Dodaj do ulubionych

herbert - fabryka trzciny - 7.06.06

07.06.06, 08:27
czytać uważnie bo nie będę dwa razy pisał!
dziś jest koncert m.herberta (tego herberta!)
www.fabrykatrzciny.pl/info7.php#29
o 20.30, koszt 65 zyleczków (20 piweczek)
kto idzie?
kto się wybiera?
Obserwuj wątek
    • braineater Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 07.06.06, 09:06
      Fak de stolica.
      Braineater zły, bo z powodu koncertu Herberta w Warszawie i na Open'erze,
      odwołano koncert tegoz w Katowicach.
      wrrrrrrrrrrrrrrrr

      P:)
    • pagaj_75 Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 07.06.06, 09:32
      ja cały czas ze sobą walczę. no bo niby Mateusz będzie też na Openerze, tylko że
      tam pewnie będę stał 200 metrów od sceny i gówno widział. a w fabryce będzie
      można prawie że dotknąć Herbusia ;)
      65 zyli piechotą nie chodzi, grrr...

      a, i rozpacz ma wielka, że na obu koncertach nie będzie Dani Siciliano :(
      • pizmak31 Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 07.06.06, 18:24
        ja ide, jakby co
    • pizmak31 Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 08.06.06, 18:08
      Koncert byl prezzaje...y, wprawdzie daleko mu bylo do widowiskowowsci tego, co
      zrobila w zeszlym roku Roisin Murphy, ale zagrali bardzo przyzwoicie. Jak mowi
      kolega Pagaj, bo ja sie nie znam, Herbert zagral wszystkie utwory z ostatniej
      plyty, wiec ja te plyte chce miec. W skladzie byly dwa deciaki, perkusja,
      gitara, a w porywach dwie, klawisze i dwa wokale, w tym jeden bardzo wigilijny -
      a spiewala czarna kobieta. Z plastycznego punktu widzenia, wygladalo wszystko
      bardo ladnie, bo nad scena wiasiala wielka piekna kula zmieniajaca kolory,
      swiatla byly przepiekne, bo czasami dwukolorowe, no i caly zespol mial na
      szyjach pomaranczowe szaliki. tylko, ze krotko zagrali, godzine z kawalkiem
      wlaczajac w to trzy bisy.
    • pagaj_75 Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 08.06.06, 19:26
      Też tam byłem i piwo piłem. No i nie żałuję, bo koncert naprawdę niezły. Płytę
      "Scale" znam ledwie od poniedziałku i zdążyłem wysłuchać z pięć razy, ale już
      parę kawałków udało mi się spamiętać, dzięki czemu trochę lepiej na pewno mi się
      ten koncert odbierało.

      Było tak. Przyjechałem dość wcześnie, bo a) nie chciało mi się z roboty jechać
      do domu, a potem ponownie jechać z Bemowa na Pragę do Fabryki Trzciny; b) bałem
      się, że będzie długa kolejka po bilety - na szczęście nie było. Okazało się, że
      Artysta udziela wywiadu dla TV (WTF? to ktoś w polskiej telewizorni wie o
      istnieniu Herberta?), więc na salę nie wpuszczają, za to można było wejść do
      foyer (jak to nazwała dziewczyna przedzierająca bilety). Oglądałem więc przez
      pół godziny tzw. warszawkę (błeee) sącząc powoli chrzczonego sponsora festiwalu
      Open'er. Po wysączeniu swoim starym zwyczajem zainstalowałem się w pierwszym
      rzędzie pod sceną. Zespół nie kazał długo na siebie czekać, zaczęli z ledwie
      półgodzinnym opóźnieniem. Tyle co nic, sami przyznacie.

      Jak wiedzą ci, co go znają, Matthew Herbert to sztukmistrz od samplerów i jak
      każdy wirtuoz musiał się trochę popisać, więc na sam początek zaserwował taką
      sztuczkę: do nienagłośnionego mikrofonu wypowiedział kilka sylab, które
      zsamplował, a następnie przez chwilę szatkował je i sklejał pozornie bezładnie
      wraz ze swoim asystentem, aż na krótki moment owe sylaby zgrały się w słowa
      "Welcome to the show!". No i ruszyły konie po betonie. Zaczęli tak samo jak nową
      płytę, od "Something Isn't Right". Na dość pojemnej scenie było osiem osób, w
      porywach do dziewięciu, gdy na odsiecz liderowi przybiegał pomocnik od
      elektroniki. Dwóch facetów z instrumentami dmuchanymi, perkusista za skromnym
      zestawem mieszanym (akustyczne bębny i elektroniczne pady), pianista,
      gitarzysto-basista i dwójka wokalistów (pan wokalista okazyjnie na basie również
      basował). No i Matt, który sprawiał czasami wrażenie zakłopotanego tym, że
      występuje w roli kierownika całego zamieszania. Acha, drogi Piżmaku, te
      pomarańczowe, to nie były szaliki, tylko ręczniki. Cały zespół był bowiem ubrany
      dość swobodnie - ni mniej ni więcej w pidżamy, podomki i tym podobne. Nie wiem
      czy i jaka głębsza myśl za tym stała, ale fajnie to wyglądało. Praktycznie
      żadnego ruchu scenicznego poza podrygiwaniem samego Herberta i powolnym bujaniem
      się wokalistów.

      OK, to wracam do muzyki. Zagrali prawie całą nową płytę, z wyjątkiem dwóch
      ostatnich utworów. Do tego dorzucili jeszcze instrumental, którego nie
      rozpoznałem, choć sądząc z tego co usłyszałem, mógłby dobrze się odnaleźć na
      "Plat du Jour", i był to najbardziej energetyczny moment całego koncertu. Acha,
      na bis jeszcze było "I Wish I Was" - sentymentalna jazzująca ballada, którą
      Herbert jeszcze jako Doctor Rockit nagrał (niesamowicie fałszując) z Dani
      Siciliano. No i właśnie - wieeelka szkoda, że na scenie nie było pani Herbert.
      Wprawdzie oboje wokalistów starało się jak mogło ją zastąpić, ale jednak jej
      brak był odczuwalny. Pewnie też dlatego nie było żadnych wycieczek w przeszłość.
      Absolutnie nic z "Bodily Functions" czy "Goodbye Swingtime". Tylko nowa płyta,
      przez co koncert (razem z bisami) skończył się po jakichś 60-70 minutach.
      Szkoda. Ale całość utwierdziła mnie w przekonaniu co do nowej płyty - dobry pop
      nie jest zły, a pop w wykonaniu Herberta i jego zespołu jest cholernie dobry. Na
      pewno nie jest to najważniejsza pozycja w jego dorobku, ale na parę przyjemnych
      letnich dni wystarczy. A "w temacie" letnich dni - już za miesiąc Open'er, na
      który znowu do nas zjedzie Mateusz H. Do zobaczenia tam.
      • pizmak31 Re: herbert - fabryka trzciny - 7.06.06 09.06.06, 17:01
        Boze, jaka ladna recenzja z koncertu. a ja nwet szalikow od recznikow nie
        odroznilam, ale moze dlatego, ze stalam troche dalej, a i wzrok juz nie ten
        sam, co kiedys....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka