nighthrill
23.08.05, 12:23
Drugi album czarnoskórej wokalistki z jedenej strony jest kontynuacją jej
stylu i sposobu śpiewania, znanego z "Salt", a z drugiej wyznaczeniem nowej
ścieżki rozwoju. O ile "Salt" było po prostu dobrze zaśpiewanym i zagranym
kawałkiem leniwego knajpianego jazzu, o tyle "Dreaming Wide Awake" jest czymś
więcej - nosi coraz wyraźniejsze znamiona indywidualności artystki.
Płytę otwiera cover Beatlesów, "A taste of honey". Zagrany oszczędnie na
gitarze klasycznej i zaśpiewany kobiecym głosem, jest w pierwszych sekundach
zupełnie nie do rozpoznania. Po chwili - olśnienie. Głos Lizz niesamowicie
pasuje do piosenki, która nabiera zupełnie innego klimatu, robi się
smutniejsza, zyskuje drugie dno.
Drugi utwór z płyty, "Stop", to płynąca swobodnie przepiękna jazzowa opowieść,
z pianinem w tle. Lizz śpiewa w sposób, kory mi osobiście przypomina nieco
Tanitę Tikaram.
Trzeci na płycie "Hit the ground" przywodzi na myśl utwory Norah Jones z jej
pierwszej płyty. To piękna piosenka o miłości, zaśpiewana głębokim, ale
delikatnym głosem. No i tekst...
"When I close my eyes" to następna piosenka o miłości. Nie zapadła mi zbytnio
w pamięć, choć jest, jak wszystkie na albumie, na wysokim poziomie.
Zaraz po niej mamy perełkę - "I'm confessin'". Krótki, niespełna trzyminutowy
utwór jest przepełniony miłością, wahaniem, oczekiwaniem, nadzieją...To mój
faworyt na tej płycie.
Szósty utwór to bardzo interesująca piosenka "Old man". Lizz odchodzi tutaj od
tradycyjnego jazzowego frazowania, muzyka zaś przywodzi na myśl niektóre
dokonania Tori Amos. Utwór sprawia nieco hipnotyzujące wrażenie.
"Wake up, little sparrow" - typowa dla Lizz leniwa piosenka, zaśpiewana
głębokim, aksamitnym głosem.
"Chasing Strange" - jedna z piękniejszych piosenek na płycie, tym razem bez
pianina, słychać jedynie gitarę i bas. Magiczna melodia, sposób śpiewania w
refrenie przypomina trochę Sade.
"Get together" - niezbyt zapamiętywalny, delikatnie zaśpiewany utwór.
"Trouble" - znowu ciepłe dźwięki i cudowny głos Lizz.
"Dreaming Wide Awake" czyli utwór tytułowy - powolny, leniwie zaśpiewany
kawałek o miłości, rzecz jasna :)
"Without you" - i znowu ożywienie. Gitara ponownie przypomina piosenki Norah
Jones, ale głos już nie. To solidnie zaśpiewana jazzująca ballada.
Ostatni na płycie "Narrow Daylight" to jakby podsumowanie wszystkiego, co
usłyszeliśmy wcześniej - jest tutaj delikatna, powolna melodia, głęboki głos
wokalistki, gitara, refleksyjny tekst.
Płyta ta może na pierwszy rzut ucha wydawać się mniej przystępna, niż np.
dokonania Norah Jones gdzie perełka goni perełkę. W tym świetle Lizz Wright
może wydać się bardziej monotonna, i, nie ukrywajmy, po prostu nudniejsza. Ale
jest to płyta z rodzaju "im dłużej słuchasz, tym bardziej Ci się podoba".
Warto dać jej szansę, zachęcam.