że nie ma tu więcej tak dobrych piosenek jak „Memory of free Festival”
              (to z tego utworu Myslovitz zaczerpnęło tytuł albumu „Sun Machine”). Za to jest
              jedna z najlepszych kompozycji wszech czasów – Space Oddity.

              Young Americans (1975)
              • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:49
                Young Americans (1975) – Bowie znudzony rock’n’rollem, który jawił mu się jako
                nurt wypalony i nie wnoszący już nic nowego do muzyki rozrywkowej, został
                oczarowany przez filadelfijską odmianę soulu. Z owej fascynacji zrodziła się
                płyta pełna gospelowych chórów, fundujących gitar, rytmicznej perkusji,
                zaśpiewana bujającym, bezpretensjonalnym głosem. Przy albumie współpracował sam
                John Lennon, a z kolaboracji zrodziło się rewelacyjne „Fame” oraz nowa
                wersja „Across the Universe”. W sumie chwilami bywa bardzo fajnie. 7/10

                NIEKONIECZNIE (ale mimo wszystko szkoda nie znać)
                Tonight (1984) – o ile na Let’s Dance romans z muzyką taneczną wypadał
                interesująco, o tyle tu chyba pomysły się skończyły. Płyta jest chaotyczna,
                niewiele tu do siebie pasuje. Co ciekawe utwór ‘Tonight’ napisany przez Bowiego
                dla Iggy’ego Popa w wykonaniu autora, co gorsza w duecie z Tiną Turner, brzmi
                wyjątkowo nieudanie. Oczywiście, jak na ironię losu, stał się jednym z
                większych przebojów Dave’a. Jest tu jeszcze jedna piosenka z repertuaru Popa -
                Neighbourhood Threat. Bowie do dziś nie może się pogodzić, że tak zmasakrował
                tę kompozycję. Poza Loving The Alien i Blue Jean nie ma tu nic godnego uwagi.
                Europejska wersja reggae i muzyka disco lat 80-tych to nie jest najlepsze
                połączenie. Raczej omijać.

                Never Let Me Down (1987) – naprawdę trudno mi znaleźć cokolwiek na obronę tej
                płyty. Powiedzieć, że jest nienajlepsza, to byłby komplement. Brak pomysłu na
                muzykę, fatalna produkcja zaprzepaściły pewien potencjał tkwiący w kilku
                tekstach. Jeszcze dwa pierwsze utwory i kawałek tytułowy brzmią całkiem
                ciekawie, ale potem jest już tylko coraz tragiczniej, aż do najgorszej
                zamykającej piosenki Bowiego „Bang Bang”. Mnie to zabiło. Jak dobrze, że tak
                trudno dotrwać do końca tego albumu.

                David Live (1974) – 2cd – Kultowość postaci Ziggy’ego Stardusta w pewnym
                momencie przerosła Bowiego. Kim był Bowie, a kim był Ziggy? Schizofreniczność
                tamtego okresu, nienajlepsze przyjęcie „Diamond Dogs” doprowadziły go do skraju
                załamania. Dokumentacją rozpaczliwej próby zerwania z rock’n’rollowym
                wizerunkiem jest zapis dwóch koncertów z Filadelfii. Nawet energetyczne,
                glamowe wymiatacze jak Rebel Rebel czy Suffragette City zostały tu zagrane na
                soulową modłę. Można posłuchać z ciekawości, ale brzmi to dziwnie, męcząco i
                odpychająco.

                David Bowie (1967) – Jeśli według Borrella, w porównaniu z albumem Razorlight,
                Dylan robi frytki, a on pije szampana, to Bowie z debiutem może chyba już tylko
                roznosić gazety. Pierwsza płyta Bowiego to dość nietypowa produkcja. Wyrosła z
                młodzieńczej fascynacji dokonaniami popularnego w latach 60-tych śpiewającego
                aktora Anthony'ego Newleya. Utrzymana jest w klimacie kabaretowym - proste
                melodie, humorystyczne teksty. Niby jest to na swój sposób urzekające, ale dla
                kogoś nie będącego fanatykiem Davida, to pozycja co najmniej kuriozalna.

                Tin Machine (1989), Tin Machine II (1991) – te dwie płyty to realizacja
                marzenia Bowiego o graniu w regularnej kapeli. Do współpracy zaprosił byłych
                muzyków Iggy’ego Popa. Dziwne są to płyty, takie mocno rockowe, ale pozbawione
                świeżości, uciekającego od wyraźnej melodii. Można wyłowić kilka niezłych
                piosenek, ale ogólnie nie mam serca do tych płyt. Jeśli ktoś zechce się brać za
                te albumy, to ten z 89 roku jest nieco lepszy.

                Poza bogatą dyskografią studyjną i koncertową Bowie jest też autorem lub
                współautorem wielu soundtracków. Warto m.in. zapoznać się z The Buddha of
                Suburbia (1993) i Labirynt (1986)
            • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 16:51
              edit: ucięło Alladin Sane, więc wrzucam jeszcze raz:

              Aladdin Sane (1973) – po oszałamiającym sukcesie płyty „Ziggy Stardust” Bowie
              miał status supergwiazdy. Mógł pójść za ciosem i nagrać nawet słabszą
              kopię „The Rise and Fall of…” a i tak pozostałby na zawsze królem glam rocka,
              który zdetronizował samego Marka Bolana. Ale Bowie postanowił wyjść poza ramy
              czystego glamu, urozmaicając go jazzującymi partiami fortepianu i
              rhytm'n'bluesowym feelingiem. Bowie bawi się tu formą, penetruje różne rejony –
              bo jak np. porównać bardzo teatralne, ocierające się o patos „Time” (polecam!)
              z hałaśliwym „Watch the man” (nota bene chyba najsłabszym w zestawie)? Chwilami
              płyta ociera się nawet o stonesowskie klimaty, a przy okazji pojawia cię
              ciekawy cover The Rolling Stones „Let’s spend the night together”. Na
              szczególna uwagę zasługuje jednak przede wszystkim utwór tytułowy – kosmos,
              można odpłynąć.
              Postać Alladina jest poniekąd kontynuacją Ziggy’ego. W ogóle ta płyta jest
              manifestacją jego ówczesnych nastrojów: tj. przerażającej wizji bycia
              niewolnikiem postaci, którą sam stworzył. No i ten autoironiczny tytuł czytany
              na inny sposób: A lad insane.
              Przyznam, że na początku nie doceniłam należnie tej płyty, ale po każdym
              następnym przesłuchaniu robi się coraz bardziej niesamowita. Najchętniej
              wrzuciłabym ją do „koniecznie”, ale nie chcę przeginać.
              • ton2 Re: David Bowie? 06.02.07, 16:52
                Wow! No to wieczór z głowy. Dzięki wielkie!
                • marquee_moon Re: David Bowie? 06.02.07, 17:10
                  Nie ma sprawy. ;)
                  To taka moja subiektywna interpretacja Bowiego, choć chyba w dużej mierze
                  pokrywa się z powszechnymi opiniami.
                  Tak sobie to teraz przejrzałam i, o rany, trochę tam literówek ('fundujące'
                  zamiast 'funkujące':|).
                  • cze67 Re: David Bowie? 07.02.07, 09:20
                    Muszę się niestety zgodzić z Twoją oceną płyty David Live. Nabyłem na
                    przecenie, nic nie wiedząc o krążku, ale mając nadzieję, że jakość jest
                    gwarantowana. No i niestety spotkał mnie duży zawód.

                    Ja też dziękuję za kompendium na temat Davida. Szacun.
    • swagger dead can dance? 17.03.07, 15:29
      Poznaję właśnie "Spiritchaser". Co z wcześniejszych dokonań polecacie?
      • pytajnick Re: dead can dance? 17.03.07, 15:53
        swagger napisał:

        > Poznaję właśnie "Spiritchaser". Co z wcześniejszych dokonań polecacie?

        Uśredniając, to chyba obok "Spiritchasera" najbardziej znane, lubiane i cenione
        są "Within the Realm of a Dying Sun" i "Into the Labyrinth", więc bezpiecznie
        będzie iść tym śladem. Acz przygotuj się, że "Spiritchaser" to jest w pewnym
        sensie płyta wyjątkowa w dyskografii DCD, nagrana w nieco innym duchu i w innych
        czasach.

        Ja mam słabość do mniej znanego "Aiona", ale to z pewnych specyficznych
        względów. Zresztą, konkretniej DCD nie słuchałem już chyba z 8 lat... (acz
        tegoroczny "Best of" Lisy Gerrard był jakimś chwilowym powrotem do tych klimatów)
        • cze67 Re: dead can dance? 19.03.07, 09:26
          Spiritchaser jest inspirowany muzyką Afrykańską. Pamiętam, że ta płyta
          (słuchałem zarac po wydaniu) niezbyt mi weszła. Osobiście preferuję te, gdzie
          słychać motywy zaczerpnięte ze średniowiecza, czyli wymieniony przez pytajnicka
          Aion i The Serpent Egg.
    • asagiri Coldplay 17.03.07, 16:19
      1.koniecznie

      Parachutes. spokojna, śliczna kompozycja. malownicza taka ;) (10/10)

      2.naprawdę warto

      X&Y. dwa albo trzy radiowe przeboje, ale mimo to zachowany duch zespołu. (8/10)

      3.dla tych, co lubią

      A Rush of Blood to the Head. zawiera chyba najbardziej znany utwór Coldplay, In
      My Place. ale, jak w temacie, trzeba lubić, to i płytę się polubi.
    • andrzej43 The Kinks 14.06.07, 10:20
      Koniecznie:
      The Kinks Are the Village Green Preservation Society- moja płyta stulecia
      Arthur (Or the Decline and Fall of the British Empire)
      Something Else by the Kinks
      Face to Face
      Warto:
      Lola versus Powerman and the Moneygoround, Part One
      Muswell Hillbillies
      The Great Lost Kinks Album
      The Kink Kontroversy
      Debiut(dla fanów Please Please Me):
      You Really Got Me
      Kinda Kinks
      Raczej nie warto:
      albumy od 1972 *wyjątki Low Budget
      Give the People What They Want
      • cze67 Re: The Kinks 14.06.07, 10:27
        Serdeczne dzięki. Się będę sugerował.
      • janek0 Re: The Kinks 14.06.07, 10:41
        andrzej43 napisał:

        > Koniecznie:

        O ! Zgadzam się z rekomendacjami kolegi stuprocentowo, zwłaszcza z pierwszymi
        dwiema.
        • sefdzi Focus 05.08.07, 00:30
          A ja odgrzebałem po latach taki zespół
          Płyta numer 2 i 3 znakomite, pozostałem kiepskie...
    • simek90 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 07.08.07, 11:44
      nie znalazłem Rage Against the Machine, można prosić? To tylko 4 płyty, ale chciałbym się troche zorientować...
      • cze67 RATM 13.08.07, 09:15
        Obowiązkowo:
        - pierwsza

        Warto:
        - wszystkie pozostałe

        :-)

        No tak, jak dla mnie każda płyta tego zespołu warta jest poznania, w
        tym koncertowa i ta z kowerami (Renegades).
        • cze67 Re: RATM 13.08.07, 11:45
          Zresztą, podobne pytanie sam kiedyś zadałem. I powstał ten wątek:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=35305246&a=35305246
    • andrzej43 Paul Mccartney - kto się podejmnie ? 11.08.07, 12:48
      • cze67 Re: Paul Mccartney - kto się podejmnie ? 29.04.08, 12:06
        Eeeech, trochę to trwało, zapoznałem się, acz nie ukrywam nieco
        pobieżnie, z dokonaniem Makki. I nadal uważam, że obowiązkowo trzeba
        znać Band On The Run i Tug Of War, bronią się jako całość. Warte
        uwagi są też albumy Wenus and Mars, niejako przedłużenie BOTR i
        Pipes Of Peace (to z kolei kontynuacja TOW, Steve Wondera jako
        partnera Paula w dwóch utworach zastąpił Michael Jackson). Reszta
        jako całość się nie broni, są genialne rodzynki jak Maybe I'm
        Amazed, Moonkberry Moon Delight czy Coming Up, ale większość to
        takie sobie wypełniacze.
        • cze67 A tak poza wszystkim... 29.04.08, 12:18
          ...to kurcze, ten wątek ma już prawie cztery lata. Chyba rekord czy
          cuś...
        • pszemcio1 Re: Paul Mccartney - kto się podejmnie ? 08.09.09, 13:31
          ze67 napisał:

          > Eeeech, trochę to trwało, zapoznałem się, acz nie ukrywam nieco
          > pobieżnie, z dokonaniem Makki. I nadal uważam, że obowiązkowo trzeba
          > znać Band On The Run i Tug Of War

          sorry ze się po takim czasie czepiam ale RAM!!!!!
    • ton2 Arthur Russell anyone? 16.01.08, 14:19
      Znam tylko Another Thought no i wlasnie wydane Four Songs by Arthur
      Russell z coverami min. Jensa Lekmana i Victorii Bergsman z The
      Concretes. Jakies sugestie? World of Echo?
    • bartosz.sz THE WHO 22.04.09, 14:01
      Trzeba:
      1. The Who Sell Out (10/10)
      2. Tommy (8/10)
      3. Live at Leeds (9/10)
      4. Quadrophenia (10/10)

      Warto:
      1. My generation (7/10)
      2. Who's Next (7/10)

      Mozna:

      pozostale
      • cze67 Re: THE WHO 22.04.09, 14:04
        Ot, i ocalił wątek przed archiwizacją. On.
    • thehollowman James 22.08.09, 20:42
      czy mógłbym prosić o jakieś sugestie
      james - w czołówce rankingu najbardziej niewdzięczne słowo dla
      wyszukiwarek
      M.
      • nefil Re: James 22.08.09, 21:00
        thehollowman napisał:

        > james - w czołówce rankingu najbardziej niewdzięczne słowo dla
        > wyszukiwarek
        > M.

        Polecam płytę "Pleased to meet you". Swojego czasu najbardziej
        zajechany album w moim odtwarzaczu. Perełka. Natomiast ostatnia
        płyta po dwóch przesłuchaniach została zdelatowana.
        • thehollowman Re: James 18.09.09, 00:26
          może ktoś jeszcze coś doradzi, bo sprawa ma się tak, że otwarłem
          wraz z K. na dobre butelkę z rocznika 1996 o wdzięcznej
          nazwie "Booth and the Bad Angel", mieliśmy ją od jakiegoś czasu,ale
          teraz mamy wspólnie taką jazdę na tę płytkę, że mam po prostu
          zielone światło - KUPUJ JAMES'A, i przy okazji jak oceniacie
          drugiego Booth'a "Bone"
    • pszemcio1 Re: Polecamy, radzimy, ostrzegamy 08.09.09, 12:49
      czy warto zakupic po okazyjnej cenie 3 pierwsze albumy Dodgy? Klimat na
      pewno mi bliski , ale do albumów nigdy nie dotarłem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka