grimsrund
16.11.06, 00:18
Oj... Miałem dziś dużo szczęścia. Mało bowiem brakowało, bym zaczął wieść
dalsze życie przekonany, iż jestem ramą okienną, ewentualnie packą na muchy.
Chłopaki / panowie / dziadkowie z Fausta dali bowiem tak nieprawdopodobny,
plemienny szoł, że nawet ja, bez wspomagania żadnymi tzw. środkami, bliski
byłem zmiany wymiaru.
Na temat muzyki nie będę się wypowiadał, brak mi bowiem aparatu pojęciowego i
materiału porównawczego dla takowych rozważań. Mogę jedynie napisać, że,
podobnie jak na Mitchach w ubiegłym tygodniu, było przejedwabiście.
Scena zbrodni zakomponowana została jak plac budowy porzucony przez majstra,
pana Zdzicha, który razem z pomocnikami, panami Rychem i Stachem zamknął się
po fajrancie w przyczepie, by tam grupowo dokonywać degustacji butelkowanego
C2H5OH. Niedbale walające się metalowe rury, stalowe spirale, wiertara,
prostokątny kawał blachy, piła tarczowa, pojemnik na śmieci i dmuchawa do
siana stworzyły naprawdę swojski klimat, bliski chyba każdemu Lechicie
doświadczonemu przygodami "u bałera".
A potem zaczęła się muzyka... Za pomocą m.in. wspomnianego powyżej
wzruszająco teutońskiego instrumentarium panowie Peron, Diermayer i Cambuzat
stworzyli klimat, jakiego pod Wawelem dawno chyba nie było, a z całą
pewnością długo nie będzie. Dość napisać, że na koniec zasadniczej części
występu cała publiczność (czyli jakieś 100 osób) została obsypana sianem (z
tych twardszych odmian raczej), a dym i smród spalenizny zasnuły cały klub do
tego stopnia, że omal nie skończyło się interwencją straży pożarnej. W tym
momencie zrozumiałem, dlaczego upadł chytry plan zaproszenia grupy na
muzyczny, a nie jedynie paszczowy występ w Radio Kraków - te dzikusy pewnie
spaliłyby rozgłośnię do fundamentów :)
Gdy wyjdzie płyta z tego występu, sami wszystko zrozumiecie.