Dodaj do ulubionych

dobre, choć nie zauwazone wczesniej płyty

10.11.07, 10:27
mysle ze brakuje nam takiego watku.
mój pierwszy typ to:
VIOLET INDIANA - RUSSIAN DOLL
płyta z 2004 roku, jestem od kilku dni pod jej czarem i urokiem.
Dla niektórych osób moze wydawać sie staroswiecka - trochę zblizona
w brzmieniach do Cocteau Twins z najlepszego okresu - te gitary i
brzmienia w tle. Ale nie sadze by był to zarzut.
Zreszto to zasługa połowy tego duetu - Robina Guthrie.
Lubię gdy dzwieki otaczają mnie, wirują dookoła, wręcz oblepiają.
Dla mnie płyta jest urocza.
wsm.serpent.pl/sklep/albumik.php/alb_id/4168/Russian-Doll/Violet-Indiana
Obserwuj wątek
    • maff1 Re: dobre, choć nie zauwazone wczesniej płyty 10.11.07, 10:30
      jak sie okazuje nie ja jeden dopiero odkryłem te płytę.
      Jeszcze ciepła recenzja z ArtRock:
      Ileż to już duetów damsko – męskich zna muzyka popularna. O White
      Stripes wie cały rockowy świat, w Polsce – choć to nieco inna
      muzyczna bajka – mamy choćby Anitę Lipnicką z Johnem Porterem.
      Przykładów można byłoby mnożyć na pęczki. Duetów mniej lub bardziej
      udanych. Do tych drugich, aczkolwiek bardziej niszowych i
      znanych „garstce” wtajemniczonych, należy duet Violet Indiana.

      Zespół tworzą wbrew pozorom nieobce miłośnikom ambitnych dźwięków
      osobowości. On – Robin Guthrie – to znany wszystkim wielbicielom
      brzmienia 4AD gitarzysta Cocteau Twins. Ona – Siobhan de Mare -
      związana niegdyś z grupą Mono, lecz nie tą postrockową, japońską, a
      brytyjską, operującą w klimatach triphopowych. Wspólnie działają od
      2000 roku, kiedy to Guthrie usłyszał gdzieś jej głos a potem
      dowiedział się, że opuszcza zespół Mono. Zadzwonił i… zaczęła
      tworzyć się nowa, piękna, muzyczna historia. Nie licząc epki ich
      pełnowymiarowym debiutem był album „Roulette” z 2001 roku. „Russian
      Doll” to ich trzeci w dyskografii album. Przy okazji jego promocji
      przed trzema laty grupa zawitała do naszego kraju dając kameralny
      koncert w stolicy.

      Jeżeli gdziekolwiek istnieje folder „Muzyka piękna”, to bez żadnych
      wahań ten album powinniśmy w nim schować. Zabrzmi to oczywiście
      banalnie ale tych dziesięć niedługich, prostych piosenek
      składających się na 40 minut muzyki, jest kwintesencją tego co w
      niej najcudowniejsze. Rozpoczynający album „Never Enough” może
      słuchacza obciążonego wiedzą o przeszłości Robina Guthrie skierować
      na tory Cocteau Twins. Tym bardziej, że jeszcze przynajmniej cztery
      kompozycje nawiązują swoją formą i klimatem do zespołu, w którym
      prym wiodła Elizabeth Frazer. Według mnie najbliżej stylistycznie im
      do albumu „Blue Bell Knoll”. Powiedzmy jednak o tym, co w tej muzyce
      innego, bo i sam Guthrie niechętnie (sądząc po wywiadach) odnosi się
      do porównań Violet Indiana z Cocteau Twins. „Quelque Jour” jest
      mocno triphopowy w swoim wyrazie, w stylu francuskiej piosenki
      sprzed lat, zaś trzeci „(My Baby Was A) Cheat” zwraca uwagę
      walczykowatym rytmem. Rzewny „The Visit” natychmiast przywołuje
      obraz zadymionego, małego klubu, w którym tuż nad ranem na parkiecie
      zostaje tylko jedna para snująca się w rytm muzyki odgrywanej przez
      przemęczony zespół. Następny „You” lekko ożywia nas początkowym
      syntetycznym rytmem i wytłuszczoną partią basu, jednak potem
      wszystko wraca do normy. W „Touch Me” słyszymy podniosły i
      emocjonalnie zaśpiewany refren. Siobhan de Mare ma głos, potrafiący
      wyrazić najgłębsze uczucia. Niektórzy doszukają się pewnie
      podobieństw do wokalu Elizabeth Frazer. Mam jednak wrażenie, że
      talent tej wokalistki nie zasługuje na takie uproszczenie. Głos
      Frazer był jednym z… nieziemskich instrumentów, wokal de Mare jest
      bardziej ludzki, z szerszą paletą barw. A druga połowa duetu,
      odpowiedzialna za całą warstwę instrumentalną? Cóż, pan Guthrie
      raczy nas tym, co sobie najbardziej upodobał. Powolne, delikatne i
      ulotne plamy dźwiękowe mające w sobie wiele z senności, oniryczności
      i hipnozy. Dźwięk jego gitary dochodzący momentami jakby… spod wody,
      jest natychmiast rozpoznawalny.

      To muzyka niezwykle ilustracyjna. Możemy jej słuchać podczas
      głębokiej i ciemnej nocy w domowym zaciszu bądź siedząc przy oknie,
      za którym pochmurne niebo płacze i zrzuca krople na znajdujący się
      za szybą parapet. Niepoprawny romantyk wybierze blask zachodzącego
      słońca i te dźwięki również doskonale uzupełnią radujący jego oczy
      widok.

      Bo to piosenki o ludzkich uczuciach, o miłości. Dla tych, którzy
      kochają i dla tych, którzy cierpią…
      2007-10-22
      Mariusz Danielak
    • maff1 Supper's Ready - Listen To The Pictures (at the .. 17.11.07, 10:33
      Supper's Ready - Listen To The Pictures (at the exibibition) - taki
      jest pełny tytuł tej płyty z 2000r.
      Dziwna to płyta, maozna powiedzieć ze dziwaczna.
      Na okładce krowy kojarzace sie z Pink Floyd, nazwa zespołu i tytuł
      sugerujacy ze mamy jakiś klon I ligowych prog rockowych zespołów.
      Pomimo wątpliwości, mamy do czynienia z dość ciekawym krążkiem.
      Wartym przynajmniej przesłuchania.
      Pierwsze skojarzenie - Marillion, lub solowy Hackett . ELP to raczej
      nie - pomimo tego drazniącego tytułu : et the exibition.
      Płyta zróznicowana brzmieniowo i stylistycznie - od prog rockowych
      brzmień kończąc na lekko jazzujących klimatach.
      nie jest to płyta wybitna... ale warta przesłuchania. Kilkakrotnego -
      by pozbyć sie natretnego porównywania do tego co znamy.
      ocena 6,5-7/10
      • maff1 Anathema - Hindsight 01.10.08, 11:00
        niby nowośc - z sierpnia 2008, ale kompletnie nie zauwazona.
        Fakt - nie takiej anathemy oczekiwałem. Tym bardziej ze juz
        zapowiadano w 2007 nagranie nowej płyty, nawet w necie był dostępny
        jakis nowy materiał. Wszak od 5 lat nic nowego nie nagrali.
        I co? ano mamy, nową - ale zawierajacą stary materiał, płytę. (i
        tylko słownie: jeden nowy utwór)
        W odnowionych, bardziej akustycznych wersjach... i przyznam sie ze
        mnie sie podba. To miękke, melancholijne, wręcz uduchowione
        brzmienie.
        Moze to znak ze muzycy anathemy strzeją się? :)))
        • maff1 Re: Anathema - Hindsight 01.10.08, 11:02
          i jeszcze link - www.kscopemusic.com/anathema/
          mozna sobie posłuchać
        • pytajnick Re: Anathema - Hindsight 01.10.08, 11:24
          mnie tez momentami bardzo się podoba. Starej, mhhhrocznej Anathemy słuchać nigdy
          nie potrafiłem. A tutaj mamy parę hitów zagranych tak, że się da. Aż się na
          październikowy koncert wybiorę.
          • maff1 Re: Anathema - Hindsight 01.10.08, 11:32
            ... chórki, zawodząca wiolonczela, klawisze i gitary przywodzące na
            mysl najlepsze solówki genesis (i nie tylko)
            oj, Anathema czaruje nas mocno.
        • tomash8 Re: Anathema - Hindsight 01.10.08, 15:44
          Anathema daje radę, z tym że co do koncertów... w 2003 roku na metalmanii
          zagrali tak że wszystkim kopary opadły, w tym roku ich widziałem na jednym z
          festiwali i prawie usnąłem, choć miłą niespodzianka było to że zagrali "silent
          Enigma" i "empty", a na bis ot tak po prostu przywalili "Orionem" Metalliki. Ale
          poza tymi trzema kawałkami nudzili okrutnie.
        • grimsrund Re: Anathema - Hindsight 02.10.08, 10:52
          > Anathema - Hindsight

          Etam niezałważona. Redachtur Skarżyński brądzlował sie nią przed prawie dwa
          miesiące, aż w ubiegłym tygodniu przesiadł się wreszcie na nowy Kłin. Słuchacze
          odetchnęli... szort of ;)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka