Dodaj do ulubionych

American Music Club: Reaktywacja

12.10.04, 00:50
W ramach powrotów wszystkiego, co żyje (i nie żyje) na muzyczną scenę,
doczekaliśmy się również (tzn. nie my, oczywiście, tylko Amerykanie i inni
tacy, naturalnie :)) ) nowej płyty zespołu American Music Club, czyli grupy
pod wodzą Marka Eitzela.

tinyurl.com/6x6k2
AME to wspaniali artyści nagrywający bardzo ładne płyty. Grupa rozpadła się
jednak 10 lat temu, a Eitzel rozpoczął karierę solową, nagrywając równie
ładne płyty. Niewielu amerykańskich artystów potrafi tak ślicznie nudzić, jak
on, flirtować z jazzem, country i balladą, brzmiąc przy tym chwilami jak
zamorski klon niezastąpionego Davida Sylviana.

A teraz - nowa płyta panów Eitzela, Vudiego, Mooney'a i Pearsona pod
tytułem "Love Songs for Patriots" (tytuł, zdaje się, na czasie - czyżby ten
kolektyw też nie kochał G.W. Busha?). Miejmy nadzieję, że przynajmniej dobra.
Obserwuj wątek
    • pagaj_75 Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 08:55
      grimsrund napisał:

      > AME to wspaniali artyści nagrywający bardzo ładne płyty. Grupa rozpadła się
      > jednak 10 lat temu, a Eitzel rozpoczął karierę solową, nagrywając równie
      > ładne płyty. Niewielu amerykańskich artystów potrafi tak ślicznie nudzić, jak
      > on, flirtować z jazzem, country i balladą, brzmiąc przy tym chwilami jak
      > zamorski klon niezastąpionego Davida Sylviana.

      A toś mnie zaciekawił :) Eitzela do tej pory znałem tylko z gościnnego występu
      na płycie Mitchella Frooma ("Dopamine", a utwór nazywał się bodajże "Watery
      Eyes") i faktycznie ładnie zaśpiewał... Od czego warto zacząć?

      PS. Swoją drogą polecam "Dopamine" bo to bardzo sympatyczna płyta.
      • grimsrund Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 12:23
        Solowego Eitzela znam lepiej i wszystko bardzo mnie się bardzo podobało: 60
        WATT SILVER LINING (na trąbce gra tu mój ulubieniec Mark Isham), WEST (gdzie
        Artyście towarzyszyli: Peter Buck, Mike McCready, Skerik z Critters Buggin',
        Barrett Martin ze Screaming Trees, Steve Berlin z Los Lobos oraz Scott
        McCaughey z Young Fresh Fellows i The Minus 5), CAUGHT IN A TRAP... i THE
        INVISIBLE MAN (ta ostatnia najbardziej sylvianowska moim zdaniem). W ubiegłym
        roku wydał najnowszą, THE UGLY AMERICAN, ma dobre recenzje, ale jeszcze jej nie
        słyszałem.

        Z zespołowych MERCURY jest śliczności wielkie i ENGINE też. CALIFORNIA i
        EVERCLEAR ponoć nawet lepsze (ich nie znam). SAN FRANCISCO (ostatnia przed
        rozpadem) słabsza już (zresztą obok MERCURY jako jedyna dostępna w Lechistanie,
        o ile mi wiadomo).
        • polleke Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 14:39
          Wątek o AMC beze mnie?
          Na dowód mojego zaangażowania:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=20715&w=15723590&a=15869691
          w rankingu lat 90-tych umieściłam „Mercury” i „Everclear” (na niepoślednich
          pozycjach, ale w podsumowaniu jakoś się nie pojawiły, dziwne...), dorzucam
          jeszcze „California” i tej trójcy trzeba koniecznie posłuchać. Nowej płyty
          właśnie słucham i chyba zaczynam ją lubić. Gdzieś znalazłam zdanie, że teraz
          powinni zmienić nazwę na Anti-American Music Club...

          Obawiam się jednak, że jeśli kolega Pagaj sięgnie po AMC przez porównania z
          Sylvianem, może się srodze zawieść, bo Mark Eitzel i spółka zamieszkują inne
          regiony: to muzyka mocno zakorzeniona w amerykańskiej tradycji (słychać tam i
          folk, i country, i nie wiadomo co jeszcze – np. „Hollywood”, moja piosenka
          tygodnia, to prześliczny walczyk), o tym jak złamanego serca uleczyć ból i
          innych demonach.

          Muszę się zabrać za solowego Eitzela...
          • pagaj_75 Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 14:58
            polleke napisała:

            > Obawiam się jednak, że jeśli kolega Pagaj sięgnie po AMC przez porównania z
            > Sylvianem, może się srodze zawieść, bo Mark Eitzel i spółka zamieszkują inne
            > regiony: to muzyka mocno zakorzeniona w amerykańskiej tradycji (słychać tam i
            > folk, i country, i nie wiadomo co jeszcze – np. „Hollywood”,

            Koleżanka Polleke mnie nie docenia ;) Z tym Sylvianem to trochę żart, bo mi nie
            jest potrzebny drugi David :) Ale podobała mi się ta piosenka z Froomem i to jak
            on ją zaśpiewał (chociaż spodziewam się, że ona również nie jest reprezentatywna
            ani dla AMC, ani solowego Eitzela), więc przy okazji obadam twórczość pana E.
            • polleke Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 15:20
              pagaj_75 napisał:

              > Koleżanka Polleke mnie nie docenia ;) Z tym Sylvianem to trochę żart, bo mi
              nie
              > jest potrzebny drugi David :) Ale podobała mi się ta piosenka z Froomem i to
              ja
              > k
              > on ją zaśpiewał (chociaż spodziewam się, że ona również nie jest
              reprezentatywn
              > a
              > ani dla AMC, ani solowego Eitzela), więc przy okazji obadam twórczość pana E.
              >

              Od razu nie docenia :) Po prostu bałam się, żebyś się nie zniechęcił.
              A kto zacz ten Froom?
              • pagaj_75 Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 15:33
                polleke napisała:

                > Od razu nie docenia :) Po prostu bałam się, żebyś się nie zniechęcił.
                > A kto zacz ten Froom?

                A taki producent i klawiszowiec. Grał kiedys w The Pretenders bodajże, a później
                zajął się produkcją nagrań. Czego się nie dotknie to nada temu swoje bardzo
                charakterystyczne brzmienie, trochę retro. Z takich bardziej znanych artystów, z
                którymi pracował to można wymienić: Suzanne Vega (z Zuzią to nawet przez parę
                lat ożeniony był ;)), Sheryl Crow (zrobili wspólnie piosenkę do Bonda "Tomorrow
                Never Dies" i nie tylko) czy Stina Nordenstam (album "This is Stina Nordenstam").
                • polleke Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 15:51
                  Straszny kobieciarz :)
                  Ale wyczytałam też, że wyprodukował "Mercury" AMC - no, to jestem w domu. I
                  wiadomo już, skąd ten duet z Eitzelem.
                  • pagaj_75 Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 16:20
                    polleke napisała:

                    > wiadomo już, skąd ten duet z Eitzelem.

                    no tak. na jego płycie śpiewa i gra sporo ludzi, z którymi już wcześniej
                    pracował: Eitzel, S. Vega, Sheryl Crow, Miho Hatori (Cibo Mato), Louie Perez
                    (Los Lobos), Ron Sexsmith, Lisa Germano...
                    Może nie jest to płyta wybitna, taka która przejdzie do historii, ale bardzo
                    lubię sobie jej posłuchać od czasu do czasu, zwłaszcza jesienią :)
                    • grimsrund Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 16:50
                      Przyjęcie tej płyty było generalnie takie: "Pilnuj szewcze kopyta!"
                      (producenckiego). Ciekawe, że inny Wielki wśród producentów, T. Bone Burnett
                      też nie miał przesadnie dobrej prasy, jeśli chodzi o jego własne płyty. I nawet
                      nie bardzo lubił sam nagrywać, a zwłaszcza własnoręcznie śpiewać... :))
                      • pagaj_75 Re: American Music Club: Reaktywacja 12.10.04, 17:11
                        grimsrund napisał:

                        > Przyjęcie tej płyty było generalnie takie: "Pilnuj szewcze kopyta!"

                        Przyjęcie tzw. prasy średnio mnie obchodzi zwykle :) Kiedy wypatrzyłem sobie
                        pewnego razu tą płytę w Empiku, postanowiłem ją przesłuchać na miejscu
                        (praktycznie całą, bo okazało się, że krótka jest). I tak sobie muzyka płynęła,
                        a ja kiwałem głową myśląc "no ładne, przyjemne, w porządku", uwagę moją zwróciło
                        "Watery Eyes" właśnie, ale dopiero gdy dotarłem do numeru 11, "Overcast"
                        śpiewanego przez Sexsmitha, coś tiknęło ;) Gdy usłyszałem tą niby-Lennonowską
                        przygrywkę fortepianu, wiedziałem, że MUSZĘ tą płytę kupić, choćby tylko dla tej
                        jednej piosenki :) I do dzisiaj bardzo lubię "Overcast", a i do reszty płyty
                        dość szybko się przekonałem. I na pewno nie chcę się Dopaminy pozbywać :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka